Zosia, Filip i zegar na wstecznym
Na strychu pachniało kurzem, starym drewnem i suszonymi jabłkami. Deszcz stukał w dach jak ciekawski dzięcioł. Zosia i Filip wspinali się po drabinie, a za nimi kroczył kot Piksel, ostrożny jak zawsze, ale z ogonem w wykrzyknik.
– Tylko niczego nie przewracajcie! – zawołała mama z kuchni. – I pamiętajcie, że strych to nie plac zabaw.
– My tylko poszukamy skrzynki z guzikami – odpowiedział Filip, choć wcale nie był pewien, gdzie ta skrzynka stoi. Wolał brzmieć bardzo dorosło.
Zosia przecisnęła się między pudła po butach, w których mieszkały nie-butowe skarby: kolorowe sznurki, koperty, guziki i pocztówki z plażą, gdzie słońce było zawsze w połowie drogi do zachodu. Strych był jak półka z książkami, tylko że książki były pudłami, a zamiast liter chrupał po cichu kurz.
– Fil, patrz! – szepnęła nagle Zosia. – Tu jest szkatułka z gwiazdkami.
Na samym końcu, przykryta miękką chustką w srebrne kropki, stała mała drewniana szkatułka. Zamek nie był zamknięty, tylko czekał. Filip pochylił się, ostrożny jak kot, choć wcale nie miał wąsów.
– Otwieramy? – zapytała Zosia.
– Otwieramy – powiedział Filip. – Ale powoli.
Wieko uniosło się z cichym westchnieniem. W środku leżał kieszonkowy zegar. Nie był zwyczajny. Miał gładką, błyszczącą obudowę, a na boku malutki niebieski guzik w kształcie gwiazdki. Na tarczy obok godzin krążyła dodatkowa, cieńsza, niebieska wskazówka, jak nitka z deszczu.
– A co to za napis? – Zosia odwróciła zegar. Z tyłu wygrawerowano słowa: „Nie spiesz się. Czas lubi bawić się w chowanego.”
– To chyba coś po tacie-dziadku – mruknął Filip, który lubił mówić mądrze, choć nie zawsze wiedział o czym. – Może to rodzinny skarb.
Piksel wsunął pyszczek do szkatułki, powąchał zegar i cichutko zamruczał. Potem polizał sobie łapkę, jakby chciał powiedzieć: „To jest bardzo ważne coś.”
Zosia przyłożyła zegar do ucha. – Tik… tak… tik… – ale to „tik” było jak oddech, co się zawahał, a „tak” ciągnęło się ciut dłużej, jak przy rozciąganiu gumy do skakania.
– Spójrz tu – powiedział Filip, wskazując środkową część tarczy. – Są małe słowa! „Dziś”, „Wczoraj”, „Przedwczoraj” i… „Bardzo dawno”.
– To jak kalendarz, który ma sprężynę – szepnęła Zosia.
– Albo jak mapa bez ulic – dodał Filip. – Ale z czasem zamiast ulic.
Zosia wsunęła palec pod łańcuszek. Był zimny jak poranek. – Ciekawe, do czego jest ten niebieski guzik?
– Nie dotykaj – ostrzegł Filip, bo tak mówią starsi bracia. – Najpierw sprawdźmy, czy działa zwyczajnie.
– Dobrze – zgodziła się Zosia. – Liczę do trzech i delikatnie przesuwam wskazówkę na „Wczoraj”. Raz… dwa…
– Miau – powiedział Piksel i, jak to Piksel, zrobił coś po kociemu. Trącił właśnie ten niebieski guzik.
Guzik kliknął. Zegar zatrzepotał wskazówkami. Niebieska nitka drgnęła i zaczęła płynąć w lewo, bardzo powoli, a potem szybciej, coraz szybciej, jak strumień po deszczu.
Powietrze na strychu zadrżało. Kurz uniósł się i zatańczył jak roje maleńkich wróżek. Kartki starego kalendarza na gwoździu poruszyły się – jedna, druga, trzecia – jakby najpierw spadły, a potem wróciły na miejsce, tylko w odwrotnej kolejności. Deszcz za oknem zaczął stukać inaczej, jakby cofał swoje krople z powrotem w chmury.
