Wyprawa do Zielonego Kanionu
Był koniec czerwca, a słońce rozlewało się szeroko nad niewielkim miasteczkiem Sobótka. Letni upał zaglądał do domów, drapał po szybach i zmuszał mieszkańców do schowania się w cieniu. Jednak Maja, Oskar, Nina i Bartek nie należeli do osób, które lubiły nudę. Zamiast kolejnego dnia spędzonego przed telefonem, marzyli o czymś wyjątkowym.
To właśnie Maja jako pierwsza wysunęła propozycję: "Słyszeliście kiedyś o Zielonym Kanionie?" zapytała, siadając na trawie w parku. "Podobno nikt tam nie chodzi, bo to dawna kopalnia. Ale mówi się, że można tam znaleźć niesamowite rzeczy, jeśli tylko się odważy."
Oskar tylko zmrużył oczy. "Znajdziemy tam pewnie tylko stare butelki i zardzewiałe śruby. Ale czemu nie? Brzmi lepiej niż siedzenie tu całe lato."
Bartek, który zawsze nosił w plecaku latarkę i scyzoryk, już planował trasę na mapie w telefonie. "To jakieś dwie godziny drogi rowerem przez las. Trzeba się przygotować. Weźmy wodę, coś do jedzenia i kijki trekkingowe. Nigdy nie wiadomo, co czeka na dnie kanionu."
Nina, najmłodsza z grupy, była podekscytowana, choć trochę się bała. "A co, jeśli rodzice się dowiedzą? I jeśli pogubimy się między tymi drzewami?"
Maja uśmiechnęła się tajemniczo. "Właśnie o to chodzi. Przeżyjmy coś, czego nie zapomnimy do końca wakacji."
Tak właśnie, jeszcze tego samego dnia, cała czwórka spotkała się przed sklepem spożywczym, każdy z małym plecakiem. Mając nadzieję na niewiarygodną przygodę, ruszyli przez kręte, leśne ścieżki. Mijali wysokie, bujne paprocie, przemykali przez zatopione w cieniu polany, aż powietrze stało się jakby cięższe, a drzewa rosły coraz gęściej i wyżej.
Po dwóch godzinach forsownego pedałowania i paru postojach, dotarli w końcu na skraj Zielonego Kanionu. Przed nimi ziemia nagle się urywała, odsłaniając strome ściany porośnięte bluszczem i mchem. W dole majaczyły dziwne, geometryczne kształty – jakby resztki starych maszyn lub murów z innego świata.
Oskar pierwszy zsiadł z roweru. "Kto pierwszy na dół?" rzucił zuchwale, lecz w głosie zabrzmiała nuta niepewności. Kanion był niezwykły. Czuć było lekki dreszcz, jakby miejsce od lat czekało na kogoś, kto odważy się zejść na samo dno.
Z pomocą Bartka, który rozwinął linę i sprawdził, czy grunt pod nogami jest stabilny, rozpoczęli ostrożne schodzenie. Stąpając po głazach, czuli pod stopami chrupot żwiru i słyszeli echo własnych kroków odbijające się od skalnych ścian.
W pewnym momencie, na poziomie półki skalnej, Nina zauważyła coś nietypowego. "Patrzcie tam, za tamtym wielkim kamieniem!" wskazała drżącą ręką. Przez szczelinę mignęło coś błyszczącego. Czwórka podeszła bliżej, ostrożnie zsuwając się po luźnych kamykach.
Za kamieniem znajdowały się stare, stalowe drzwi, niemal całkiem porośnięte bluszczem i mchami. Drzwi, które zdecydowanie nie pasowały do opuszczonego kanionu. Bartek odsunął trochę roślin i odkrył pokrętło, zardzewiałe, ale wciąż sprawne.
"Myślicie, że powinniśmy to otworzyć?" spytała Nina, ściskając latarkę. Oskar już jednak pociągał za pokrętło, a zardzewiałe zawiasy jęknęły cicho. Z wnętrza drzwi dobiegł ich zimny powiew i ciemność, tak głęboka, że aż poczuli ciarki na plecach.
W tym momencie coś w środku się poruszyło i dało się słyszeć niewyraźny dźwięk, jakby ktoś – lub coś – czekało po drugiej stronie...
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?