Did You Know?

Wrak, który znał moje imię


Wrak, który znał moje imię
Po nocnej stronie Saturna pierścienie brzmią jak deszcz, jeśli odpowiednio wyregulujesz filtry. Nie jak ziemski deszcz — bez bębnienia o dachy, bez krzyku mew nad portem — lecz jak miękki syk, który wszywał się w kości holownika *Kestrel* i w kości każdego, kto nie spał, by go słyszeć. Tutaj światła statku przygaszono do półmroków i żarzących się iskier, kokpit był jaskinią z oknami wyciętymi w chłodzie. Cień Saturna połykał pół nieba. Drugą połowę rozświetlał blady ogień miliarda lodowych kamieni, każdy wirujący, zderzający się, dryfujący z taką gracją, która w sekundę zmiażdżyłaby cię na pył, gdybyś pomylił się w rachunkach. Zahra Adel nie spała już tak długo, że język miała suchy pod dziąsłami, a wnętrze kołnierza hełmu pachniało kawą i ozonem. Uprząż trzymała ją na miejscu, ale pomruk statku sprawiał, że palce wystukiwały niespokojne takty na konsoli. Miała ćwiczyć skan prawej burty — ping, identyfikacja, oznaczenie, raport — lecz przez trzy godziny skan nie wykrył nic większego niż śnieżka. Dwa razy puściła diagnostykę. Robiła notatki zgrabnymi punktami, jak lubił jej instruktor z Kermanszah Orbital, chociaż kapitan Mirza nigdy ich nie czytał, tylko patrzył, jak pisze — człowiek, który wierzył, że postawa kadeta mówi mu więcej niż jakikolwiek raport. — Oddychaj, Zahra — powiedział. Kapitan Mirza mruknął z fotela pilota, nawet nie zerkając w jej stronę. Miał taki sposób mówienia, że nie brzmiało to jak rozkaz. Bardziej jak przypomnienie, które już sama sobie dałaś. — Oddycham — odparła Zahra, a wtedy pętla syku pierścieni zahaczyła o skraj słuchu i zaczepiła się o coś, co wcale nie było pierścieniami — trzy tony, potem cisza, potem dwa, a potem długie, przeciągłe brzmienie, jakby ktoś przesuwał opuszką palca po krawędzi kryształowej misy. Pokładowa inteligencja *Kestrela*, Parallax, rozwinęła dźwięk na zestaw spektrów. — Niezarejestrowana aktywność transpondera — oznajmił Parallax. Jego głos był Neutralny Ludzki, wybrany przez programistę: bezpłciowy i przesycony cierpliwością, którą niektórzy kadeci uważali za upiorną, a Zahra — za kojącą. — Źródło w obrębie pierścienia B. Wąskie pasmo. Stare kodowanie. Serce Zahry próbowało wyprzedzić układ chłodzenia statku. — Nie dron górniczy? — Nie jest zarejestrowany w Paradise Mining, Mercury Tractor ani u niezależnych poszukiwaczy w promieniu trzech jednostek astronomicznych. Kodowanie przypomina wzorce Zjednoczonej Agencji Kosmicznej Ziemi sprzed około dwóch stuleci. — Pauza. — Jest też głos. Usta Zahry wyschły na pustynię. Podkręciła audio. Przez trzaski — zniekształcone znów trzytonowe wezwanie, a potem jej imię. Nie domysł. Nie przypadek. Przesączone przez filtry w głosie, który znała od środka na wylot. — Zahra Adel — powiedział, dokładnie w ten sposób przycinając *r*, jak ona, gdy była skupiona i próbowała brzmieć spokojnie. — Wpis do dziennika lotu pięć–jeden–cztery. Poczuła to jak niewidzialną dłoń na karku. — Kapitanie. Mirza wypuścił powietrze nosem. Blade światło pierścieni rozciągnęło cienie jego palców przez własną konsolę. — Parallax, zlokalizuj źródło. Na ekranie