Did You Know?

Ulica Bezokna


Ulica Bezokna
Ravna wyglądała nocą jak rozłożona mapa gwiazd, tylko zamiast konstelacji migotały warsztaty, pracownie i kamienne balkony obwieszone zwojami z suszonych alg. Na dnie doliny spało słone jezioro, bielejące fosforycznym blaskiem, jakby ktoś wsypał tam garść sproszkowanej zorzy. Powyżej, na tarasach bazaltu, krążyły zimne prądy powietrza, które kartografowie nazywali rzekami wiatru i które łapało się na cienkie, metalowe chorągiewki. Łucja Wrzos znała te rzeki lepiej niż ulice. Rysowała je bladym atramentem, co na światło dnia matowiał, a po zmroku stawał się przejrzysty jak szept. Jej biurko, stojące przy oknie w pracowni Cechu Kartografów przy Placu Iglic, było znośnie uporządkowane: szkło powiększające, grube nici celownicze, ciężarki z ołowiu w kształcie kropli. Tego wieczoru porządek przerwała paczka owinięta w szarą włókninę. Nie miała pieczęci ani nazwiska doręczyciela, tylko ślad soli na brzegu, jakby ktoś zanurzył opakowanie w jeziorze. W środku czekał pergamin ciemny jak poranna kawa i ostry zapach jałowca. Mapa przedstawiała Ravną, z jej znajomym układem tarasów, schodów, kanałów odpływowych i szyn powozów balonowych. Jednak przy północnym murze starego kwartału Półcień pojawiała się wąska kreska, ulica między dwoma budynkami, której Łucja nigdy nie widziała, choć chodziła tamtędy setki razy. Nad kreską, drobnym pismem, błyszczał napis: Ulica Bezokna. Atrament mapy miejscami zdawał się poruszać, jakby oddychał, a rysik prowadzący ulicę wnikał w teksturę pergaminu i z niego wychodził, gubiąc się i odnajdując w kolejnych warstwach. Na marginesie ktoś położył znak o trzynastu płatkach — astrowiec — identyczny z tym, który Łucja pamiętała z pierścionka matki. Palce zadrżały jej tak lekko, że aż znów dotknęła papieru, by się upewnić, że go nie wymyśliła. Zsunęła okno, wpuściła do środka strużkę chłodu i zapach słonego jeziorka. Dzwony w Wieży Pór uderzyły dziewięć razy — metaliczny dźwięk przeszedł po mieście jak fala. Łucja zawahała się sekundę, a potem chwyciła płaszcz, mapę wsunęła do skórzanej teczki i wyszła do pracowni Iwa Żagwia. Iwo był ślusarzem run i polerownikiem liter. Potrafił wyczytać znaczenia z wygasłych napisów, a kiedyś utrzymywał, że rozumie język, którym mówią schody. Mieszkał nad sklepem z częściami do zegarów, gdzie zielonkawa patyna ścigała się z cieniem. Gdy Łucja wtoczyła się po skrzypiącej klatce, on siedział w fotelu, pod lampą z miedzi, i rozrzedzał olej lniany na czymś, co wyglądało jak zardzewiały słoń. — Przyszła mi ulica — powiedziała zamiast powitania. — Taka, której nie ma. Iwo uniósł brew, odłożył pędzel, wytarł dłonie. — Jeśli to nie jest poetyckie, to jest niebezpieczne. Pokaż. Rozwinęła pergamin. Światło lampy zadrżało, kiedy atrament zabłysnął na moment lekko metalicznym refleksem. — Napisał to ktoś, kto zna stare atramenty piroforyczne — mruknął Iwo, pochylając się. — One oddają światło, kiedy czują ciepło skóry albo płomień. Patrz, krecha biegnie po marginesie, jakby miała więcej do powiedzenia. I ten astrowiec... — Zerknął na Łucję. — Gdzie już to widziałaś? — Na pierścionku mojej matki — odparła, zbyt szybko. — Trzymała go w szkatułce, pokazywała mi tylko raz. Potem zniknął. Jakby nigdy nie istniał. Iwo nie spytał, skąd matka znika pierścionek. W miasteczkach takich jak Ravna rzeczy znikały i wracały, ale zwykle do innych ludzi. — Chcesz iść? — zapytał tylko. — Zobaczyć, czy ta kreska wgryzie się w bazalt. Łucja wzięła głębszy oddech. W żołądku miała niepokój, ostrą, jasną strunę. — Chcę — powiedziała. — I wolę nie iść sama. Półcień miał swoje własne powietrze: wilgotniejsze, z zapachem mchu i starych ksiąg, o które nikt nie dbał. Tutaj kamienice stykały się parapetami, gzymsami i stłumionymi rozmowami, a wąskie przejścia zakręcały jak litery, które Iwo mógłby z łatwością nazwać. Przeszli obok piekarni wypalanej ogniem z soli, która sypała drobny deszcz iskrzących ziaren. Kiedy skręcili w ulicę Kamiennych Kotów i doszli do północnego muru, zatrzymali się przed ścianą, którą Łucja znała aż do kruszącej się spoiny. Była gładka, chłodna i głucha, kiedy wstawiła w nią dłoń. Nic w niej nie obiecywało przejścia. A jednak mapa w teczce poruszyła się, jakby ktoś w niej westchnął. Łucja położyła pergamin na kolanie, przytrzymała klipsami, a jego linie zaświeciły delikatnym błękitem, niczym światło w słońcu przechodzące przez butelkę. Wtedy z