Did You Know?

Wynalazek, który obudził latarnię


Wynalazek, który obudził latarnię
Moje miasteczko nazywa się Szumowo i brzmi jak instrukcja do falowania. To taki skrawek nad morzem, gdzie mewy mają głośniejsze opinie niż radni, a latarnia morska wygląda jak ktoś, kto nie lubi, kiedy mu przeszkadzasz w drzemce. W dzień przygryza wiatr, w nocy mlaska zimno, a ja, Lena Czernik, liczę, że pewnego dnia dorosnę do momentu, w którym nie będę już musiała tłumaczyć, dlaczego znowu wracam do domu ze śrubką w kieszeni. Gdy masz czternaście lat i przyjaciółkę w postaci wielkiej drewnianej szafy pełnej kabli, twoje życie automatycznie robi się ciekawsze. Z wyjątkiem poniedziałków. Poniedziałki są zawsze złośliwe. Na szczęście miałam jeszcze Oskara. Oskar jest typem człowieka, który potrafi wyłączyć Wi‑Fi spojrzeniem krytykującej babci. Nosi plecak cięższy od sumienia i potrafi wcisnąć do niego wszystko – od kanapki, która już dawno złożyła wypowiedzenie, po rolkę taśmy „na wszelki wypadek, gdyby fizyka przestała obowiązywać”. Naszym ulubionym miejscem była piwnica Wujka Hipolita. Biologicznie był sąsiadem mojej mamy, zawodowo – samozwańczym wynalazcą, a stylistycznie – człowiekiem, który w sklepie z narzędziami gra w chowanego z rozsądkiem. W piwnicy Wujka pachniało wanilią (bo kiedyś rozbił ekstrakt) i starym olejem silnikowym (bo kiedyś rozbił silnik). Na półkach stały słoiki z etykietami: „Kable – ważne”, „Kable – jeszcze ważniejsze”, „Kable – nie pytaj”. — Uwaga na czułe, niecierpliwe i łatwopalne — powiedział Wujek, kiedy po raz pierwszy przynieśliśmy do niego nasz schemat. — Czyli na wszystko. Schemat znaleźliśmy w jego notesie między przepisem na pierogi z wiśniami a rysunkiem kawałka tortu opisanym: „prototyp tulei antyrozpadkowej”. Zatrzymała nas kartka z tytułem „Akustyczny Zgłaszacz Zdarzeń: Bugofon”. Brzmiało naukowo, a wyglądało jak durszlak z antenką. Pod spodem Wujek nabazgrał: „Słyszy to, co ma się wydarzyć, ale jeszcze nie zdecydowało, czy warto”. — To jest genialne — stwierdził Oskar, który ma w sobie talent do zakochiwania się w rzeczach, które zdecydowanie nie posiadają serca. — Nagramy przyszłość i wyślemy ją na konkurs koła naukowego. Zdobywamy złoto, sławę i wieczny zapas parówek w cieście. — Dziękuję, ale zamiast parówek wolę brak wybuchów — odparłam. Tak powstał Bugofon 2.1. Wersja 1.0 skończyła jako stojak na doniczkę, bo miała trudną relację z gniazdkiem. Zebraliśmy słuchawki z lat 90., miernik, który mierzył chyba tylko własną frustrację, i durszlak, który kiedyś był durszlakiem, a teraz pragnął zostać ikoną nauki. Do tego dwa kable od czajnika, guma od skakanki (elastyczność jest w modzie) i coś, co Wujek nazwał „kroplą odwagi” i zakręcił w maleńkiej buteleczce. — Co to jest? — spytałam. — Sok malinowy. Ale w etykietę wiary trzeba uwierzyć — odpowiedział poważnie. Plan testów był prosty: latarnia morska. Po pierwsze, jest wysoka. Po drugie, świeci. Po trzecie, nikt tam nie zagląda, odkąd gmina zamurowała przejście w dół, twierdząc, że „latarnia nie jest miejscem na improwizację”. Tabliczka na płocie brzmiała: „Wchodzić bez sensu surowo wzbronione”, co w Szumowie było tak precyzyjne, jak to tylko możliwe. Zaczęło się o zmierzchu. Morze wyglądało na umówione z niebem, że będą udawać powagę. Wiatr niósł sól, chłód i komentarze mew: „Proszę państwa, oto dwa egzemplarze nastoletniej odwagi na krótkiej gwarancji”. Oskar niósł plecak, ja – Bugofon. Durszlak siadł mi na głowie zadziwiająco pewnie, jakby zawsze marzył o takiej karierze. — Jeśli zaczniesz odbierać radio, przełącz na stację, która nie krzyczy — poprosił Oskar, podpinając ostatni kabel. — Jeśli zaczniesz odbierać zdrowy rozsądek, nie odłączaj — odparłam. Latarnia zdawała się spać na stojąco, z powieką żółtego światła, które co jakiś czas mrugało na morze. Usiedliśmy na schodach, gdzie farba łuszczyła się jak stary komiks, i włączyliśmy Bugofon. Wskaźnik zamrugał. Przez słuchawki popłynął szum. Najpierw taki zwykły: morze, wiatr, mewy lepiące komentarze. Potem coś innego, jakby ktoś w oddali przesuwał krzesło po drewnianej podłodze, na której nikt nie stał. — Słyszysz? — Oskar pochylił się, jakby mógł wyciągnąć dźwięk ręką. — Słyszę coś, co się waha. Jak decyzja — wyszeptałam, sama się z siebie śmiejąc. — Albo jak mój kot przed skokiem na parapet. W tym momencie światło latarni mrugnęło dziwnie, krócej i szybciej, jakby ktoś w środku ziewnął i pomylił przełączniki. Spojrzeliśmy na siebie. Oskar uniósł brwi tak wysoko, że prawie weszły mu pod czapkę. — Pewnie czujnik zmierzchu — powiedział tonem kogoś, kto próbuje brzmieć spokojnie i wcale mu się to nie udaje. — Jasne. I mewy płacą podatki. Bugofon jęknął i zaczął wydawać dźwięk przypominający grę na gumce od skakanki. Wskaźnik odchylił się, jakby zobaczył przyszłość i uznał, że to materiał na film. W słuchawkach usłyszałam krótkie stuknięcia, przerwy, znów stuknięcia. Przypomniały mi biwak harcerski i Morse’a, którego nauczyłam się tylko po to, żeby wysyłać Oskarowi na lekcjach wiadomości typu „nudzi mi się”. — To jest… — Oskar już sięgał po telefon. — To jest kod? Jeśli mnie mewa właśnie prosi o numer do mojej fryzjerki, to wychodzę z branży. Zaczęłam liczyć: krótkie, długie, przerwa, znów krótkie. Palcem kreśliłam kropki i kreski na zimnym metalu poręczy. Światło latarni współpracowało jak wczorajszą nocą pilot do telewizora. Po minucie zlepiłam litery. — O… T… W… Ó… R… Z… — wymówiłam powoli. — „OTWÓRZ”. — Nie no. Albo ta latarnia ma poczucie humoru, albo wpuściła do środka kogoś, kto ogarnia przeszłość i promocje w sklepie z żarówkami — stwierdził Oskar. — Czego mamy nie otwierać, bo to zawsze jest „nie ten słoik”. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, poczułam drżenie pod stopami, najpierw lekkie, jak mruknięcie lodówki, potem wyraźniejsze. W murze u podstawy latarni, dokładnie tam, gdzie znajdowały się stare, zamurowane drzwi, pojawiła się rysa. Widziałam, jak pył sypie się cichutko – nawet mewy ucichły. Rysa poszerzyła się i wygięła, rysując prostokąt. Ktoś w środku nie używał poziomicy, ale robił postępy. Bugofon zatrzeszczał. W słuchawkach wyskoczyły dźwięki, które nie były dźwiękami: szept, który