Zegarek Babci Heli
Deszcz stukał o szyby jak palcami pianisty, a tramwaj gdzieś na dole dzwonił cichutko: ding, ding. W mieszkaniu Babci Heli pachniało drożdżówkami i ciepłym mlekiem. Kot Pączek, okrągły i puszysty jak prawdziwy pączek, leżał na parapecie i mruczał do szyby.
— Nuda — westchnął Kacper, opierając brodę o stół. — Kiedy już będzie podwieczorek?
— Jak przestanie rosnąć — zaśmiała się Babcia Hela. — Ciasto nie lubi pośpiechu. Możecie mi pomóc, a potem poszukajcie kredek w biurku. Są w górnej szufladzie.
Maja kiwnęła głową. Miała siedem lat, była poważna i lubiła mieć plan. Kacper miał sześć i lubił wszystko, co świeci, skacze albo wydaje dziwne dźwięki. Oboje lubili też Babcię Helę, bo zawsze mówiła, że zwykłe popołudnia potrafią robić niezwykłe niespodzianki.
Górna szuflada w biurku zaskrzypiała jak stara łódka. Zamiast kredek, na samym wierzchu leżał mały, granatowy woreczek z miękkiego aksamitu. Na sznurku wisiały trzy drobne koraliki: gwiazdka, księżyc i słoneczko.
— Ojej! — szepnęła Maja. — Co to?
Kacper, choć miał pomagać, już sięgał palcem. Woreczek był ciepły, jakby leżał w słońcu. W środku spoczywał kieszonkowy zegarek. Był srebrny, okrągły i tak gładki, że aż chciało się go głaskać. Na wieczku wyryto spiralę i maleńką kometę.
— Tik... tak... tik... tak... — powiedział zegarek cicho, jakby gadał przez sen.
Maja ostrożnie nacisnęła guzik. Wieczko otworzyło się z miękkim klik. Zobaczyli kremową tarczę z cienkimi, czarnymi cyframi. Były też trzy malutkie kółeczka z kreseczkami, a przy nich obrazki: listka, latawca i śnieżynki. Główny sekundnik miał na końcu maleńką gwiazdkę.
— Patrz! — Kacper przyłożył nos tak blisko, że zaparował szkło. — Te kółeczka chyba są do ustawiania... pór. Wiosna, lato, zima.
Maja uniosła wieczko jeszcze wyżej. Po wewnętrznej stronie ktoś wyrył słowa: „Nie kręć bez planu! — Leon”. Tuż pod napisem była cienka linia dat, jak miniaturowy kalendarz, i wytarte miejsce, jakby ktoś często dotykał jednego punktu.
— Kto to Leon? — spytał Kacper, a w jego głosie zadźwięczała ciekawość.
— Mój tata — odpowiedziała Babcia Hela, zaglądając do pokoju z łyżką w ręku. — Ten zegarek należał do waszego pradziadka Leona. Zawsze mówił, że prowadzi nas tam, gdzie bardzo chcemy zajrzeć. Ale ostrożnie z nim. Odkładamy na razie, dobrze? Drożdżówki już się rumienią.
— Dobrze — powiedziała Maja, ale w głowie miała już milion pytań.
Babcia wróciła do kuchni, a z piekarnika dobiegł wesoły zapach. Kot Pączek przeciągnął się i zeskoczył z parapetu. Z ciekawością wdrapał się na krzesło, a potem elegancko, jakby był dyrygentem, położył łapkę dokładnie na zegarku.
— Nie! — zawołał Kacper, ale było już po wszystkim.
W sekundzie, gdy miękka poduszka kociej łapy dotknęła szkła, sekundnik drgnął. Gwiazdka na końcu wskazówki zamigotała. Tik-tak przyspieszyło, potem zwolniło, jak huśtawka, która nie może się zdecydować.
— Wróć, Pączku! — Maja odsunęła zegarek. — Jeszcze coś zepsujesz.
Pączek usiadł, zawinął ogon wokół łap i udawał, że nic go to nie obchodzi. Ale zegarek już się obudził. W świetle lampy cyfry połyskiwały jak świeże krople deszczu. W powietrzu zakręciły drobinki kurzu, tworząc okrągły taniec.
— Może to tylko stary zegarek — mruknęła Maja, choć serce biło jej szybciej.
— A może... — Kacper spojrzał na ścianę, gdzie wisiało czarno-białe zdjęcie. Mała dziewczynka z warkoczykami trzymała papierowego latawca. Pod spodem było napisane ołówkiem: „Hela, 18 czerwca 1964”. — A może możemy zobaczyć ten dzień?