powietrza nad ścianą opadł chłód. Nie był to chłód nocy — był to chłód z wnętrza kamienia. Zarysował wzdłuż lica murów cienką, mleczną kreskę, która zgęstniała w pęknięcie. Łucja przełknęła ślinę i wsunęła palce w pęknięcie tak, jak wsunęłaby je między dwie strony księgi. Kiedy rozchyliła je odrobinę, bazalt ustąpił, wtopił się i zapadł, jakby od zawsze był płótnem, na które ktoś nareszcie podał właściwy rozpuszczalnik. Przed nimi rozciągnęła się uliczka, wysmagana cieniem, tak wąska, że gdyby Łucja i Iwo szli obok siebie, ocieraliby ramionami o obie ściany. Miała gładką posadzkę, tak wypolerowaną, jakby lustrowało ją tysiąc stóp, a jednak nie było na niej ani jednego śladu. Nie było też okien. Drzwi — jeśli były — tonęły w gładzi jak oddechy w futrze. — Ktoś ją nazwał nie tylko złośliwie — mruknął Iwo, stając progiem. — To nazwa, która słucha. Łucja wzdrygnęła się. Nazwy, które słuchają, to specjalność starych cechów. Zdarzało się, że podpisanie złego dokumentu sprawiało, iż rzeczy postanawiały mieć wobec ciebie swoje zdanie. Weszli. Ulica Bezokna pachniała solą i szałwią. Słyszeli Ravną za ścianą — kółka wózków, daleki śpiew — ale dźwięki nie przenikały tu w pełni, jakby ktoś założył na miasto grubą, miękką opaskę. Po kilku krokach zobaczyli drzwi: pozbawione klamki, z desek o gęstym rysunku, który przypominał linie z mapy prądów powietrznych. Na progu leżał pojedynczy arkusz papieru. Łucja podniosła go i zamarła. Na bieli, ostrą, czarną ręką ktoś napisał jej dziecięcą ksywkę, taką, jakiej używał tylko pewien człowiek i tylko do pewnego lata. — Luka — przeczytał Iwo cicho. — Kto cię tak nazywał? — Ktoś, kogo już nie ma w Ravnej — odparła, nie patrząc na niego. W gardle miała suchą słoną grudkę. — I kto nie mógłby wiedzieć, że tu przyjdę. Iwo przestąpił z nogi na nogę i podniósł lampę bliżej desek. Poczuła, jak jego obecność, zwykle spokojna i naukowa, napina się w jednym cienkim punkcie. Na wysokości jej oczu w drewnie połyskiwał astrowiec: trzynaście płatków wyciętych w słojach tak precyzyjnie, że wydawało się, iż kształt płynie pod powierzchnią drewna jak ryba pod lodem. — To jest drzwi, których języka jeszcze nie było w mojej głowie — powiedział Iwo. — Ale widzę coś, co mogę odczytać. — Przesunął palcami nad reliefem, nie dotykając. — W linii otoku jest zapis: „Wejdź, jeśli pamiętasz sól”. Łucja wyjęła z kieszeni fiolkę sypką od drobinek. Kartografowie noszą ją dla równowagi, kiedy rysują na wilgotnym pergaminie. Odsypała odrobinę na dłoń i dmuchnęła, jak się dmucha błogosławieństwo. Kryształki usiadły na desce i natychmiast wessały się w strukturę drewna, jakby drzwi były zrobione z języka, który dawno nie jadł. Powietrze stężało. Ze ścian spłynął delikatny skroplony szum, jak rosa, która niespodziewanie znalazła się w izbie. I wtedy z daleka, ponad miastem, odezwały się dzwony Wieży Pór. Liczyli niemal bezwiednie: raz, dwa, trzy... dwanaście. Po dwunastym Ravna zwykle wstrzymywała na chwilę oddech. Tym razem do tej przerwy dołączyło coś jeszcze: drżenie, które nie było dźwiękiem, a jednak miało rytm, jak trzynasty krok na końcu schodów. Łucja poczuła, że pergamin w teczce robi się ciepły. Atrament na Ulicy Bezokna, cienki, drżący, zaczął spływać z linii, jak roztopione srebro. Spływał powoli, kropla po kropli, każde z nich zsuwały się po skórze pergaminu, zbierały na brzegu i — ku jej grozie i fascynacji — wnikały w szczelinę między deskami a framugą. — On to otwiera atramentem — wyszeptał Iwo, zupełnie jakby nie chciał, by słowa stuknęły drewnem. — Albo atrament pamięta, którędy. Wtedy z ciemności za drzwiami coś poruszyło się równie cicho. Nie był to krok ani szept. Było to przesunięcie ciężaru, ledwie zaznaczone, które potrafi wywołać tylko obecność. Astrowiec na drzwiach roziskrzył się wewnętrznym blaskiem, księżycowym, przezroczystym. Łucja uniosła rękę — nie, sama ręka uniosła się, jakby była oddzielnym organem, który potrafi pamiętać. W lampie Iwa płomień przygasł, nitka światła sprowadziła nastrój do jednego lodowego punktu. Z drugiej strony desek ktoś powiedział jej imię, to pierwsze, nadane szeptem, zanim ktokolwiek zdołał je zapisać w księgach. I w tym samym momencie zasuwka po drugiej stronie odsunęła się z długim, przycichłym zgrzytem, jakby drewno uczyło się znów oddychać.


Author of this ending:

Age category: 18+ years
Publication date:
Times read: 34
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.