Did You Know?

Węzeł nad Wisłą


Węzeł nad Wisłą
W Toruniu jesień pachniała piernikiem, mokrą cegłą i pierwszym chłodem znad Wisły. Lena szła wzdłuż muru obronnego, niosąc plecak cięższy niż zwykle, jakby oprócz książek upchnęła tam też kilka zbyt dorosłych myśli. Planetarium zamknięto już na noc, a szyby odbijały rozciągnięty nad miastem księżyc – niepełny, jakby ktoś ugryzł go od strony Bulwaru Filadelfijskiego. Po pogrzebie babci Zofii cisza wokół była porozciągana jak elastyczny bandaż: niby wszystko trzymało się razem, a jednak każdy ruch bolał. Pudełko, które dostała, było starannie wypolerowane, z jasnego drewna. Miało sprytnie ukrytą sprzączkę, którą Lena odnalazła palcami bez patrzenia, jakby pamięć dłoni wiedziała więcej niż głowa. W środku leżały: niewielki mosiężny krążek z ruchomymi pierścieniami, cienka skórzana smycz i kilka kopert związanych wyblakłą tasiemką. Na krążku delikatnie wytrawiono gwiazdozbiory i słowa po łacinie: "Tempus non dormit". Lena lubiła łacinę od strony brzmienia, nie reguł. Brzmienie toczyło się szeptem, jakby metal recytował coś, co dawno już przestało być modlitwą. Otworzyła pierwszą kopertę. Pismo było pochyłe, żywe, zbyt pewne, by należeć do kogoś przestraszonego. "Leno – zaczynał wujek Marek, ten, o którym mówiono zawsze półgębkiem – jeśli to czytasz, znaczy, że Zosia uznała, że dojrzałaś. W Toruniu jest miejsce, w którym czas jest luźniejszy niż gdzie indziej. Nazywam je węzłem nad Wisłą. Szukałem go, kiedy zniknąłem. Szukam nadal. Krążek z przegródkami to nie ozdoba. To klucz." Dalej szły schematy, strzałki i drobne dopiski na marginesach: "ustaw gwiazdę północną", "data: 18 października" oraz: "Krzywa Wieża, piąta cegła od dołu, trzecia od narożnika – ciepłe cegły pamiętają". Lena przełknęła ślinę, czując, że gardło jest naraz zbyt wąskie. Wujek Marek był w rodzinie tym wątkiem, którego nikt nie kończył, bo nitka albo się urywała, albo splątywała w supeł przy byle wspomnieniu. Włożyła krążek do kieszeni bluzy, koperty wsunęła z powrotem do pudełka, a potem wyjęła telefon. – Kaj? – powiedziała, gdy tylko usłyszała klik tak charakterystyczny dla odrzucanych zaproszeń do rzeczy rozsądnych. – Potrzebuję twojego mózgu i twojej zimowej czapki. – W tej kolejności? – odezwał się śmiech po drugiej stronie. – Co się stało? – Babcia zostawiła mi… coś. I listy od wujka Marka. Chcę to sprawdzić dzisiaj. Pod Krzywą Wieżą. Pójdziesz ze mną? Krótka pauza, jakby Kajetan – Kaj dla wszystkich oprócz mamy – przewracał właśnie mapę myśli na drugą stronę. – Jasne. Piętnaście minut? Przyszedł w piętnaście minut i dwie sekundy, z czapką naciągniętą na uszy, w rękawiczkach bez palców, z plecakiem, z którego wystawał podręczny śrubokręt. Zawsze nosił przy sobie coś, czym można było otworzyć, rozkręcić albo naprawić, jakby świat składał się z rzeczy czekających na drugą szansę. – To jest nokturnal – powiedział po krótkim oglądzie mosiężnego krążka. – Taki średniowieczny zegar, co mówi ci, która godzina, jeśli potrafisz czytać z gwiazd. Ale ten… ten ma coś dziwnego. – Obrócił instrument, zwrócił uwagę na dodatkowy pierścień z grawerami miesięcy i jeden z drobnymi podziałkami, które nie