W miasteczku, gdzie dachy noszą czerwone czapki, a wieczorem pachnie lipą, stała mała księgarnia. Nazywała się „Czytanka u Babci Róży”. Nad księgarnią mieszkała Zosia i jej kot Piegusek. Piegusek miał wąsy tak białe, że wyglądały jak niteczki z chmury, a na nosku – trzy zabawne kropki.
W rogu księgarni, tuż przy regale z atlasami i bajkami o smokach, stał wysoki zegar z wahadłem. Jego drewniane drzwiczki były rzeźbione w liście, gwiazdki i małe, kręcone ślimaczki. Nikt nie pamiętał, skąd się wziął. Zegar tykał cicho: tik, tak, tik, tak. Czasem jednak, gdy w sklepie robiło się bardzo cicho, można było przysiąc, że przy każdym „tak” w powietrzu błyska maleńki promyk.
Tego dnia padał deszcz. Kropelki śpiewały na szybach, a Babcia Róża układała książki w równiutkie stosy. Zosia siedziała na dywanie, przeglądała książkę o mapach i liczyła żagle na obrazku. Piegusek polował na pyłki kurzu, jakby były motylami.
Nagle Zosia przypomniała sobie o swoim skarbie. Rano, pod klonem przy placu zabaw, znalazła mały, szklany guzik. Błyszczał w słońcu jak kropla po deszczu. Wyjęła go z kieszeni. Był ciepły, choć za oknem wciąż mżyło.
Zosia podeszła do zegara. Na drzwiczkach zobaczyła okrągłą, gładką plamkę, jakby kiedyś coś tu było włożone, a teraz znikło. Przyłożyła guzik do plamki. Gdy tylko dotknęła drewna, Piegusek zatrzymał w pół skoku, a wahadło zegara zrobiło „tiiiik”, jakby zapomniało, jak się buja.
„Co to było?” – szepnęła Zosia. Guzik wymknął się z jej palców i sam wskoczył w plamkę. Usłyszała ciche „klik”. Zegar westchnął, jakby obudził się z bardzo długiej drzemki. Z książek na półkach uniósł się zapach wanilii, cynamonu i świeżego lasu po deszczu.
Wieczorem, kiedy ulice zamilkły, a w oknach domów rozbłysły lampki, Babcia Róża zasnęła w fotelu z otwartą książką na kolanach. Zosia, w ciepłych skarpetkach w paski, zeszła na dół do księgarni. Piegusek szedł za nią, stawiając kroki tak miękko, że dywan nawet nie drgnął.
Zegar stał prosto, jak zawsze, ale jego wskazówki nie pokazywały żadnej znanej godziny. Zatrzymały się tuż między dwunastką a jedynką. Wahadło poruszało się wolniej, a przy każdym ruchu w powietrzu migotały drobne iskierki. Drzwiczki miały teraz wokół krawędzi delikatny świetlisty kontur, zupełnie jak ramka namalowana promieniami.
„Mrau?” – spytał Piegusek, zadzierając ogon.
„Chodźmy bliżej” – wyszeptała Zosia, choć nie było nikogo, kogo mogłaby obudzić.
Dotknęła drzwiczek końcem palca. Drewno było ciepłe, jakby leżało w słońcu. Drzwiczki drgnęły, a potem rozchyliły się bardzo, bardzo powoli. Zamiast zębatek i kółek w środku widać było głębokie, błękitne tło, usiane punkcikami światła. Jakby ktoś zawiesił w zegarze kawałek nocnego nieba.
Z mgiełki światła wysunęły się schodki. Były przejrzyste jak szkło, ale trzymały się pewnie, jeden nad drugim, prowadząc w głąb. Każdy stopień pulsował miękkim blaskiem. Z ksiąg na półkach popłynął cichy szelest, jakby ilustracje poruszyły się na papierze i ustawiły do oglądania.
Piegusek pierwszą łapką dotknął dolnego stopnia. Jego wąsy zapaliły się na ułamek sekundy srebrnym światłem. Zosia roześmiała się cichutko, zaskoczona i trochę odważniejsza. Położyła dłonie na krawędzi otworu i zajrzała do środka. W głębi coś zamigotało – jak świetlik machający skrzydełkami.
„Halo?” – odezwała się Zosia, niepewnie. Odpowiedział jej delikatny dźwięk, podobny do dzwoneczka przy rowerze, kiedy naciska się go tylko troszeczkę.
W tej samej chwili wiatr poruszył kartki atlasu na najniższej półce. Strony przeskoczyły na mapę Lśniącego Lasu, a w rogu illustration pojawiła się maleńka strzałka, której wcześniej tam nie było. Strzałka mignęła prosto w stronę zegara, jakby mówiła: „Tam”.
Zosia przełknęła ślinę. Czuła, jak serce bije jej szybciej. Przyglądała się stopniom. Pierwszy delikatnie drżał, zapraszająco. Drugi lśnił jak kropla rosy. Trzeci był ciemniejszy, ale na jego brzegu tańczyły iskierki, tworząc wzór przypominający koci wąs.
„Piegusku... pójdziemy?” – spytała. Kot odpowiedział jej mruczeniem, które brzmiało jak ciepły kocyk.
Zosia postawiła palce stóp na pierwszym stopniu. Był chłodny, ale nie zimny. Pachniał świerkiem i czymś słodkim, jakby świeżo upieczonym ciastkiem. Światło pod jej skarpetką zafalowało i zaszumiało cicho, jak fale w misce z wodą.
Wahadło zegara zwolniło jeszcze bardziej. Tik... tak... tiiiik... tak... Wskazówki drgnęły, a gdzieś bardzo blisko zabrzmiał pojedynczy „bim”, niespodziewanie głębszy, niż zawsze.
Naraz półki po prawej stronie same się odsunęły o cal. Z książek wysunęła się zakładka w kształcie gwiazdki i zaczęła się kołysać, zupełnie jak lampka na długiej wstążce. Jej blask popłynął po krawędzi stopni, jakby smarował je światłem, by były gładkie i bezpieczne.
Zosia nabrała powietrza. Uniosła drugą stopę. Piegusek wskoczył obok niej, miękko, i usiadł na pierwszym stopniu, merdając końcówką ogona. Kiedy jego ogon dotknął powietrza w otworze, nad trzecim stopniem zakwitła malutka, srebrna chmurka.
Z wnętrza zegara dobiegł szept – nie straszny, tylko bardzo ciekawy, jak wiatr opowiadający ploteczki liściom: „Zosiu...”
Dziewczynka rozejrzała się, ale w księgarni nikogo nie było. Drzwiczki zegara uchyliły się szerzej i zadrżały, jakby miały właśnie zdecydować, czy zostać otwarte, czy jednak się zamknąć. Blask w środku zrobił się bardziej złoty, a gdzieś za trzecim stopniem coś poruszyło się jak cień, co nie jest cieniem.
Zosia zacisnęła palce na poręczy z promienia, który nagle wyrósł przy schodkach. Poręcz była miękka jak światło przez firankę. Nagle, bardzo wyraźnie, usłyszała w środku kolejne „bim”. Tym razem dźwięk zawibrował w jej kolanach i w palcach u stóp.
Piegusek uniósł uszy. Spojrzał Zosi prosto w oczy. Miau – powiedział cicho, wyraźnie, jakby to miało znaczyć „Już”.
Zosia zrobiła pierwszy krok w głąb zegara. A wtedy w tym błękitnym wnętrzu, na samym końcu świecących schodków, zapaliła się maleńka latarenka i zaczęła sunąć w ich stronę, coraz szybciej i szybciej...