jeszcze nie został szeptem, kroki, które jeszcze nie zdecydowały się postawić, i śmiech, który dopiero szukał żartu. Nie chcę twierdzić, że my wtedy się nie baliśmy, bo to byłoby kłamstwo równie duże, jak rachunek Wujka z Castoramy. Ale uczciwie przyznam: ciekawość ma zapach – w moim przypadku to sól, kurz i odrobina soku malinowego. — Okej — Oskar wyjął ze swojego plecaka latarkę, taką, która potrafi zawstydzić dzień. — Jeśli to jest moment, w którym powinniśmy zrezygnować, to powiedz teraz, zanim włączę. Wiesz, żebyśmy później mogli udawać, że do końca byliśmy odpowiedzialni. — Włącz — powiedziałam, zanim moje rozsądne ja przypomniało sobie, że ma moje nazwisko. Snop światła przyklejał się do muru, który już nie udawał, że nie żyje własnym życiem. Biała kreska rozszerzyła się w szczelinę. Kawałek cegły odpadł i stuknął o stopień. Z środka powiało chłodem, ale nie takim zwykłym. To było zimno o smaku atramentu i czegoś, co przypominało dawno otwarte książki. Nie wiem, czemu – może dlatego, że moja mama jest nauczycielką polskiego i książki w domu zawsze pachniały jak plan. Ten chłód pachniał jak plan, który ktoś postawił do góry nogami. — Lena — Oskar mówił cicho, co oznaczało, że właśnie przechodzi na poważny kanał. — Wskaźnik. Popatrz. Wskaźnik Bugofonu, który do tej pory skakał jak żaba na cukrze, nagle wyprostował się i pojechał w prawo. Na skali, którą sami nabazgraliśmy flamastrem, była tam rubryka „Prawdopodobieństwo głupoty”. Oskar dopisał kiedyś dla żartu „0–100%”, a ja dziś rano, też dla żartu, dorysowałam „100–102%”. No więc teraz wskazówka wyszła poza „102%” i spokojnie trzymała kurs. — Może to znaczy, że jesteśmy wybitni — szepnął Oskar z powagą człowieka, który właśnie wita się z własną odwagą i nie zna jej imienia. Szczelina poszerzyła się jeszcze o kilka centymetrów, jak szeroki, nieśmiały uśmiech. Z ciemności dobiegł dźwięk. Najpierw chrobot, potem coś w rodzaju chrząknięcia. A potem… kichnięcie. Głośne, zdecydowane i kompletnie nie do pogodzenia z opowieścią o wietrze, który czasem gra turystom na nerwach. — Na zdrowie…? — zaryzykowałam, bo czasem uprzejmość jest jedyną latarką, jaką masz. Ktoś – albo coś – w środku odchrząknęło. Bugofon zawył i przez pół sekundy dostałam w słuchawkach falę dźwięku, która przypominała mój głos. Nie taki jak teraz, tylko jakby starszy o słońce i kilka nieprzespanych nocy. — Lena, jeśli to słyszysz, nie dotykaj… — powiedział mój własny, zmęczony szept, i urwał się tak, jakby ktoś przeciął kabel nożyczkami z przyszłości. Oskar spojrzał na mnie. Ja spojrzałam na szczelinę, która właśnie wykonała minimalny, ale bardzo wyraźny ruch, jak usta przed słowem. Latarnia mrugnęła jeszcze raz, tym razem szybko, nerwowo, i przez chwilę miałam wrażenie, że widzę na szkle ślad dłoni. Nie naszej. — Nie dotykać czego? — szepnął Oskar, ale odpowiedział mu tylko powiew z wnętrza i cichy, urwany dźwięk, jakby ktoś po tamtej stronie rozpakowywał folię bąbelkową naprawdę ważnego pomysłu.


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 24
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.