pasowały do żadnego atlasu nieba, jaki znali. – Jakby ktoś przerobił go na… mapę przejścia. Wiesz, takie urządzenie do nawigacji, ale nie po wodzie, tylko po… – urwał, bo Lena uniosła brew, której język pytał: po czym? – Po tym, czego się nie da narysować na zwykłej mapie – dokończyła za niego. – Chodź. Pokażę ci list. Czytali go, stojąc pod latarnią na rogu, z parą lecącą z ust, jakby mówili coś, co natychmiast zamienia się w chmurkę i opada na bruk. Kaj słuchał, a jego oczy nie tyle robiły się większe, co stawały się jak lustro, w którym odbijał się ruch wskazówek, chociaż najbliższy zegar nie miał już wskazówek od lat. – Jeśli to jest węzeł, to może być przeciąg – mruknął. – Wiesz, jak w linie, gdy ktoś z drugiej strony mocno szarpnie. Może cię wciągnąć albo wypuścić. – Albo rozwiązać to, co dawno powinniśmy rozwiązać – powiedziała Lena i dopiero wtedy poczuła, jak bardzo chce usłyszeć śmiech wujka Marka, ten z kaszlnięciem na końcu. Krzywa Wieża była ciemna jak wyłączony ekran, ale jej linia wciąż kłuła w niebo pod złym kątem, jak literówka w zdaniu napisanym przez architekta. Mur był zimny i chropowaty. Lena policzyła cegły od narożnika, zniżyła się, odgarnęła palcem drobinki piasku z fugi piątej od dołu. Tam, gdzie list kazał szukać, widać było jakby zbyt równy ślad wypolerowania, jakby ktoś dotykał tego miejsca przez lata. – Gotowy? – zapytała, a Kaj kiwnął głową. – To ustawiamy. Zgodnie z notatką Marek kazał zgrać pierścienie: miesiąc – październik; datę – osiemnasty; wskazówkę "Polaris" dopasować do drobnego wycięcia w skali godzin. Lena obróciła najpierw jeden, potem drugi, a metal odpowiedział cichym, niemal oddechowym dźwiękiem, który nie pasował do przedmiotów. Raczej do rzeczy żywych. Gdy nocne niebo rozpinało się między dachami, ona i Kaj przyłożyli nozdrza do powietrza jak zwierzęta: było w nim coś jeszcze, oprócz chłodu i wilgoci. Cienka, niewidzialna nuta zapachu, przypominająca stare pergaminy, a za nią – coś, co gryzło w gardło jak dym łojowej świecy. – Słyszysz? – spytał Kaj. – Jakby… buczenie? Nie od samochodu. Skądś z muru. Lena przyłożyła nokturnal do cegły, dokładnie tam, gdzie palec zostawił ciepły ślad. Metal nagle stał się cięższy, jakby ktoś wlał do niego wodę. Pierścień z miesiącami sam przesunął się o milimetr, potem drugi; wskazówka na "Polaris" zatrzymała się bez pomyłki. Świat zrobił się twardszy i miększy jednocześnie, jak gąbka, w którą wbija się igłę. Dźwięki miasta poszarzały – ucichły rozmowy, odległy śmiech spod kawiarni przy rynku rozmył się, a w to miejsce weszły inne odgłosy: drewniane koła na bruku, szczęk czegoś metalowego, szybki krok w ciężkich butach. Cegła pod palcami Leny była już nie tylko ciepła. Drżała. W fugach zalśniła cienka linia, jak przeciągnięta pędzlem świetlista maź. Kaj odsunął dłoń, ale nie cofnął się, tylko stanął bliżej. – Lena, ten krążek robi coś, co nie ma prawa – powiedział bardzo cicho, jakby głos mógł to uruchomić bardziej albo zepsuć. – Jeśli odpuścimy teraz, zatrzaśnie się i nie będzie drugiej próby. Jeśli nie odpuścimy… – nie dokończył, ale oboje i tak wiedzieli, co wisiało pomiędzy nimi a murem: dopowiedzenia o tym, że nie