Wyspa pod Krwawym Księżycem
Zimny, słony wiatr smagał twarze, gdy smukły drewniany drakkar płynął przez wzburzone, stalowe morze. Svar, syn Torstena, mocniej zacisnął dłoń na wiosle, starając się nie zdradzić niepokoju. Był najstarszym z młodych wojowników na pokładzie, a wyprawa na wschód była ich pierwszą wspólną próbą odwagi. Obok niego, z oczyma rozjarzonymi podekscytowaniem, siedział Olof — nieco lekkomyślny, ale niezawodny przyjaciel, i Jorunn, jedyna dziewczyna w załodze, której odwaga nieraz zawstydzała chłopaków.
Za nimi rozciągała się nieprzyjazna mgła. Daleko na horyzoncie błyskały czerwone refleksy wschodzącego księżyca, który tej nocy był duży, okrągły i dziwnie przesiąknięty barwą krwi. Svar słyszał stare opowieści o takich nocach — podobno świat wtedy zmieniał się nie do poznania.
"Hej! Co to jest?" — krzyknął nagle Olof, wskazując palcem coś w mgle. Po chwili wyłoniła się wyspa — nigdy nie widzieli jej na żadnej mapie w rodzinnym fiordzie. Była spowita gęstą zielenią, a na brzegu widać było porzucone, stare łodzie, jakby czekały na kogoś, kto nigdy nie wrócił.
Załoga zgodnie zadecydowała: zacumują na wyspie, bo wśród młodych wikingów nie było miejsca na strach. Gdy zeszli na brzeg, powietrze stało się cięższe, pachniało wilgocią i popiołem.
Przebijając się przez gęstwinę, natrafili na opuszczoną wioskę. Drewniane chaty pokrywała warstwa mchu, a drzwi stały otworem, jakby ktoś wyszedł tylko na chwilę. Nagle z jednego z budynków dobiegł cichy, przeciągły dźwięk — coś jak ludzki szept, a może szelest starego płaszcza. Svar chwycił za topór, Olof rozejrzał się nerwowo, a Jorunn uniosła swą krótką włócznię.
"Nie jesteśmy tutaj sami..." — wyszeptał Svar, ledwo słyszalnie.
W tym momencie zza chaty wybiegło coś — jednak nie zdążyli zobaczyć, co to było. Gałęzie zaszumiały, a ziemia zadrżała pod ich stopami. Młodzi wikingowie, z sercami bijącymi mocniej niż kiedykolwiek, spojrzeli po sobie. Co lub kto czekał na nich w głębi wyspy?
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?