Did You Know?

Trzynasty Akt


Trzynasty Akt
Zanim pociągi jęknęły i zatrzymały się na starym dworcu Gray Harbor, mgła już wspinała się po wydmach, a katarynka zaczęła swą jasną, krzywą melodię. Wagony pomalowane na pawie niebiesko mijały mnie jak ogromne rzeczne ryby, każdy ozdobiony złotymi zawijasami liter: WĘDRUJĄCE WIDOWISKO VALERIANA. Mężczyźni w szelkach rozwijali zwoje lin i wbijali pale; kobiety z brokatem we włosach niosły skrzynie, które cicho brzęczały, jakby butelki w środku oddychały. Rząd kucyków mrugał w wilgoci, a namiot cyrkowy zaczynał się unosić — blada luna zszyta czerwonymi gwiazdami, wyrastająca tam, gdzie wczoraj były tylko chwasty i wyrzucone przez morze drewno. Stałam na skraju prowizorycznego placu z przypiętą do marynarki wstążką prasową i aparatem, który grzał mi dłoń. Potrzeba było maili, telefonów i przypadkowego spotkania z emerytowanym klaunem na targu, by uzyskać ten dostęp. Powiedziałam menedżerowi Widowiska, że przygotowuję materiał do szkolnej gazetki. To była prawda. Nie dodałam, że czekałam na to od dziewiątego roku życia, kiedy zobaczyłam kobietę na trapezie, która wygięła się głową w dół niczym żywy wykrzyknik, ani że wciąż śnię czasem w cekinach, w powietrzu gęstym od talku i olejku cytrynowego. — Iris Calder? — głos jak aksamit i grzmot zabrzmiał za moimi plecami. Odwróciłam się. Orion Valerian miał na sobie długi czarny płaszcz, przez który mgła wyglądała jak rozdarta. Włosy ciemne jak zimowa noc, laska z wypolerowanej kości, a kiedy się uśmiechnął, jego zęby były znacznie bardziej zwyczajne, niż sugerowały plakaty. Nie podał mi dłoni; podał mi świat. — Witaj w naszym małym mieście, które się przemieszcza. Wiesz, jak nie wchodzić w drogę słoniom? — Nie mamy słoni — wtrąciła kobieta z notatnikiem, która wyłoniła się obok niego. — Ubezpieczenie. I nie używamy otwartego ognia po zeszłym lecie. I nie odpowiadamy za złamane marzenia. — Na jej identyfikatorze widniało: LARK. Długopis klikał jak metronom. — Żadnych słoni. Żadnych płomieni. Zrozumiałam — powiedziałam. — Marzeniami zajmę się sama. Oczy Valeriana — stalowe, jak zza scenicznego dymu — bawiły się mną. — Lark pokaże ci mapę. Nasz taniec ma dwanaście kręgów. Trzymaj się tego, co na mapie, a otrzymasz dostęp i bardzo fotogeniczne popołudnie. — Skinął laską. Jej uchwyt miał kształt lisa, który zdawał się potajemnie czuwać. — Jeśli coś nie znajdzie się na mapie, panno Calder, uznaj to za sztuczkę światła. Światło pełne jest sztuczek. Oddalił się, przyciągnięty przez parę żonglerów, którzy kłócili się o pogodę, jakby mogli podrzucać sobie chmury. Lark wepchnęła mi w ręce mapę, papier wciąż wilgotny od drukarki. Była to schludna siatka terenu: namiot główny w centrum, boczne namioty w pierścieniu, miejsce do ćwiczeń z lewej, zagroda dla zwierząt niżej, alejka z przekąskami po prawej. — Możesz wejść na kładkę podczas prób, ale nie podczas występu — powiedziała Lark. — Bez flesza. Jeśli ktoś każe ci się przesunąć, przesuwasz się. Jeśli usłyszysz „lina”, nie patrzysz w górę, tylko w dół, bo już spada. I trzymasz język za zębami w sprawie wszystkiego, czego nie rozumiesz. — Dobrze udaję, że rozumiem — odparłam, mrużąc oczy na mapę. W dolnym rogu legenda wymieniała dwanaście numerów w wijącym się piśmie: akrobacje na szarfach, akrobaci, kontorsje, iluzje, konie, lina, żonglerzy, komedia, równowaga, taniec cieni, marionetki, finał. Atrament rozmazał się nieco w miejscu zagięcia, a gdy obróciłam kartkę ku światłu, wydawało mi się, że dostrzegłam trzynastą smugę, krąg, którego nie było, gdy patrzyłam prosto. — Błąd druku — rzuciła Lark, nie podnosząc wzroku. Jej długopis znów kliknął. — Nie włócz się. --- Do późnego popołudnia, gdy mgła uparcie nie ustępowała, a morze oddychało jak coś śpiącego, Widowisko bardziej przypominało miasto rozłożone z walizki niż cyrk. Za kulisami panowały liny, zasady i zapach kawy. Sora, akrobatka, pozwoliła mi wejść na drabinkę do lin. Jej nadgarstki były wybielone kredą, a szyję