– Fil… – Zosia ścisnęła brata za rękaw. – Słyszysz?
Zegar nie tylko tykał. On nucił. Cichutko, niziutko, jak kołysanka dla chmur. I każdy dźwięk układał się w słowo: „Wczoraj… przedwczoraj… dawno… bardzo dawno…”
– Może to tylko… wiatr? – zaproponował Filip, ale wiatr nie umie mówić jak zegar. Ani robić, by świat pachniał nagle mokrą ziemią, mchem i czymś zielonym, świeżym, co nie mieszka na strychu.
W skrzyni obok zadrżały spinacze. Piórka z kapelusza prababci zatańczyły w powietrzu. Chustka w srebrne kropki uniosła się i zaplotła wstążkę wokół łańcuszka zegara, jakby chciała go nie zgubić.
– Trzeba to zatrzymać – powiedział Filip, ale jego głos zabrzmiał jak zza rogu. Sięgnął po zegar, a ten był teraz cieplejszy niż dłoń.
– Może… tylko na chwilkę zobaczymy – zaproponowała Zosia. Jej oczy świeciły prawie jak guzik. – Tylko na „Wczoraj”.
Niebieska wskazówka minęła „Wczoraj” i „Przedwczoraj”, jakby nie widziała żadnego znaku stop. Zatrzymała się na „Bardzo dawno” i zrobiła maleńkie „pik”.
Wszystko zadrżało. Deski podłogi westchnęły, ściany ściszyły swój szept, a dach, zamiast deszczu, dał się słyszeć dźwięk… cykady? Nie, nie na strychu. Na strychu nie ma cykad.
– Ojej – powiedziała Zosia, ale to „ojej” utknęło jej w gardle.
Świat dookoła zaczął się rozplątywać jak wełna z kłębka. Najpierw zniknęła pajęczyna w rogu. Potem kartony stały się przezroczyste, a potem jakby ktoś zamienił je w dym. Ściany zrobiły się cienkie jak kalka. Przez deskę podłogi przebił się zielony promień światła.
– Trzymaj mnie za rękę – powiedział Filip, już bez udawania, że nic się nie dzieje. – I trzymaj Piksela.
Kot prychnął. Jego wąsy poruszyły się jak anteny, a ogon napuszył się jeszcze bardziej. Zosia chwyciła Piksela pod pachy, Filip chwycił Zosię, a zegar – nie, zegar chwycił ich, tak się czuło. Jakby ktoś uprzejmy prowadził ich przez tłum czasu, mówiąc: „Uwaga, tu stopień.”
Zrobiło się bardzo cicho, a potem bardzo głośno. Cicho, bo wszystko wokół znikło. Głośno, bo nowy świat miał swój własny hałas: brzęczenie wielkich ważek, szelest liści większych niż parasole, plusk wody gdzieś blisko. I zapach – soczysty, zielony, tak intensywny, że Zosia aż kichnęła.
Strych przestał być strychem. Zamiast belek nad głową rosły wysokie jak wieże paprocie. Zamiast okna było niebo, ogromne i jasne. Zamiast pudła z guzikami – kamień porośnięty mchem. Tylko zegar został w ich dłoniach, ciepły i mruczący.
– Gdzie my… – zaczął Filip, ale nie dokończył.
Ziemia pod ich stopami drgnęła. Delikatnie, jakby ktoś postukał palcem w stół. Potem drugi raz, mocniej. Liście paproci zadrżały, ptak z trzema piórkami na ogonie zerwał się do lotu, Piksel zamienił się w czarny, miękki jeżyk.
– Czujesz to? – Zosia spojrzała w górę. Na niebie leniwie przeleciał cieniuśki, długi obłok. A potem… cień nie był od chmury.
Na skraju polanki poruszyła się ściana zieleni. Coś ogromnego rozsunęło liście, jak człowiek firankę. Najpierw szelest, potem ciężki, głęboki KROK. Powietrze aż zadrżało, a z paproci opadły krople rosy.
– Trzymaj zegar! – syknął Filip. Niebieska wskazówka drgnęła, jakby też się bała.
KROK. Jeszcze bliżej. Zosia słyszała, jak jej własne serce bije: puk-puk, jak mały bębenek.
Zielone liście tuż przed nimi odchyliły się jak drzwi…
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?