Znikająca Zatoka
Na półce pod półprzezroczystą mapą prądów morskich leżał mosiężny kompas, który nie powinien działać. Lena, kartografka z portowej pracowni, obracała go w palcach i patrzyła, jak igła wykonuje małe, nerwowe pętle. Kompas przywiózł dziś do niej listonosz, opakowany w papier z pieczęcią nieistniejącej latarni. W środku była tylko kartka z poleceniem: „Sprawdź klif za Sokołem” i podpisem: Nikt. Lena kolekcjonowała rzeczy, które kłóciły się z mapą, bo tylko one otwierały nowe drogi.
Marek z biblioteki spojrzał na mapę i tylko wzruszył ramionami. „To żart, prawda?” Lena wzruszyła głową: „Zegary wody to cisza między odpływem a przybojem”. Marek znał ścieżki pod klifem, bo co tydzień zbierał plastik z plaży. W starych kronikach wzmiankowano zatokę, która znikała z każdą dziewiętnastą pełnią. Kiedy wracała, podobno oddawała zgubione łodzie i zabierała nowych kapitanów. Umówili się na zmierzch, kiedy fala cofała się leniwie, a mewy zasypiały na czerwonych bojkach.
Wieczór pachniał jodem i mokrym drewnem, a niebo miało barwę starych map. Igła kompasu drżała, jakby odpowiadała na głęboki oddech kamienia. Za Sokołem, samotną skałą w kształcie ptaka, znaleźli wąski żleb, zasłonięty połamanym jałowcem. Powietrze dygotało od niewidzialnych owadów, a morska mgiełka smakowała jak sól i popiół. W głębi żlebu tkwił płaski głaz z wyrytym słowem: SŁUCHAJ.
Zatrzymali się i nasłuchiwali, tłumiąc oddech, jakby mogli spłoszyć ciszę. Fale przestały szeleścić, jakby ktoś na moment zakręcił morze. Z czarnej szczeliny dobiegło mrukliwe dudnienie, rytmiczne, niemal zegarowe. „Zegar wody” — szepnęła Lena. Wsadzili ramiona w zimną szczelinę i przecisnęli się do środka, ocierając kurtki o wilgotny łupek. Przez chwilę mieli wrażenie, że stoją na sercu klifu, które bije bardzo powoli.
Jaskinia nie była dzika, co uderzyło ich bardziej niż chłód na skórze. Ktoś kiedyś zabudował ją pomostem z bel i lin, a na hakach wisiały zardzewiałe latarnie. Dźwięk narastał, aż poczuli go pod stopami, jak omiatanie niewidzialnego wahadła. W końcu trafili do okrągłej komory, gdzie na kamiennej podłodze leżał duży, półzagrzebany dysk z brązu. Dysk znaczyły gwiazdy i litery, a pośrodku znajdował się zamek w kształcie trójzębu. Litery układały się w alfabet, którego Lena nie znała, ale czuła ich kierunek jak kierunek wiatru. Między gwiazdami widniały drobne wcięcia, jak gdyby ktoś zaznaczył nieodkryte szlaki. Lena skojarzyła go z małą blaszką przyczepioną do łańcuszka kompasu.
Uniosła blaszkę, a pod palcami poczuła delikatne drżenie metalu. W tym samym momencie dysk zaszurał, jakby odpowiadał. Poziom wody za pomostem nagle opadł, odsłaniając ciemne schody. Marek nabrał powietrza, ale z korytarza za ich plecami błysnęło obce światło latarki. Ktoś stał w szczelinie, nieporuszony, i powiedział tylko jedno, zbyt spokojne zdanie: „Odłóż to, Lena”. „Nie masz pojęcia, co obudzisz.” Głos brzmiał znajomo, jednak żadne nazwisko nie chciało przyjść Lenie do głowy.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?