Przesiadka na Stacji Vireo
Był jeden z tych dusznych, czerwcowych wieczorów, kiedy powietrze stoi bez ruchu, a światło latarni rozlewa się ciężko po wybrukowanych uliczkach. Siedzieli na murku za opuszczonym magazynem – Leon, Basia i Kajetan. Wakacje ledwie się zaczęły, a oni już zdążyli się znudzić planszówkami i starym skateparkiem.
To Basia pierwsza odważyła się zaproponować włamanie na teren starej stacji kolejowej Vireo. Mówiono, że jest nawiedzona, ale żadne z nich w to nie wierzyło. Zwykle unikali tego miejsca, bo wyglądało niepokojąco nawet za dnia – tory niknęły w chaszczach, stara hala groziła zawaleniem, a nad wszystkim górowała wieżyczka z zardzewiałym zegarem, który zatrzymał się chyba sto lat temu.
Wślizgnęli się przez dziurę w płocie, śmiejąc się nerwowo. Każdy krok po zgrzytliwym żwirze brzmiał zbyt głośno. Zatrzymali się przy głównym budynku. Szyby w drzwiach były całe, co było dziwne, bo wszędzie w okolicy królowały wybite okna i ślady po sprayu.
— Ej, patrzcie — powiedział Leon, wskazując na czarne drzwi z metalowym napisem 'Peron 9'.
— Tego wcześniej nie widziałam — mruknęła Basia, dotykając chłodnej klamki.
Kajetan wzruszył ramionami. — Pewnie zamknięte.
Drzwi jednak ustąpiły z cichym skrzypnięciem. Za nimi korytarz prowadził w dół, pod ziemię. Pachniało tam kurzem i wilgocią. Światło telefonów ledwie wydobywało kontury cegieł. Nad ich głowami rozciągały się metalowe rurki i kabelki, z których od czasu do czasu kapała woda.
Szli powoli, serca biły im szybciej z każdym krokiem. Nagle, tuż za zakrętem, korytarz kończył się wysokimi, półokrągłymi drzwiami. Na środku znajdowała się mosiężna gałka w kształcie dziwnego ptaka.
— Spróbuj — szepnęła Basia do Leona.
Leon zawahał się, ale wyciągnął dłoń. Gdy tylko dotknął gałki, ta rozżarzyła się na niebiesko. Drzwi otwarły się powoli, wpuszczając do środka jasność o barwie porannego nieba, choć za ich plecami panował już zmrok.
Trójka przyjaciół spojrzała na siebie. Wiedzieli, że właśnie przekraczają granicę, której nie da się cofnąć. Za drzwiami rozciągała się kraina zupełnie inna niż ta, którą znali z codziennych spacerów.
Zrobili pierwszy krok. Za nimi drzwi zamknęły się z głuchym hukiem, a przed nimi wyrastały olbrzymie, srebrzyste drzewa, pod którymi migotały świetliki większe niż wróble. Na końcu leśnej polany majaczyła postać w purpurowym płaszczu, a w jej rękach błyszczał przedziwny, wirujący przedmiot. Powietrze drżało od dziwnych dźwięków, a wszystko wydawało się znajome i obce jednocześnie.
Nagle postać podniosła głowę, spojrzała prosto na nich i wyciągnęła rękę. Leon poczuł, jak ziemia pod jego stopami zaczyna lekko falować. Z ciemności po bokach polany coś wychynęło, poruszając się niemal bezszelestnie. Przyjaciele wymienili spojrzenia — żadne z nich nie było pewne, czy to początek przygody, czy czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego...
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?