Did You Know?

Wieża, która liczy do trzynastu


Wieża, która liczy do trzynastu
Sierpniowe noce w Cisowym Jarze pachniały metalem i rozgrzanym kurzem. Rzeka Srebrnica cofnęła się tak daleko, że w jej korycie można było znaleźć szkielety rowerów, zagubione klucze do piwnic, a nawet zardzewiały znak drogowy, który kiedyś zapewne wskazywał „most”, choć most dawno temu porwała powódź. Nad wszystkim czuwała Wieża Zegarmistrza — smukła, ciemna, z tarczą, która w samo południe błyszczała, a o zmierzchu gasła jak zamykające się oko. — Dziś też policzy do trzynastu — powiedział Iwo, zakładając ręce za głowę tak, jakby sprawdzał napięcie nieba. — I wszyscy będą udawać, że to normalne. Uśmiechnęłam się, ale w brzuchu miałam tę samą szpilkę niepokoju co wczoraj, kiedy trzynasty raz naprawdę wybrzmiał. W Cisowym Jarze mówiono, że Erazm Wędrowicz, pierwszy zegarmistrz, wstawił do wieży ząbkowane serce, które raz na sto lat wybija dodatkowy uderzany puls świata. To brzmiało jak legenda opowiadana przy herbacie z sokiem malinowym, dopóki wczoraj wieczorem dzwon nie dodał tego jednego, niepotrzebnego, a jednak nieuchronnego dźwięku. Ludzie na rynku wstrzymali oddech. Ktoś przeżegnał się, ktoś inny roześmiał się zbyt głośno. Ja po prostu poczułam, jak coś we mnie, głęboko, przestawia tryby. — Gdyby babcia Halina to widziała... — mruknęłam, poprawiając pasek z płóciennej torby. W środku kołysnął się krążek mosiądzu, pociemniały od dotyku wielu pokoleń. Iwo spojrzał znacząco na torbę. — Masz je ze sobą? — Dziś spróbujemy — odpowiedziałam. — Jeśli w ogóle jest coś do wypróbowania. Schodziliśmy po spękanych płytach, które jeszcze miesiąc temu przykrywała woda. Drobne lśniące muszle trzaskały nam pod stopami, jakby ktoś rozrzucił garście szkła. Słońce stało nisko, a cienie wieży, domów i nas dwojga układały się w długie linie, które zbiegały się tam, gdzie rzeka, wysuszona na popiół, zakręcała pod murem młyna. To miejsce znaleźliśmy poprzedniej nocy. Nie było zaznaczone na żadnej mapie. Leżało w środku zakola, tam, gdzie dno przechodziło w łagodną misę ze skał. Kiedy przetarłam kamień dłonią, sypnęły się drobinki pyłu, a spod warstwy gliny wyjrzał symbol: dwanaście promieni wokół pustego środka. Dziś zabrałam krążek z komody babci — astrolabium z grawerunkiem tych samych promieni. Tylko w miejscu trzynastego, tuż pod niewielkim kółkiem na zawieszkę, ktoś przed laty dorysował delikatną ryskę, prawie niewidoczną, jak zbyt śmiały oddech. — Gotowa? — spytał Iwo, choć wiedział, że właśnie dlatego mnie tu przyprowadził. Kucnęłam na chłodnej skale. „Astrolabium” to wielkie słowo jak na coś, co mieściło się w mojej dłoni, ale babcia nazywała je tak, kiedy odkryłam je w jej szufladzie z koronkami i przybornikiem do szycia. Kładę krążek na środku promiennego wzoru. Metal zaskwierczał tak cicho, że pomyślałam, że to tylko krew bije mi w uszach. Potem zobaczyłam, jak rysa-przedłużenie, ta trzynasta, rozświetla się bladym światłem i pnie się po krawędziach, jakby ktoś rozlał mleko po granitowym talerzu. — Leno... — Iwo pochylił się bliżej. — Ty to widzisz? Widziałam. Światło nie było ciepłe, nie było też zimne — było jak oddech nocy uciekający z butelki. Rozlewało się przez promienie, wypełniało ryty jak woda rowki na piasku, aż dotknęło krawędzi miski i zatrzymało się, jakby czekało. Wieża odezwała się wtedy. Najpierw zwyczajnie: donośnie, dwanaście uderzeń, równych i przewidywalnych. Każde spotykało się z naszymi piersiami, szkiełkami w kieszeniach, metalem krążka. Gdy dwunaste wybrzmiało i rozpadło się w powietrzu na drobne dźwięki niczym brokat, cisza zawisła nad Cisowym Jarem; ta cisza, która ma swoją wagę. Trzynasty dzwon spadł jak kropla rtęci. Nie uderzył w nas, tylko przed nami, w misę kamienną, w krążek. Blask rysy drgnął i wystrzelił w dół jak błyskawica wbita w ziemię. Woda w Srebrnicy, ta cienka resztka ukryta w szczelinach, zaczęła zbierać się wokół nas. Maleńkie strużki pełzły do miski, łącząc się w jasną taflę. Na naszych oczach tworzył się