wraca się po czasie takim samym, jakim się weszło. Lena poczuła, jakby stalowa nić wciągała ją w głąb obrazu, którego nikt nie namalował. Krążek trzymała mocno, lecz miał w sobie teraz własną wolę. Pomiędzy pierścieniami mignęła data. Nie ich dzisiejsza. "18 X 2003" – dzień, w którym wujek Marek przestał odbierać telefony. Przestał być zdjęciem w albumie, a zaczął być brakiem. Na karku Leny inny wiatr uniósł krótkie włosy. Nie było go wcześniej; pachniał końskim potem i mokrym drewnem. Mur zadrżał, jakby ktoś od środka pchnął go łokciem. Jedna z cegieł lekko się cofnęła. Linia światła wzdłuż fugi rozciągnęła się w cienki prostokąt, który nagle nabrał głębi – nie jak otwierane drzwi, raczej jak rozglądające się oko. Przez szczelinę przetoczył się cień, a potem coś, co Lena na początku wzięła za dym. Ale dym nie ma palców. To były palce, brudne, z przytartym paznokciem, które na moment zawisły na brzegu przesuwającej się cegły, jakby ktoś po tamtej stronie łapał równowagę. – Słyszysz mnie? – głos, który wyszedł ze środka muru, nie przypominał niczego, co mógłby wyemitować głośnik. Nie był głośny, a jednak przenikliwy, aż po kości. "Lena?" Kaj odruchowo położył jej dłoń na ramieniu, mocno. – To brzmiało jak… – Wiem – wyszeptała. Jej serce biło w na wpół skolimrowanym rytmie: raz szybko, raz wolniej, jakby stroiło się do cudzego metrum. W nozdrzach miała zapach starego dymu i koni, w oczach – mokry blask od światła, które nie pasowało do ulicy, którą znali. – Jeśli cofnę rękę, to wszystko się zamknie. – Jeśli jej nie cofniesz, otworzy się szerzej – odpowiedział Kaj. W jego głosie nie było przymusu, tylko fakt. – Zdecyduj. Mosiężny krążek w jej dłoniach znów drgnął i jakby pociągnął. Prostokąt światła rozszerzył się. W środku mignął fragment ulicy: nie bruk, tylko kamienie większe i nierówne, czyjś płaszcz wpadający w kadr, krzyk z oddali, nie o nich, ale jakby za nimi. Po drugiej stronie, w pęknięciu czasu, coś – ktoś – ruszył gwałtownie, jakby również właśnie zrozumiał, że ta chwila nie przyjdzie drugi raz. – Lena! – Tym razem usłyszała swoje imię wyraźnie, ze zgrzytem spółgłosek, jakby mówiący miał spierzchnięte usta. – Nie dotykaj… Słowo urwało się, jak przetrącona struna. Cegła drgnęła niebezpiecznie; mur wciągnął powietrze i wypuścił je z sykiem. Dookoła nich wszystkie drobne, odłożone w czasie hałasy zaczęły wracać, jeden po drugim, ale jakby chciały przed czymś zdążyć: skrzek mewy, dalekie klaksony, kroki gdzieś daleko, potem blisko. W światło wdarł się cień jakiegoś ruchu. Palce z tamtej strony znów wystrzeliły ku krawędzi, chwyciły ją pewniej. Ktoś po drugiej stronie naparł całym ciężarem, a po ich stronie każdy atom powietrza naprężył się, czekając na decyzję. Lena odnalazła spojrzenie Kaja. W jego źrenicach była noc i coś jeszcze – odbicie światła, które nie mogło istnieć w tym wieku. Zacisnęła palce na mosiężnym krążku. I wtedy, zanim zdążyli powiedzieć cokolwiek więcej, cegła pod jej dłonią ustąpiła, a z rozwartej szczeliny wysunęła się czyjaś dłoń, szorstka, bardzo ludzka, szukająca…


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 34
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.