Did You Know?

Wilczy szlak


Wilczy szlak
Mgła podnosiła się z turzyc jak para z czajnika, rozwieszając nad niskimi łąkami białą zasłonę. Puszcza pachniała mokrym drewnem i żywicą, a ciche dudnienie dzięcioła mieszało się z chrapliwym krakaniem kruków. Jagna prowadziła rower piaszczystą duktą, koła co chwilę grzęzły w miękkich plamach piasku. Plecak obijał się o łopatki, ciężki od baterii, kart pamięci i złożonego statywu. — Jeszcze kawałek — powiedziała, odwracając się do Mikołaja. — Na mapie przepływ jest za tą kępą olch. Mikołaj poprawił czapkę, w której zgromadziło się już trochę mgły, i uśmiechnął się półgębkiem. — A gdyby tak raz pójść tam, gdzie mapa nie zna ścieżek? — Tu każda ścieżka jest czyjaś — odparła. — Zwykle kogoś, kto ma cztery łapy. Lubiła ten stan, gdy ludzki zgiełk rozpraszał się, a zostawały tylko krople osiadające na rękawach, miarowe tętno i ślady. W mokrej glinie tuż przy drodze odcisnęła się szeroka łapa — cztery palce i poduszka, wyraźna jak pieczęć. Wilk. Jagna przykucnęła, wyciągnęła ze spodni metr krawiecki, którego nauczyła się używać tak samo pewnie jak długopisu. — Dziewięć i pół szerokości. Patrz na pazury — palce rozcapierzone, jakby biegł szybciej niż zwykle — mruknęła, bardziej do siebie niż do Mikołaja. — To nie pies. Zobacz linie na poduszce. Mikołaj nachylił się obok. — A gdyby to był ten z nadajnikiem? Smyk? — Nie udawał obojętności; w telefonie miał aplikację, która czasem wysyłała powiadomienia o ruchach oznaczonych osobników. Smyk poruszał się jak cień — znikał na trzy dni, by nagle pojawić się na brzegu polany w środku dnia. — Sygnał zgasł wczoraj wieczorem — powiedziała Jagna, wciągając powietrze tak, jakby mogła w nim wyczuć odpowiedź. — Nie jestem pewna, czy to on. Ale ślady są świeże. Migotliwy strumień przecinał duktą jak rysa na starym szkle. Przy brodzie rosły stare olszyny, popodgryzane przez bobry; leżały pod dziwnym kątem, z poszarpanymi włóknami. Woda krążyła między kamieniami i rozpływała się po piaszczystej łasze. Jagna zawiesiła na pniu fotopułapkę, ustawiając czujnik tuż nad wysokością wilczego barku. Delikatnie nacisnęła przycisk. Dioda zamrugała. — Zostawimy ją tu na tydzień — zdecydowała. — Przejdą tędy. Muszą. Zebrali poprzednią kamerę z drugiej strony strumienia. Obwieszona kroplami jak krochmalona firanka, wyglądała na martwą, ale w środku karta pamięci trzymała w sobie ostatnie noce. Jagna wsunęła ją do czytnika w tablecie i przysiadła na pniu; Mikołaj stanął nad nią, wdychając zapach mokrego mchu. Pierwsze ujęcia były znajome: dzik przeciągał bokiem, rubaszny w jesiennym futrze; później para saren przemykała jak dwie szare dłonie w powietrzu. Żubr wszedł niemal w obiektyw, dmuchnął parą wprost w szkło i odszedł, zostawiając po sobie tylko brzęczący ślad na ścieżce. Potem noc, gęsta jak węgiel. Dwa błyski oczu, nisko przy ziemi. Cisza zdjęcia aż brzęczała w palcach. — Cofnij — szepnął Mikołaj. — To nie był dzik. Jagna przewinęła klatkę po klatce. Wilk wyszedł zza olchy, odwrócił głowę do kamery, jakby słyszał coś, czego oni nie mogli. Smukła sylwetka, grzbiet rozjaśniony szronem, a na szyi… coś zamigotało. Jagna przybliżyła obraz. To mógł być obroża telemetryczna — szeroka, matowa. Ale tuż przy krawędzi metalu odbił się cienki, ostry błysk, jak gdyby w wilczym futrze utknęło coś zbyt błyszczącego, zbyt gładkiego, żeby należeć do lasu. — To tylko odbicie — powiedział Mikołaj, choć brzmiało to bardziej jak życzenie. Przesunęli dalej. Kolejna noc. O trzeciej siedemnaście na ujęciu przecięła przestrzeń nitka światła — cienka, zimna kreska, która przejechała po karpie powalonego pnia i zgasła. Nie była to latarka niesiona w ręku; światło było równe jak miecz, który nie miał gdzieś swojego końca. W tej samej sekundzie obiektyw uchwycił drżenie liści, a potem cisza, w której słyszalna wydawała się krew w pulsie. — Ktoś tu był z dronem? — Mikołaj podrapał się po karku. — O tej porze? W środku rezerwatu? — Albo coś, co świeci podobnie. — Jagna poczuła, jak chłód z mgły wpełza pod kurtkę. — Nie podoba mi się to. Zamknęła tablet, ale obraz cienkiej kreski nie zniknął z jej głowy. Prawdopodobnie nic. Albo coś, co nie powinno się tu znaleźć. Woda za szuwarami zakotłowała się i na chwilę każdy dźwięk wydawał się głośniejszy — plusk, trzepot skrzydeł. Para krzyżówek poderwała się z koryta, rozcinając mgłę płaskim uderzeniem lotek. — Słyszałeś? — zapytała, choć wiedziała, że Mikołaj słyszy dokładnie to samo co ona. — Tak. — Jego głos był niższy, bardziej skupiony. — I to. Na granicy ciszy rozległ się krótki, urwany pisk, który bardziej się czuło niż słyszało. Nie był to głos sarny. Nie był to też wycie — to jedno, krótkie, urwane wezwanie. Jagna poczuła je pod skórą jak elektryczny impuls. — Wilcze szczenię? — Mikołaj zerknął pytająco. — O tej porze roku? — odpowiedziała natychmiast, choć wcale nie była pewna. — Mogło to być ostrzeżenie. Od organizatorów projektu nauczyła się nie ufać pierwszym skojarzeniom. Wilki miały swoje kody, własne cisze i własne sposoby, by zniknąć. A jednak coś innego brzęczało na dnie tej ciszy — dźwięk nieładu, przypomnienie o tej nitce światła. Postanowili pójść w stronę, z której dobiegł pisk. Zostawili rowery w zaroślach, zaznaczając położenie na GPS-ie. Młodnik świerkowy wcinał się tu w starą część lasu jak ciemnozielona fala. Pod butami uginała się warstwa zeszłorocznych igieł, elastyczna jak materac. Zapach żywicy mieszał się z czymś metalicznym, a gdzieś wysoko, niewidoczne w mlecznej łunie, kruki zmieniały stanowiska, jakby obradowały nad czymś niezwykle ważnym. — Spójrz — zasyczał Mikołaj. — Na krwi… znaczy, na ziemi. — Poprawił się od razu, jakby nie chciał uruchamiać w słowach czegoś, czego nie było. Rzeczywiście — żadne czerwienie nie śliniły ziemi. Ale błoto było rozorane świeżymi bruzdami, jakby coś ciężkiego próbowało wyrwać się spod gałęzi. Dwa równoległe ślady, wąskie i ostre jak od… Jagna przyklękła. — Linki? — powiedziała zbyt cicho, by ktokolwiek poza lasem mógł to usłyszeć. — Albo drut. — Wargi same z siebie ułożyły się w linijkę. Nie chciała domykać tej myśli. Wówczas coś zaszeleściło w krzakach po prawej. Najpierw dźwięk był drobny jak prószący śnieg, po chwili cięższy, rytmiczny. Z gęstwiny wynurzyła się sylwetka na czterech łapach — nieśpieszny krok, głowa nisko, uszy napięte jak łuki. Światło mgieł odbiło się w oczach zielonym, przytłumionym blaskiem. Wilk zatrzymał się na skraju ścieżki. Wiatr przywiał do nich zapach mokrego futra i ziemi. Na szyi błysnęło coś bardziej twardego niż sierść. Jagna otworzyła dłoń i sunęła telefonem na wolniejszy tryb. Żaden gwałtowny ruch. Wilk uniósł pysk, wciągnął powietrze, a potem przesunął się o krok w bok, jakby próbował zasłonić bok ciała przed ich wzrokiem. Jagna zauważyła, że przy szerokim pasie obroży, tej telemetrycznej, coś do niego przylgnęło — cienki metalowy kształt, niemal niewidoczny pod futrem. Wilk drgnął i ledwie dostrzegalnie skulił łopatki. — Nie podchodź bliżej — wyszeptała. — Jeśli to boli, może rzucić się w panice. Z tyłu, z lewej, gdzie młodnik kłębił się pod ścianą starych grabów, rozległ się rozciągnięty dźwięk, zupełnie nie z tej scenerii — jak cichy bzyczenie napędu, jak oddech maszyny, która nie rozumie, że tu nie ma dla niej miejsca. Wilk raptownie odwrócił głowę w tamtą stronę. Kruki podniosły lament, który wbił się Jagnię w żebra jak grzebień. Mikołaj uniósł rękę powoli, pokazując jej ekran telefonu. Na mapie niebieski punkt oznaczający Smyka zamigotał i zaczął się przesuwać, choć przed chwilą sygnał nie istniał. Obok pojawiło się powiadomienie: „nagły przyspieszony ruch — poziom baterii nieznany”. — On ucieka — wyszeptał. Las wciągnął powietrze razem z nimi. Słyszała własne serce, słyszała też gonitwę, której nie widziała — trzaski gałęzi, łapek, które dotykają ziemi na palcach, i czegoś jeszcze, czego nie umiała nazwać. W buczynie po lewej coś ciężkiego weszło na suchą gałąź, która pękła z dźwiękiem tak czystym, że aż bolał. Wilk napiął się i w jednej sekundzie przesunął o trzy kroki, spoglądając za siebie. Mikołaj zrobił pół kroku w przód. — Pomożemy mu? — Zadał pytanie, którego końcówka zawisła w zimnym powietrzu. Jagna już otwierała usta, by odpowiedzieć, gdy na skraju młodnika, tam gdzie światło mgieł stawało się znowu białawe, błysnęło czerwone oczko — kropka, która mignęła, przygasała i znów wracała, przesuwając się płynnie jak oddech. Zapach metalu zrobił się nagle ostrzejszy. Coś zaszurało po korze, jakby przeciągany był drut. Kruki umilkły jednym ruchem, jak zamknięta książka. Wilk przysiadł, zjeżył grzbiet, a Jagna zacisnęła palce na pasku aparatu. Z ciemności po prawej wysunęła się druga para oczu, niższa, zawieszona niżej nad ziemią, a tuż za nimi, na granicy zasięgu wzroku, poruszył się kształt, którego rysów nie umiała uchwycić. Wtedy, gdzieś bardzo blisko, rozległ się metaliczny trzask, jakby stal próbowała nagle wejść w rozmowę z drewnem, i wszystko, co żyło w tej chwili, zastygło razem z nimi.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 32
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.