okrąg, gładki i przezroczysty do takiego stopnia, że przez chwilę miałam wrażenie, że spoglądam w dół z bardzo wysokiego okna. Pod tą szklaną powierzchnią coś się ruszyło. Coś, co nie mogło się ruszać, bo pod nami było tylko dno rzeki, kamienie i stary muł. Iwo przyklęknął i dotknął tafli końcem patyka. Patyk stuknął o powierzchnię jak o lód — miękki odgłos, który nie powinien należeć do lata. Na tafli rozeszły się kręgi, ale nie rozmazały odbicia. W odbiciu zobaczyłam wieżę, i jeszcze coś: na tarczy zegara, tuż przy górnej krawędzi, mignął znak, którego tam nie było. Jakby ktoś dorysował brwi nad dwunastką. Jakby tarcza miała ukryte oko. — To jest... — Iwo nie dokończył. Może dlatego, że nie wiedział, czy to pytanie, czy odpowiedź. Położyłam dłoń na krążku. Metal był teraz cieplejszy, jak gdyby leżał długo w słońcu, choć zasłaniał go cień wieży. Skóra na moim nadgarstku zapiekła; to miejsce, gdzie od urodzenia mam znak, drobny wir z kropką po lewej. Zawsze uważałam, że wygląda jak przypadek. Teraz promienie z rysunku zbiegały się prosto w tę kropkę, a ja poczułam, jak coś „klika” wewnątrz mnie i wewnątrz ziemi. Zgrzyt, bardzo niski, przetoczył się pod kamieniami, jak śmiech skał. Z boku, na murze młyna, pojawił się cień, którego nie rzucało żadne widzialne ciało. Był ostry, wyraźny, a mimo to drżał, jakby oddychał. Popatrzyliśmy na siebie z Iwem. Nie musieliśmy mówić: tak, oboje go widzimy. — Może powinniśmy... — zaczęłam, ale nie skończyłam. Płynna tafla nagle zapulsowała. W środku okręgu pokazały się schody. Szły w dół, wrzynały się w ciemność zawiniętą w perłowy połysk. Każdy stopień był wykuty tak precyzyjnie, że przypomniał mi zęby kół w zegarku dziadka: idealne, ciche, nieubłagane. Schody nie mogły tam być. A jednak były. Wieża odezwała się z opóźnieniem, jakby dzwonowi zabrakło oddechu w połowie drogi. Trzynasty dźwięk trwał, przeciągał się, smużył po powietrzu niskim buczeniem. Miał w sobie coś z mruczenia, coś z ostrzeżenia, coś z zaproszenia. — Leno — powiedział Iwo i położył dłoń na moim łokciu. — Jeśli to jest pułapka... — To jest odpowiedź — wymknęło mi się, choć nie byłam pewna, na jakie pytanie. Może na te wszystkie, których nie odważyliśmy się zadać babci Haliny, gdy jeszcze była. Zrobiłam krok. Podeszwa trampek dotknęła szkła, które wcale nie było szkłem. Było twarde, a jednak ustępowało pod naciskiem, jakby pamiętało, że kiedyś było wodą. Poczułam od spodu chłód i coś jeszcze, metaliczny smak na języku, jak po ugryzieniu w policzek. Gdzieś za nami kruk zakrakał ochryple. Wiatr obrócił kartki w notesie Iwa, te z nakreślonymi schematami mechanizmów, tak szybko, jakby bał się, że ktoś mu je zabierze. Wieża nad nami podskórnie drżała, a dźwięk dzwonu przeszedł w wibrację wyczuwalną w kościach. Krawędzie okręgu rozsunęły się o milimetr, potem o kolejny. Schody poruszyły się jak żywe, a w dolnej części, na granicy światła i ciemności, coś odpowiedziało ruchem, zbyt miękkim, żeby nazwać go krokiem. — Słyszysz? — Iwo ściszył głos do szeptu, jakby to mogło cokolwiek zmienić. Słyszałam. To nie był wiatr, nie woda, nie kamienie. Coś skrobało o spód tej przezroczystej bramy, jakby sprawdzało, czy nasza strona jest tak samo twarda jak tamta. Coś musnęło moje imię od wewnątrz głowy, niemal tak delikatnie, że mogłam to wziąć za własną myśl. „Lena”. Wyraźne jak pierwszy dźwięk budzika. — Kto tu jest? — zapytałam w głąb okręgu, choć to, co było we mnie mądrzejsze niż strach, podpowiadało, żeby milczeć. Cień na murze młyna drgnął tak, jak drżą skrzydła tuż przed lotem. Tafla zapadła się o włos, schody wyjrzały jeszcze jeden stopień. Głęboko pod nami, w ciemności, która świeciła własnym, perłowym światłem, coś uniosło się ku górze i zaczęło podchodzić po stopniach, a trzynasty dzwon, wreszcie milknąc, zostawił w powietrzu smugi tak gęste, że przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że można je chwycić palcami.


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 38
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.