owijał szal w karpie koi. Z góry namiot przypominał klatkę żeber ze światła. Poniżej akrobaci ćwiczyli, ich tupot brzmiał jak deszcz. Dalej, oślepiony mężczyzna w lśniącej kamizelce rzucał noże w obracającą się tarczę obklejoną słonecznikami — nikt na szczęście przed nią nie stał — a klaun Pip trenował miny przed lustrem, jakby mogły się rozpaść. — Nowa? — spytała Sora, opierając stopę o linę. Miała uważne, nieobecne spojrzenie kogoś, kto śpi w ruchu. — Prasa — odparłam, unosząc aparat. Przez obiektyw Sora zamieniła się w linie i kąty, geometrię, która sprawiała, że moje serce stawało się precyzyjne. — Valerian zwykle nie wpuszcza tu obcych — powiedziała. — Ale on niezwykłość robi najlepiej. — Gdy mówiła, katarynka na zewnątrz przerwała w pół taktu, jakby zobaczyła siebie w odbiciu. Cisza, która nastąpiła, była intymna i pełna zębów. Spojrzałyśmy na siebie. Potem, jakby przewinięta, melodia zaczęła się od nowa. Policzono do dwunastu. I koniec. Jak zawsze. --- Luca, uczeń ostatniej klasy liceum, przeszedł obok w kamizelce, która nie pasowała, balansując skrzynką z prażoną kukurydzą karmelową jak własnym numerem. Należał do chłopaków, którzy pakują się w kłopoty w imię cudzej sprawy i nazywają to rycerskością. Dołączył pod pretekstem stażu, ale spędzał czas głównie na jedzeniu wszystkiego, do czego kleił się cukier. — Nie upuść tego — zawołałam. — Nie zapeszaj — odkrzyknął, a potem spojrzał w górę, odgarnął włosy i ściszył głos. — Hej. Spytaj ich o to, czego nie podają. No dalej. — O co? Zerknął na Lark, potem na mnie. — To, co robią na końcu pobytu w mieście, jeśli mgła zostaje. Moja kuzynka przysięga, że to widziała, kiedy Widowisko było w Seabright. Mówi, że wszystkie miejsca były wyprzedane, a nikt nie pamięta, by kupował bilety. Mówi, że dyrektor ma wtedy inną laskę. — Jesteś niemożliwy — odparłam, ale tam, gdzie pod żebrami chowa się dzieciństwo, poczułam drobny, dobrze wychowany dreszcz. — Na mapie nie ma— Wyciągnęłam ją z kieszeni. Wilgoć wyschła. Smuga była teraz wyraźna, jasny krąg, niemal, ale nie do końca wydrukowany. Wewnątrz, literami tak drobnymi, że musiałam przybliżyć, widniała legenda, której wcześniej nie było: Akt XIII. Mrugnęłam. Gdy spojrzałam ponownie, krąg udawał, że zawsze był tylko plamą po herbacie. — Widzisz? — Luca miał minę chłopaka, który zawsze chciał, by świat był dziwniejszy, niż dorośli pozwalają. — Powinnaś to znaleźć. Masz dostęp. — Mam dostęp do zwykłych rzeczy — odparłam. Ale po próbie Sory, gdy cienie zebrały się pod ławkami, a zapach waty cukrowej zgęstniał aż do dzikości, przejrzałam zdjęcia w aparacie. Na jednym ujęciu, między linami a zwiniętym wężem, widniała smuga czerni, która nie należała do żadnej liny ani płachty. Nie cień — cienie mają brzegi. To miało szew. Szew namiotu. A na jego klapie zakrzywiona srebrna litera: A. — Nie stawialiśmy tego — powiedziała Lark później, gdy pokazałam jej zdjęcie na ekranie. Liczyła programy, stopa wybijała rytm nieistniejącego bębna. — Nie mamy czarnego namiotu. I proszę, nie przynoś mi dowodów na rzeczy, które nie istnieją, kiedy żongluję tymi, które istnieją. --- Widownia wypełniła się szybko. Miejscowi przyszli w szalikach i kurtkach, turyści w brokatowych cieniach na powiekach i piaskiem w butach. Katarynka grała całym mechanicznym sercem. Wspięłam się na kładkę, dłonie na zimnej barierce, aparat jak wierny przyjaciel. Z góry ring był jak perfekcyjna moneta ze światła. Orion Valerian wkroczył do niego ze swoją laską, płaszczem i uśmiechem, który zaprosił oklaski, by wspięły się na dach i krzyczały. — Panie i panowie oraz ci, którzy wolą zdumienie od etykiety — zamruczał, a namiot zamruczał razem z nim. — Witajcie. Potem nastąpił katalog ludzkiej brawury. Lina zaśpiewała. Sora zwisała głową w dół, ufając niebu bardziej, niż ja własnym stopom. Scena marionetek rozwinęła się w miasto, którego dachy naprawdę dymiły. Iluzjonista wszedł do szklanej gabloty, rozpadł się na gołębie z papieru, a potem złożył z