Zegarmistrzyni czasu
Sklep zegarmistrzowski przy Józefa pachniał smarem, kurzem i herbatą po dziadku Tadeuszu. Minęły trzy tygodnie od pogrzebu, a Iga wciąż mówiła do niego szeptem, jakby wyszedł tylko do piekarni. W najniższej szufladzie znalazła fałszywe dno, a pod nim mosiężny cylinder wielkości palca, z drobną radełkowaną krawędzią. Obok leżał cienki zeszyt w kratkę, zapisany równym pismem: instrukcje, rysunki, a na okładce tytuł „Skoknik T-37”. Pierwsza strona miała zdanie, które zatrzymało jej oddech: „Przejście o trzynastej, gdy hejnał milknie”.
Nocą, kiedy Kazimierz cichł, Iga rozebrała na blacie stary chronometr morski. Cylinder pasował w ukrytą gniazdę jak klucz w sekretnej kłódce. Zębatki zazgrzytały, wskazówka sekundowa zadrżała, a na tarczy pojaśniał wąski pierścień z datami. Iga przekręciła koronkę o jeden ząbek i usłyszała odległy dzwonek tramwaju, który od lat nie jeździł tą ulicą. Skóra na karku zjeżyła się, gdy w rogu półki poruszył się cień, choć powietrze stało nieruchome. Zeszyt ostrzegał: „Próby nocą tworzą echa. Prawdziwy skok tylko w południe”. Zamknęła futerał, a echo dzwonka długo szukało wyjścia między zegarami.
Następnego dnia, tuż przed trzynastą, zamknęła drzwi na zasuwę i odwróciła szyld na „Nieczynne”. Z ulicy napływał gwar turystów, zapach obwarzanków i kurz z remontu kamienicy vis-à-vis. Iga położyła chronometr na zielonej filcowej macie i otworzyła na stronie z rysunkiem datownika. Wskazówka miesiąca drżała przy październiku, a pierścień dni czekał na wybór. Spojrzała na fotografię dziadka nastolatka, w cienkim płaszczu, z uśmiechem kogoś, kto wierzy w każdy jutrzejszy dzień. „Osiemnasty października, tysiąc dziewięćset trzydziesty siódmy” – powiedziała cicho. Palce lekko drżały, ale ruch był pewny.
Zegar Ratusza zaczął hejnał. Ostatnia nuta pękła jak zwykle, a w sklepie na ułamek sekundy wszystko wyblakło, jakby kolor ustąpił konturom. Mosiądz zrobił się ciepły, szybka chronometru zaparowała od środka, a drobinki kurzu zawisły w świetle jak rój mikrospadających gwiazd. „Jeśli wejdziesz, nie zatrzymuj wzroku na lustrze” – przypomniała sobie z zeszytu. Ktoś zapukał od środka starego sejfu, dwukrotnie, równym rytmem. Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał, choć zasuwy nie ruszyły.
Trzynasty dźwięk, którego w południe być nie powinno, rozszedł się przez szybę niczym fala na Wiśle. Klamka pod palcami Igi drgnęła sama, a z progu powiało chłodem, który pachniał węglem, atramentem i świeżym chlebem. Za szkłem wystawy ulica zmieniła układ, jakby ktoś obrócił plan miasta o ćwierć obrotu. Płaszcz mężczyzny w kapeluszu przeciął kadr, a jego cień pasował do śladów na starej fotografii. „Iga” – powiedział głos z zapomnianą miękkością, jakiej nie słyszała od dzieciństwa. Sekundnik wskoczył na zero, a koronką poruszyła niewidzialna dłoń
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?