Did You Know?

Wezwanie siedemnaste


Wezwanie siedemnaste
Światło duchów sprawiało, że scena wyglądała jak wnętrze kuli śnieżnej, którą ktoś potrząsnął i zapomniał odstawić — kurz zawisł w powietrzu, cienka aureola otaczała nagą żarówkę. Deszcz stukał w dach audytorium Franklina równym, niespokojnym kodem. Znaki wyjścia mruczały swoje czerwone samogłoski. Z kulis fotele na widowni były tylko sugestią aksamitu i cienia, balkon stromo wisiał nad nimi jak warga śpiących ust. Maya pocierała kciukiem rząd małych serc na kostkach. Wyblakłe do liliowego, narysowane rano na algebrze. Zabobon stary jak liceum — jeśli znikną przed kurtyną, zapomni kwestie. „Na miejsca za pięć!” — zawołała pani Calder od kulisy prawej, głos miała ostry, tnący wilgoć. Przeszła pewnym krokiem, jak ktoś, kto zbudował trzydzieści lat spektakli z nastolatków, ołówek za uchem, szalik w kolorze pośpiechu owinięty wokół szyi. Maya skinęła głową, choć nauczycielka nigdy w takich chwilach nie patrzyła. To nie było osobiste. To był rytuał dla powietrza — napełnij je rozkazem, pozwól, by uniosło. W kabinie Theo pochylał się nad starą konsolą jak mewa nad kałużą. Słuchawki miał krzywo — jedno ucho zakryte, drugie wolne. Jak zawsze wyglądał, jakby już myślał o następnym żarcie. „Hej, gwiazdo,” powiedział do mikrofonu, a jej słuchawki zaszumiały deszczem. „Masz dziś serce?” „Kilka. Wszystkie głośne.” „Dobrze. Deska trochę wariuje,” przyznał ciszej. „Burza namieszała w ściemniaczach. Jak coś odpali za wcześnie, to nie ja. Nie rób z tego kompleksu.” „Masz na myśli — nie dorabiaj drugiego,” odpowiedziała. Przekręciła scenariusz pod światło, by móc czytać czerwone notatki na marginesach — oddychaj, ciężar na prawą stopę, powiedz *zostań* naprawdę. Zawsze pisała na czerwono. Wyglądało jak pilne sprawy: sygnalizacja, pomidory, ten najlepszy rodzaj niebezpieczeństwa. Tego wieczoru pojawiło się coś jeszcze. Na stronie pierwszej sceny, między jej notatkami, tkwiło zdanie, którego nie było w tekście. Ołówkiem, obcą ręką, tak mocno, że wgniótł papier. *Gdy staniesz w centrum — nie kłam.* Maya znieruchomiała. Litery proste, staranne. Papier jakby ciepły. Rozejrzała się — tylko drabina w farbach, rząd kostiumów pod folią, cisza dużej sali czekającej na pierwsze słowa. „Dwie minuty!” — krzyknęła pani Calder. Dani minęła ją pachnąc perfumą i lakierem, sukienka zahaczyła o metal wózka. Odwróciła się, odczepiła i spojrzała Mayi w oczy. Szminka czerwień tajemnic. „Połam nogę” — rzuciła. Dawny żart. Teraz brzmiał obco. „Dzięki” — Maya odpowiedziała. Powietrze między nimi ściśnięte i od razu rozluźnione. Przyjaciółki — najpierw z przypadku, potem z wyboru, w końcu wcale. Uczyły się nowej choreografii rozmów bez potknięć o niewypowiedziane. Światło duchów odsunięto. Ciemność zgęstniała, rozrzedziła się. Rozbrzmiała uwertura z nagrania, udająca orkiestrę. Maya wyszła na znak jak do basenu — dreszcz, wydech, wzlot. Na scenie sala się zmieniła. Pusta — a jednak pełna. Fotele nie były puste — były możliwością. Balkon pochylił się. Proscenium stało się bramą. Dlatego tu zostawała, nawet gdy brzuch spadał jak w windzie, a dłonie czuły się za duże — bo chciała, by sala była prawdziwa, a słowa to czyniły. „Światła” — powiedziała Calder w interkomie. Theo dał ciepłą poświatę. Miodem oblała atrapę kominka, ramy obrazów, dywan z krnąbrnymi frędzlami. Pierwsza kwestia pociągnęła ją jak struna. Deszcz na dachu zmienił rytm. Scena pierwsza czysta. Druga prawie. Gdy podeszła do okna, włosy na rękach stanęły dęba. Zawsze wtedy pamiętała dłonie matki przeczesujące jej włosy w kuchni, gdzie kurz stawał się brokatem w wieczornym słońcu. Theo zgasił punktualnie. W ciemności kliknęły słuchawki jak ciche owady. „Ładnie. Jesteśmy pokazem.” W przerwie na zmianę sceny Maya podniosła ze stołu rekwizytowe listy. Pod spodem czekała karteczka, jeszcze lepka od taśmy. *Pod koniec sceny trzeciej spójrz w górę.