Did You Know?

Zegar na końcu molo


Zegar na końcu molo
W Zatokowie po każdym sztormie ziemia pachniała jak świeżo otwarta księga: solą, mokrym drewnem i drukiem rozmazanym przez deszcz. Tego popołudnia wiatr wciąż porządkował resztki chmur nad zatoką, a mewy krzyczały tak, jakby miały komuś coś pilnego do powiedzenia. Nina stała na końcu molo, wsuwając dłonie głębiej w rękawy bluzy. Miała czternaście lat, notes pełen odręcznych szkiców i nawyk słuchania ciszy równie uważnie jak muzyki. — Spóźniłaś się — powiedział Kacper, wyłaniając się zza przewróconej ławki. Miał piętnaście, wiecznie podrapane kolana i kieszenie wypchane rzeczami, które „mogą się przydać”: żółtą latarką, sznurkiem, scyzorykiem i telefonem, na którym potrafił uruchomić dziwniejsze programy niż wszyscy dorośli w promieniu kilkunastu kilometrów. — Pociąg się włóczył po wszystkich stacjach — odparła Nina. — Masz szkic? Kacper wyciągnął z torby rulon papieru przewiązany błękitną wstążką. Rozwinęli go ostrożnie na desce, przytrzymując rogi kamykami. Szkic narysowała przed laty babcia Helena, kiedy jeszcze mieszkała w latarni na cyplu. Nie był to zwykły plan molo: obok belek i słupów w wodzie pojawiały się symbole przypominające małe fale, strzałki oznaczone słowami „północny wiatr” i „bezdech morza”, a w miejscu, gdzie molo kończyło się ciemniejszą deską, widniał okrąg z cienkimi kreskami zamiast cyfr. — Zegar — szepnęła Nina. — Naprawdę tu jest. Okrąg tkwił wewnątrz molo tak sprytnie, że łatwo było go nie zauważyć. Mosiężny pierścień obrośnięty był zieloną patyną, a miejsca, gdzie powinny być cyfry, ozdobione były płaskorzeźbami: rybą z rozwartym okiem, kroplą, piórem mewy, słojem drewna, muszlą, chmurą, gromem i cieniem dłoni. Dwie wskazówki, cienkie jak żebra, zakończone były grotami w kształcie płatków. Jedna stała przy znaku pióra. Druga drżała lekko, choć w pobliżu nie było żadnych mechanizmów ani sprężyn. — Zegar pływowy — mruknął Kacper, kucając. — Odczytuje ruch wody po rezonansie. Albo to tylko ładnie wygląda i babcia dopisała legendę, bo lubiła wciągać dzieciaki w swoje opowieści. Nina uśmiechnęła się krótko. Babcia Helena zbierała dźwięki, tak jak inni zbierają znaczki. Jej szkice pachniały atramentem i morzem. Nigdy nie kłamała; tylko pozwalała, by świat robił rzeczy, do których zawsze był zdolny. — „Kiedy północny wiatr ucichnie, a fale oddadzą piasek, ustaw znaki na cztery świty” — przeczytała Nina z marginesu szkicu. — To dziś. Sztorm się uspokoił, a zobacz: woda odchodzi. Rzeczywiście, poziom wody malał jak wdech, który ktoś powoli cofa do płuc. Pomiędzy belkami molo odsłaniały się pęki wodorostów i czarne, obłe kamienie. Sznury świateł, rozwieszone nad deskami, wciąż kapnęły deszczem, chociaż niebo już się przecierało. Gdzieś daleko zaszczekał pies, a potem wszystko znów nakryła ta specjalna cisza, której Nina zawsze szukała — cisza, w której każdy krok brzmi wyraźniej. — Ustaw znaki na cztery świty — powtórzył Kacper. — Cztery świty, czyli…? Północ, wschód, południe, zachód? A może cztery momenty, kiedy robi się jaśniej? Albo to jakiś żargon marynarzy. Nina sięgnęła po wskazówkę. Była chłodna jak skóra wody w październiku. Gdy ostrożnie ją poruszyła, metal zapiszczał słabo, ale poruszył się gładko, jakby czekał na czyjąś dłoń. Kacper ustawił telefon na aplikacji z generatorem dźwięków. — Jeśli to rezonuje, spróbujmy najpierw z A — mruknął. — Zobaczymy, czy lubi klasykę. Dźwięk „A” rozlał się nad molo jak cienka nić. W tej samej chwili po powierzchni mosiądzu przebiegły drobne falowania, jak na kałuży, kiedy spada pierwsza kropla. Wskazówka drgnęła i skoczyła o jeden znak, zatrzymując się przy płaskorzeźbie kropli. Nina i Kacper spojrzeli na siebie. Potem na szkic. Potem na wodę, która właśnie dotknęła jednego z belek i odsunęła się jakby urażona. — To nie jest zwykła ozdoba — stwierdził Kacper, nagle cichszy. — Albo