przed Zahrą zakwitła konstelacja znaków — obliczenia splatające się jak szkic mapy nieba bazgrany przez niecierpliwego boga. Parallax położył przez gęste rejony pierścienia B przezroczysty stożek. — Dwadzieścia trzy kilometry. Częściowo przesłonięte materiałem pierścieni i odłamkami pasterskimi. Prędkość względem nas nominalna. Obiekt nieruchomy, albo prawie. — W pierścieniach nic nie jest nieruchome — mruknął Mirza, ale już przycinał ciągi. Na zewnątrz czerń, bursztyn i perła kosmosu przechyliły się. *Kestrel* zszedł w przerwę w lśniącej płaszczyźnie. Zahra trzymała dłonie lekko na sterach, tłumacząc ciche dane Parallaxa na tor. Uczyła się latać w symulatorach, które przedstawiały przestrzeń jako piękną abstrakcję. Pierścienie takie nie były. Były precyzyjne. Były brutalne. Lodowe głazy wielkości vanów płynęły w laminarnych falach, które można było niemal czytać jak muzykę — a potem muzyka zmieniała się przez pociąg małego księżyca i trzeba było poprawiać nuty w locie. Mirza nie mówił „zwolnij”. Nie mówił „przyspiesz”. Pozwalał jej liczyć i nie być doskonałą. — Myślisz głośno — odezwał się po chwili. — Bo to mój głos. — O mało nie dodała: to mój głos i moje imię i numer wpisu, którego jeszcze nie nagrałam, bo jeszcze nic nie nagrywam. Przełknęła resztę. — A jeśli ktoś nas spoofuje? — To dowiemy się czegoś o tym, kto spoofuje ekipy ratownicze na skraju cienia Saturna. — Uśmiech Mirzy był krzywy, lecz nie nieżyczliwy. — Trzymaj nas między rozproszeniem a źródłem. Syk pierścieni zaostrzył się wraz z prędkością. Przerwa zaznaczona przez Parallaxa nie była dziurą, raczej przerzedzeniem, miejscem, gdzie lodowa masa została wzburzona i nie zdążyła osiąść. *Kestrel* prześlizgnął się przez nią na piórach ciągów — i nagle był tam: wrzecionowaty statek przygnieciony jak igła pod zamarzniętymi nićmi, kadłub dawniej bladoszary, teraz niemal czarny od pyłu. Światło ślizgało się po jego krawędziach i nie chciało przylgnąć. Wzdłuż brzucha, widmowe litery, kiedyś malowane czystą bielą, były porysowane mikrouderzeniami i czasem tak, że ledwie zostawały pociągnięcia. Zahra zmrużyła oczy i pozwoliła, by wzmocnienie Parallaxa stanęło przed nią w powietrzu. **HIRAETH**, głosiło. A pod spodem, mniejszymi: **EU-5414**. Ustami ułożyła słowo. Tęsknota. Statek nazwany od pragnienia domu. Stary, pomyślała. Za stary, by tu być. — Parallax, sprawdź rejestr. — Porównuję oznaczenia. EU-5414 odpowiada prototypowi eksploracyjnemu zgłoszonemu w archiwach EUSA i anulowanemu przed budową. Nazwa *Hiraeth* pojawia się wyłącznie w wczesnych propozycjach. Brak zapisu, że statek zbudowano. — Lekka pauza, jakby Parallax miał zdanie o papierologii. — A jednak istnieje. — Jak większość rzeczy, na które się potykamy — skomentował Mirza. Jego oczy odbijały blady urok pierścieni. — Masa? Parallax podał ją, a liczby wskoczyły Zahrze do głowy — ciężar i bezwład oraz wszystkie ciche implikacje tego, co kadłub zniesie, a czego nie. — Cienka skorupa — powiedziała Zahra. — Solidne kichnięcie by ją złożyło. — Pochyliła się. — Ale czemu niezbudowany prototyp siedzi w pierścieniach Saturna z aktywnym transponderem i moim głosem w pętli? Zorientowała