Maja odwróciła się do zdjęcia, potem znów do tarczy. Palcem przesunęła po wytartym miejscu. Czuła, jakby dotykała płaskiego kamyka znad rzeki — gładki, ale z ukrytym żarem. Kacper delikatnie popchnął trybik przy maleńkich cyferkach. Zatrzymał go przy liczbie osiemnaście. Potem druga, jeszcze mniejsza gwiazdeczka znalazła czerwiec. Trzecie kółeczko drgnęło i stanęło przy roku, który zapisał ktoś dawno temu.
— Nie kręć bez planu — powtórzyła szeptem Maja. — Mamy plan. Chcemy zobaczyć, jak wyglądał dzień, kiedy Babcia miała siedem lat.
— Tylko na chwilę — dodał Kacper. — Zerkniemy... i wrócimy.
Jakby na znak, z kuchni zadźwięczał zegar ścienny: bim, bim. Odgłos rozszedł się po mieszkaniu jak kręgi po wodzie. Tik-tak pradziadkowego zegarka odpowiedział: krótko, ale donośnie.
Maja i Kacper usiedli blisko siebie. Zegarek leżał między nimi, jak małe słońce. Pączek ostrożnie wspiął się na oparcie krzesła i zawisł nad nimi jak futrzany księżyc. Przez chwilę nic się nie działo, tylko mokre krople deszczu zjadały po cichu świat za oknem.
A potem zaczęły się drobiazgi. Najpierw obrazki na tapecie — drobne listki i gałązki — poruszyły się, jakby wiatr przyszedł od środka ściany. Książki na półce zaszeleściły kartkami, choć nikt ich nie dotykał. Koniec firanki uniósł się jak palec, który chce coś pokazać.
— Czujesz? — Maja przyłożyła dłoń do stołu. Drewno drżało delikatnie, jak kot, gdy śni.
Kacper kiwnął głową. — Słyszę... — nasłuchiwał. Tik tak, tik tak, tik tak... a potem: tiiik... taaak. Jakby zegarek przeciągał się i robił miejsce na coś nowego.
W tarczy, tam gdzie kręciła się gwiazda, pojawił się blady blask. Światełko rosło, aż przypominało kropelkę mleka, która ktoś dmuchnął i rozciągnęła się w cienką kreskę. Kreska stała się szczeliną — bardzo jasną, ale nie taką, od której bolą oczy. Raczej jak promień słońca, który zagląda pod koc i mówi: hej, tu jestem.
Zapach drożdżówek zmieszał się z innym zapachem: czymś kredowym, trochę jak szkolna tablica, trochę jak świeżo ostrugane patyki. Tramwaj na dole zadzwonił jeszcze raz, ale dźwięk brzmiał inaczej, bardziej blaszany, jak dawny dzwonek od roweru.
— Czy to... — Kacper nie dokończył. Na ścianie kalendarz zaczął cicho szeleścić. Kartki, jedna po drugiej, przewracały się wstecz: wrzesień, sierpień, lipiec... i stop. Czerwiec.
Maja sięgnęła po rękę brata. — Trzymaj mnie — powiedziała bardzo poważnie.
— Trzymam — odparł równie poważnie Kacper, choć w oczach miał iskierki.
Szczelina w świetle urosła jeszcze, robiąc się szeroka jak ramka na zdjęcia. W środku nie było już tylko blasku. Było coś więcej: migotanie słonecznych plamek na trawie, czerwona piłka tocząca się po ziemi, cień latawca kreślący trójkąt na niebie. I dźwięk — krótki, wesoły okrzyk, jak śmiech, który zna się od zawsze.
— Maju... — Kacper szeptał, a szept łaskotał im uszy. — Widzisz to?
Widziała. W świetlistej ramce biegła dziewczynka w sukience w groszki. Miała dwa warkoczyki i rumiane policzki. Była bardzo podobna do Babci Heli, lecz młodziutka jak poranek. W ręce trzymała sznurek, na którym wysoko, wysoko skakał papierowy latawiec.
Dziewczynka zatrzymała się nagle, jakby poczuła czyjś wzrok. Spojrzała prosto na Maję i Kacpra. Przechyliła głowę, uśmiechnęła się i pomachała ręką tak, jak macha się tylko do kogoś bliskiego.
— Chodźcie! — zawołała, a jej głos zadźwięczał jak dzwoneczek.
Sekundnik z gwiazdką dotknął na tarczy maleńkiego znaczka, który wyglądał jak gwiazda narysowana w pośpiechu. W tej samej chwili podłoga pod ich stopami zrobiła się miękka jak mech, firanki opadły i...
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?