ktoś genialny wmontował tu mechanizm liczący fale, albo… — Albo morze odpowiada — dokończyła Nina. — Przestawiamy na cztery świty. Kucnęli nad okręgiem, poruszając wskazówkami zgodnie z notatką babci. W każdej pozycji Kacper uruchamiał inny ton. Czasem było to ledwo słyszalne brzęczenie, czasem miękki, wysoki świst. Z każdym ruchem metal zdawał się nabierać głębi; w smukłych rowkach pojawiły się drobniutkie świecące punkty, jakby ktoś wysypał tam proszek z planktonu. Nina czuła, że deski pod ich kolanami drżą minimalnie, a powietrze gęstnieje — nie z niepokoju, ale z oczekiwania. Gdy ustawili wskazówki tak, by długie groty celowały w pióro, grom, muszlę i cień dłoni, stało się coś, czego nikt nie mógłby wymyślić w zwykły poniedziałek. Zamiast tykania usłyszeli miękki klik, jak zamykany od środka zamek. Mosiężny pierścień zakręcił się o milimetr. Poprzez szczeliny w deskach zaczęło unosić się chłodne światło, najpierw ledwie widoczne, potem jasne jak blask ryb pod powierzchnią wody w noc bez księżyca. — Słyszysz to? — zapytała Nina. Słyszeli. Coś bardzo niskiego, przypominającego oddech pod skalą. A także szmer, jak przesuwane po sobie kartki wielkiej księgi, w której każda strona była cięższa niż poprzednia. — To niebezpieczne? — spytał Kacper, ale nie brzmiał na przestraszonego. Brzmiał na kogoś, kto właśnie dostał problem do rozwiązania, i to taki, jakich pragnie się całymi miesiącami. — Nie wiem — odparła Nina i uśmiechnęła się w ciemność. — Ale czuję, że wszystko jest uważne. W chwili gdy to powiedziała, środkowa część molo zapadła się o szerokość dłoni i rozsunęła jak skrzydła. Pod deskami odsłoniła się spirala schodów, wykutych z mokrego, czarnego kamienia. Krople nie spływały po nich tak, jak powinny, tylko zatrzymywały się na krawędziach, jakby wstrzymywały oddech. Z głębi dobiegało to same, niskie mruczenie. Powiało zimnem o zapachu rdzy, alg i czegoś zaskakująco słodkiego — jak anyż wrzucony do herbaty, gdy gardło zmarznie na wietrze. Kacper włączył latarkę. Snop światła był wąski, ale wystarczył, by zobaczyć, że na pierwszych stopniach wyryto znaki podobne do tych na zegarze. Te na krawędziach zrobiły się jaśniejsze, kiedy światło po nich przejechało, jak gdyby odpowiadały. — Zatrzaśnie się, jeśli zejdziemy? — zapytał Kacper półgłosem. — Jeśli jest zamek, musi być i klucz — odpowiedziała Nina, wskazując mosiężny pierścień. Delikatnie dotknęła go palcem. Metal zawibrował jak struna. Na horyzoncie przełamała się chmura i ostatnia smuga słońca wycelowała w zegar. Muszla i pióro rozbłysły na ułamek sekundy, jak oko, które mrugnięciem daje znak. Mewy nagle ucichły. Fala natarła, ale zamiast wpaść pod molo, zatrzymała się na linii schodów, rozcięta jakby przez szybę. — Idziemy? — zapytał Kacper, a w jego głosie było podniecenie, które Nina znała za dobrze, by mu nie ulec. Zsunęła plecak z ramion, wsunęła za pasek notes i przysunęła się do krawędzi, czując, jak z głębi unosi się tętno chłodniejsze niż wszystko, co znała z powierzchni. Na poziomie jej kostek, tuż przy pierwszym stopniu, przebiegł cień, choć latarka żarzyła się nieruchomo. Kacper ścisnął mocniej rączkę, snop światła drgnął. — Słyszysz? — szepnęła. Z dołu dobiegło pojedyncze, czyste uderzenie. Jakby ktoś zapukał w spód świata. Nina zacisnęła palce na poręczy. Drugi raz — tym razem głębszy, bliższy. Drewniane deski molo odpowiedziały cichym trzaskiem, jakby stary dom odetchnął. Kacper nabrał powietrza, a jego latarka zadrżała na tyle, że przez ułamek sekundy dojrzała coś, co poruszyło się w bieli światła — okrągłą powierzchnię, błyszczącą, nie całkiem wodę i nie całkiem kamień. I wtedy nadeszło trzecie uderzenie, tak blisko, że poczuli je w kościach, a mosiężny pierścień za ich plecami odpowiedział krótkim, metalicznym szeptem


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 31
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.