* Skóra jej zapiekła. Nie lubiła, gdy coś, czego nie widzi, mówiło jej, co robić. Theo w kabinie uniósł dłonie pytająco. Skinęła zbyt szybko, schowała notkę do kieszeni sukni. „Od początku sceny trzeciej” — brzmiał głos Calder. „Trzymajcie napięcie. Prawda, ludzie. Nie ślizgajcie się.” Problem z aktorstwem, pomyślała, to to, że w kółko powtarzają *mów prawdę*, aż staje się sztuczką. Którą prawdę? Czyją? Tę, za którą biją brawo, czy tę, po której zostajesz obolała? Grzmot potoczył się po dachu jak beczka. Maya nabrała powietrza, serce policzyło cztery. Scena trzecia — ta, której nie cierpiała, bo kochała. Ona i Dani krążyły wokół siebie jak porcelana i bomby. Dziś w głosie Dani błyszczała stal. „Myślisz, że odejdziesz bez słowa?” Tekst Mayi: „Nic ci nie jestem winna.” Ale w kieszeni pulsował ołówek: *w centrum nie kłam.* Stanęła na znak w świetle reflektora. Powietrze kalkulowało: prawdę, prawdę, prawdę. Usta chciały dawnych kłamstw. Zmieniła — odrobinę. „Nie umiem” — wyszeptała. Linia w niej napięła się i zabrzmiała. Światła mignęły. „Nie ja” — rzucił Theo od razu w słuchawki. Stabilizacja. Dani jak lis w świetle, gotowa na tę nową prawdę, jakby na nią czekała. Na końcu sceny Maya uniosła głowę. Balkony miodowej ciemności. Rząd ostatni. Kurtka. Marynarka z wełny, kołnierz wytarty, srebrna broszka ptaka ze skrzydłami. Znała jej ciężar — należała do matki, potem do pudełka w korytarzu, nie do nikogo. „Stop” — głos Calder ostry. Aktorzy nieruchomi. Theo: „To ty to położyłaś?” Maya: *Nie.* Nie mogła oderwać wzroku. „Dziesięć minut. Woda. Zero telefonów na scenie” — Calder klaskała. Obsada rozluźniała ramiona, techniczni przesuwali kanapę. Maya nie ruszyła się. „Idę na dół” — Theo. Zszedł z kabiny. Dani przy jej łokciu. Nie dotknęła. Oczy miękkie. „W porządku?” „Widzieliście—” Maya zaczęła, ale Theo już dobiegł. „Cokolwiek to jest, nie powinno. Brooks zawsze sprawdza balkon.” „Jaki Brooks?” „Woźny. Sprawdza przed zamknięciem.” Ciszej do Mayi: „Mam iść?” Maya pomyślała o notce jak o ciepłej dłoni, o marynarce na krześle, o kluczach, które nigdy nie wróciły. „Nie. Ja pójdę.” Zasłona pachniała miedzią. Schody wiły się korkociągiem, dywan wytarty do gołej nici. Każdy krok zimniejszy, chłód miejsc nocnych. Zawias skrzypnął i ucichł. Telefon w kieszeni zawibrował. Nie spojrzała. Złapała poręcz, policzyła serce — cztery, cztery, osiem. W połowie drogi światła przygasły. Cisza spadła jak woda. Na ramię padła smuga reflektora. Ruszyła wolno. „Maya?” — Theo w słuchawkach, ale głos znikąd. „To nie ja.” Snop światła przesunął się po pustej scenie, wspiął po fotelach, zatrzymał na marynarce z broszką. Klik w słuchawkach. Melodia. Cichy motyw, który znała, zanim znała swój adres. Kołysanka matki. „Maya” — powiedział głos, bliski jak wnętrze imienia. Weszła na ostatni stopień. Kotara u góry poruszyła się, jakby ktoś właśnie puścił materiał.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 25
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.