się, że to wyszeptała. Policzki zapiekły. — To było retoryczne. — Odnotowano — rzekł Parallax. — Sygnatura cieplna znikoma. W niektórych liniach utrzymuje się potencjał elektryczny. Promieniowanie w normie. Wykrywam słabe pole, zgodne z uwięzionym ładunkiem. — Prawa do roszczenia? — zapytał Mirza beznamiętnie. Przez ekran Zahry przewinęły się schludne, nieustępliwe linijki przepisów. Niezarejestrowany wrak, masa poniżej progu samoroszczenia, znalezisko w przestrzeni nierezerwowanej. Mogli postawić boję. Mogli to zgłosić. Mogli czekać na większą załogę i patrzeć, jak ktoś inny wpisuje się pierwszy do dziennika. — Kapitanie, to jest moje imię. — Jej usta uformowały słowa wolno, twardo. — I to jest mój głos. — Pętla poleciała znów, przewlekając się przez szron i szumy. „Zahra Adel. Wpis do dziennika lotu pięć–jeden–cztery.” Potem oddech, ledwie słyszalny, jakby mówiący myślał nad następnym zdaniem i nie zdążył go wypowiedzieć. Brwi Mirzy ściągnęły się. Nie był człowiekiem, którego łatwo spłoszyć, i nie wyglądał na spłoszonego. Wyglądał, jakby rozważał kształt następnej godziny i to, czy oddać ją swojemu kadetowi. — Mamy czterdzieści siedem minut, zanim dynamika pierścieni zmieni tę okolicę w bardzo kiepską — powiedział. — Wchodzimy, trzymamy hol, trzymamy Parallaxa w uszach, a jeśli powiem „wychodzimy”, wychodzimy. Zahra zacisnęła zęby na oddechu, którego nie wiedziała, że wstrzymuje. — Tak jest. Skinął na jej rękawice. — Weź dobry przecinak. Zsunęli się wzdłuż poszczerbionego boku wraka, manewrowe dysze *Kestrela* malowały niewidzialne wachlarze w próżni. Z bliska *Hiraeth* wyglądał mniej jak zaprojektowany statek, bardziej jak coś wyhodowanego z bezsennych szkiców — wąski grzbiet, żebrowany delikatnymi dźwigarami, panele zgięte jak liście. Kołnierz dokujący był staroświeckim owalem obrzeżonym aureolą szronu. Ktoś, kiedyś — albo coś na kształt czasu i ciśnienia — wyżłobił przez niego linie; nie przypadkowe, tylko zapisane ręką, która musiała pisać szybko. — Parallax, wyostrz — powiedziała Zahra, celując lampą w hełmie. Światło wydobyło rysy w wyrazistości. U góry łuku stało: **DO NOT OPEN**. U dołu: **DO NOT LET HER IN**. Ten zaimek był ostry i pewny, jak ostrzeżenie wyryte w drzewie w lesie, w którym nie powinno cię być. Pomiędzy nimi, nisko, małe litery **Z. ADEL**, płytkie i koślawe, jakby zrobione tępym narzędziem i drżącą ręką. Zahra przełknęła. Jej imię wyglądało mniejsze, niż się czuła. — Kto to napisał — powiedziała i zdała sobie sprawę, że miała zabrzmieć obojętnie, a nie wyszło. — Język i kształt liter zgodne z twoim obecnym pismem w przybliżeniu w osiemdziesięciu dwóch procentach — odparł łagodnie Parallax. — Z poprawką na warunki i narzędzia. — Dziękuję za otuchę — mruknął sucho Mirza. Zahra wpięła się w hol i poczuła szarpnięcie przy kręgosłupie skafandra. Przecinak warczał w prawej dłoni, syk żmii zamknięty w metalu. Lewą dłoń położyła na kołnierzu. Szron trzasnął pod rękawicą. Chłód przeszedł tak, że aż zabolały zęby. Litery **Z. ADEL** pobłysły cienkim szronem. O w słowie **NOT** było pogłębiane tyle razy, że narzędzie ześlizgnęło się i porysowało metal poza starannością. — Parallax — powiedziała Zahra, walcząc, by głos był równy — skan różnic ciśnień i cząstek. — Atmosfera wewnątrz o szept powyżej próżni — odparł Parallax. — Obecne śladowe lotne. Wykrywalne nieznane organiki na poziomach, które dałyby odczuwalny zapach, gdyby otworzyć filtr w twoim skafandrze. — Zawahał się. — Profil zapachowy zgodny z późnoletnią ziemią po deszczu. Zahra zaśmiała się krótko, ostro. — Niemożliwe. — Nigdy nie postawiła butów na Ziemi. Pertychor znała z wykładów i wierszy. — Wiele rzeczy jest niemożliwych, zanim się wydarzą — odparł bez oceniania Parallax. Głos Mirzy wrócił na kanał, stały. — Decyzja należy do ciebie, Kadetko. Jej decyzja. Słowa zważyły w dłoniach. Zahra jeszcze raz przejechała kciukiem po wyrytych inicjałach, po czym wsunęła końcówkę przecinaka do krawędzi ręcznego zwalniacza kołnierza. Ciepło narzędzia rozkwitło w metalu, a szron syknął jak oddech na szkle. Pracowała przy starym mechanizmie cierpliwymi łukami, liczyła od jednego do sześćdziesięciu pod nosem, zmuszając się, by słyszeć każdą sekundę. — Zahra — odezwał się znów głos z transpondera. Ciszej tym razem, jak bliskie echo w małym pomieszczeniu. — Posłuchaj mnie. Zastygła. — Parallax, źródło. — Trudno namierzyć — powiedział Parallax. — Zaczyna przenikać do systemów drugorzędnych. Może buforować się w starej instalacji. Przecięła ostatni zatrzask. Kołnierz dokujący drgnął nieznacznie, westchnienie metalu. Uszczelka *Kestrela* połączyła się z wrakiem z pustym klaśnięciem. Kontrolka zamka mignęła z czerwonej na bursztynową, po czym— — Stój — uciął Mirza ostro. Bursztyn pozostał. Bursztyn zawsze był ulubionym kolorem Zahry najmniej — żółty to ostrożność; czerwony — ostateczność. Bursztyn to kolor „prawie”, zawahania, historii, która może pójść w każdą stronę. Przekręciła pokrętło i otworzyła filtry hełmu na dziewięćdziesiąt pięć procent. Jeśli Parallax miał rację, jeśli cokolwiek z tego miało sens, poczuje deszcz, którego nigdy nie znała. Coś przesunęło się po drugiej stronie włazu. Nie głośno. Nie teatralnie. Po prostu odgłos ciężaru, który się pojawił, choć wcześniej go nie było. Kontrolka przeskoczyła na zieloną. — Parallax? — Mirza znowu, z tą krawędzią w głosie, która podnosi włosy na karku. — Odczyty życia niejednoznaczne — powiedział Parallax. — W moich danych występuje wzór interferencyjny zgodny z— — przerwał, przeliczył, wybrał inną drogę. — Nieznane. Wewnętrzny właz odsunął się powoli o buty Zahry, z powagą starych drzwi w starych domach na planetach, gdzie jest pogoda. Smuga powietrza, cieplejsza niż powinna, dotknęła jej skafandra i wsunęła się w filtry. Najpierw zapach kurzu. Potem zieleni. Potem czegoś jak oddech po grzmocie. A potem, z cienkiej ciemności korytarza wraka, uniósł się snop światła jak podbródek i odnalazł jej wizjer. Z drugiej strony patrzyła na nią własna czołówka. — Zahra — odezwał się głos Zahry, nie z audio, lecz z wnętrza otwartej ciemności, spokojny jak wiadomość nagrana dlatego, że ktoś wiedział, iż odbiorcy będą trząść się ręce. — Jeśli zaszłaś tak daleko, musisz uciekać.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 23
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.