Przejście przez Iridę
Słońce zachodziło za linią lasu, barwiąc miasteczko Irida na bursztynowo. W tym świetle ulice zdawały się tajemniczo ciche, choć zza płotów dochodziły pojedyncze dźwięki letnich wieczorów. Siedzieliśmy na dachu starej hali sportowej obok szkoły – ja, Lena, Wojtek i Igor. Byliśmy czwórką przyjaciół, połączonych wspólnym odczuwaniem dusznego zastoju małego miasta, w którym każdy dzień wydawał się być odbiciem poprzedniego.
To Wojtek jako pierwszy opowiedział nam o starych fundamentach pod lasem. Słuchałem wtedy bez entuzjazmu – przecież wszyscy wiedzieli, że za ogrodzeniem dawnej fabryki nic ciekawego nie ma. Lena, która nigdy nie wierzyła w historie o duchach ani ukrytych skarbach, tym razem nie umiała ukryć zaciekawienia.
– Może pójdźmy tam jutro? – rzuciła, patrząc wyzywająco na Igora.
Igor, nasz geniusz od elektroniki i pewniak w każdej sytuacji, uśmiechnął się szeroko. – Jeśli naprawdę jest tam coś wartego uwagi, znajdę to.
W sobotę rano wymknęliśmy się z domów. Nasze cichy onieśmielenie zamieniło się w gorączkową ekscytację, gdy przedzieraliśmy się przez gęste zarośla, które szczelnie otaczały teren opuszczonej fabryki. Po drodze Igor roztrzaskał swój stary zegarek na gałęzi, a Lena skręciła kostkę – oboje uznali to za dobry znak. Po godzinie marszu dotarliśmy do zarośniętych fundamentów.
Wojtek miał rację – środek betonowej płyty pokrywała geometryczna mozaika z kamieni, jakby ktoś ułożył je tam specjalnie. Lena przyklękła i zaczęła przesuwać dłonią po chłodnej powierzchni.
– To chyba... – urwała, gdy spod kamieni rozbłysło niebieskie światło. Wszyscy odskoczyliśmy. Mozaika zadrżała, a potem powoli zaczęła znikać, ukazując ciemny otwór. Przez kilka sekund wpatrywaliśmy się w pulsujące wnętrze portalu, w którym wirowały barwne smugi.
Igor, zwykle opanowany, wyciągnął telefon, by nagrać całe zdarzenie, ale wyświetlacz eksplodował serią kolorowych linii i zgasł.
– To się dzieje naprawdę – szepnął ktoś z nas. Przez portal płynęło powietrze o dziwnym zapachu – świeżym, nieziemskim. Przez chwilę nikt nie miał odwagi się ruszyć.
– Może to wejście do innej rzeczywistości – szepnęła Lena, jej głos drżał z emocji.
Nie myśląc dłużej, Wojtek nachylił się nad krawędzią i zniknął w błękitnej otchłani. Przez ułamek sekundy widzieliśmy, jak jego sylwetka rozmazuje się w świetle.
Zostaliśmy we trójkę, z sercami bijącymi jak szalone. Nagle z wnętrza portalu dobiegł nas odgłos – głos Wojtka, który nigdy wcześniej nie brzmiał tak nieznajomo, rozległ się echem:
– Chodźcie... musicie to zobaczyć!
Spojrzeliśmy po sobie. Nie było już odwrotu. Jeden po drugim, z duszą na ramieniu, weszliśmy w drgające światło, nie wiedząc, dokąd trafimy ani co tam na nas czeka...
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?