powrotem jak garnitur szyty od nowa. Pip potknął się o nic, pokochaliśmy go za to, zamieniając upadek w sztukę. Za moimi plecami headset zaskrzeczał. — Cue jedenaście — głos Lark. — Gotowi na taniec cieni. Czekać na— — trzask — …czekać na— — Trzynaście? — zaproponował inny głos, zadyszany od biegu. — Nie ma trzynastki — odparła Lark. Brzmiała pewniej niż ktokolwiek, kogo kiedykolwiek poznałam. Ale światła pod kładką drżały, jedno po drugim, jakby i tak liczyły. Na dwunastce zawahały się, zamigotały, potem ustabilizowały. Włosy na moich ramionach stanęły dęba, jakby miały prawo decydować. --- Kiedy finał eksplodował konfetti, a światła rozbłysły i tłum zaczął wylewać się ku wyjściom, mgła na zewnątrz zgęstniała i przycisnęła twarz do płacht namiotu. Zeszłam i przecisnęłam się przez rzekę ludzi, obok stoiska z woskowymi wąsami i plakatami, w wąski korytarz, gdzie znikali artyści. Za kulisami rozlegały się inne brawa — ciche głosy, klepnięcia w ramię, westchnienia jak luzujące się liny. Mały biały pies w falbaniastej spódniczce błagał o kawałek kiełbasy i został odprawiony. Sora odwinęła szal i uśmiechnęła się do mnie tak, jakby niczego mi nie wybaczała i wszystko jednocześnie. A potem, między stosem złożonych płacht a wieszakiem kostiumów pachnących ozonem, zobaczyłam coś, czego przed chwilą nie było: kłąb czarnej tkaniny i szew. Namiot, który postanowił, że zawsze tu był. Klapa poruszyła się nie od wiatru, lecz od uwagi. Na niej, srebrną farbą cienką jak opiłek paznokcia, zakrzywione słowo, którego nie chciałam czytać dwa razy. Admit. Sięgnęłam do kieszeni i znalazłam, pod mapą i zmiętym paragonem za lemoniadę, kartę, której tam nie włożyłam. Była wielkości biletu i zimna jak myśl wyjęta z lodówki. Z jednej strony wytłoczony lis, taki jak na lasce Valeriana. Z drugiej: IRIS CALDER. Mniejszym drukiem: Akt XIII. — Nie — powiedziała Lark za mną. Nie słyszałam, jak podeszła. Wyglądała, jakby przebiegła milę sceny, nie ruszając się z miejsca. — Pakujemy się o świcie. Cokolwiek cię tam wzywa, może czekać wiecznie. — Co to jest? — zapytałam. Mój głos brzmiał zbyt głośno. — To, co czyni nas tym, czym jesteśmy — odparła niemal łagodnie. — To, czego uczymy się przetrwać, nie patrząc. Nie ma tego w programie. To nie dla nas. Z wnętrza czarnego namiotu dobiegł dźwięk jak karuzela budząca się do życia — muzyka, która nie była jeszcze melodią, tylko jej zamysłem. Coś metalicznego, przeszytego czymś dawnym. Mój bilet rozgrzał się w dłoni. Klapa odetchnęła. Katarynka na zewnątrz zamilkła. Całe Widowisko wstrzymało oddech. — Iris! — syknął Luca zza stosu krzeseł. — Rozdają resztki churrosów! — Zjedz je za mnie — odparłam, nie odwracając się. Dłoń Lark zawisła nad moim rękawem. Nie dotykając. Drżąca. — Nie wchodzimy do rzeczy, które wołają nas po imieniu — powiedziała. — To jedna z zasad. — To po co daliście mi wstążkę prasową? — spytałam. I nie chodziło mi o wstążkę. Laska Oriona Valeriana zastukała trzy razy o podłogę w ciemności za rzędem kostiumów. Dźwięk był uprzejmy i ostateczny. Czułam, że mnie obserwuje, choć go nie widziałam. — Panno Calder — powiedział, jakby znał mnie całe życie. — Niektóre drzwi są szczere. Te mają poczucie humoru. Jeśli przez nie przejdziesz, opowiedzą ci dowcip i będą oczekiwać, że będziesz się śmiać bardzo długo. Muzyka wewnątrz rozwinęła jeden czysty dźwięk, który rozpiął powietrze jak namiot. Klapa uniosła się jak na wdechu. Powiew musnął mi twarz; pachniał starym aksamitem i pomarańczami zostawionymi w zimnym aucie. Przez krótką sekundę, odbita w srebrnej farbie, zobaczyłam siebie — pasek od aparatu, przygryzione wargi, zbyt jasne oczy — a za mną, tuż za ramieniem, drugie odbicie, które nie należało do nikogo stojącego obok. — Więc — odezwał się głos ze środka, ciepły jak reflektor i niski jak przypływ. — Idziesz, Iris? Bilet zapłonął w moich palcach jak główka zapałki.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 24
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.