Did You Know?

Trzynasta w wieży zegarowej


Trzynasta w wieży zegarowej
Deszcz miał tego wieczoru smak metalu, jakby miasto włożyło do ust monetę i ssało ją uparcie. Lena szła szybkim krokiem wzdłuż granitowego muru dawnego dworca, ściskając w kieszeni płaszcza ciężki, mosiężny klucz. Klucz nie miał nic wspólnego z drzwiami do mieszkania ani z sejfem; był zbyt stary, zbyt ostentacyjnie inny. Na jego główce, pod starą patyną, błyszczała wyryta linia: 00:13. List babki pachniał starą lawendą i kurzem. Znalazła go w zeszycie z przepisami, między szarlotką a kaczką z jabłkami. Parę schludnych zdań pismem kulfoniastym, jakim pisze się rzeczy zbyt ważne, by się pomylić: „Lena, jeśli to czytasz, znaczy, że jesteś gotowa. Wieża zachowała wszystko. Idź, gdy mgła usiądzie nad rzeką. Ustaw zegar na trzynastą o północy. Nie bój się odgłosu, będzie inny niż wszystkie. Pamiętaj o kluczu. Marek ci pomoże.” Marek już czekał, oparty o futrynę bocznego wejścia. Zegarmistrz, któremu czas nie zostawiał zbyt wielu śladów na twarzy, za to kochał plamy oleju na dłoniach. Zawsze był trochę za wcześnie i trochę za blisko serca całej maszynerii świata. – Masz go? – zapytał bez powitania. Lena skinęła, wyjmując klucz. Metal był chłodny jak lustro. Podeszli do stalowych drzwi, na których wyblakłymi literami widniały nazwy dawnych zarządów kolei, wytarte do granicy czytelności. Marek wysunął latarkę i poświecił na niszę, tak małą, że można by ją pomylić z defektem muru. Tam właśnie, w ciemnym gnieździe obok zawiasu, czekał zamek – wąska szczelina o kształcie niemal kapryśnym, jakby dorabiał ją ktoś w pośpiechu, z namysłem tylko na końcu. Klucz wszedł z oporem, skóra na palcach Leny napięła się, gdy przekręcała go powoli. Mechanizm odpowiedział głuchym westchnieniem. Drzwi nawet nie zaskrzypiały – otworzyły się miękko, jakby za nimi siedziało powietrze, które całe życie czekało na ten jeden, cichy ruch. Wieża powitała ich zapachem rdzy, smoły i zbutwiałych desek. Wąskie schody pnące się spiralą, tak bliską, że ramię ocierało się o mur. Marek szedł pierwszy, a Lena liczyła kroki, jak zawsze, gdy bała się ciszy. Na półpiętrze minęli gablotę przykrytą ceratą; pod grubą folią widać było metalowe koła zębate, skrzynkę z porośniętymi mchem śrubami, tabliczkę z napisem: „Projekt: Heliodor Zaleski 1908 – Chronometr przejściowy”. – Zaleski – powiedział Marek, zatrzymując się, jakby samo nazwisko mogło zmienić ciężar powietrza. – O nim się szeptało. Zniknął z papierów, a jego projekt zniknął z pamięci. Tylko to miejsce zostało. – Tylko to i list babki – odparła Lena. – Zbyt dużo szczegółów jak na legendę. Na szczycie schodów otworzył się kwadratowy pokój pod dachem, w którym ogromne koło zębate stało nieruchomo jak księżyc w bezwietrzną noc. Szkielet zegara prześwitywał w półmroku, każda oś i każda igła miały swoje miejsce w górach kurzem osiadłych lat. Naprzeciw, za brudnymi szybami, rozpościerało się miasto: rzeka jak ciemny pas, mosty jak haft, światła samochodów powolne jak świetliki. Nad wszystkim zawieszona była szara mgła, miękka i bez końca. Na stole pod oknem leżał zeszyt w twardej oprawie. Lena przetarła palcem oparzoną krawędź i otworzyła go ostrożnie. W środku – rysunki mechanizmów, kreślone zdecydowaną ręką, obok słowa, z których część pozjadał czas: „stroj... do chw...”, „ampl... pendulu...”, „przesu... w sferze doświadczalnej – tylko w obrę... wieży”. Między słowami wklejono fotografię: rozmazana plama ludzi w ciemnych płaszczach, stojących na peronie. Na odwrocie kredką: „Przed – 21.10.1909”. – Patrz – Marek wskazał na panel obok głównego koła. – Gniazdo na klucz. Drugie… to wygląda na kasetę na zapis dźwięku. Jakby trzeba było nakarmić maszynę oddechem czasu. – Albo sygnałem – dodała Lena, czując dziwny zacisk w żołądku. – Babka pisała, że „odgłos będzie inny niż wszystkie”. Główna tarcza wieżowego zegara po drugiej stronie murów była bezgłośna, ale tutaj, przy sercu mechanizmu, gotował się uśpiony rytm. Lena wsunęła klucz w drugie gniazdo. Pasował jakby zawsze tu był. Marek, pochylony nad starą, bakelitową kasetą, odwinął ze sznurka cienką taśmę – nagranie, które ktoś zostawił jak chleb na parapecie dla niespodziewanego gościa. – Zobaczymy, co zostawili – mruknął i wsunął taśmę. – Może akurat to, czego nie wolno puszczać po nocach. Lena roześmiała się krótko, nerwowo. – Ty wiesz, że w takich momentach człowiek żałuje, że nie nosi ze sobą talizmanów? – Wzięła głęboki oddech. – Ustawiam. Trzynasta o północy. Wskazówki poruszyły się z oporem, jakby ktoś je przeciągał przez gęsty miód. Kiedy duża długaśmy dotknęła pionu, a krótsza dogoniła ją na dole, coś w pomieszczeniu drgnęło. Powietrze stwardniało. Wysoko nad ich głowami, w drewnianych żebrach dachu, zaszumiało, jakby przez belki przepłynęła rzeka. – Startujemy? – spytał Marek, kładąc dłoń na włączniku kasety. Lena skinęła. – Zanim się rozmyślę. Klik. Na początku był tylko szum, ziarnisty jak śnieg w starym telewizorze. Potem wyłoniły się dwa dźwięki: odległy gwizd lokomotywy – tak charakterystyczny, że aż nieprawdopodobny – i bicie, nie jak zegara, lecz jak serca. Słabe, nierówne, jakby ktoś nagrał puls miasta i złożył go z powrotem w czarne pudełko. Zegar odpowiedział. Wahadło, które dotąd nieruchomiało, uchyliło się z ociężałością śpiącego kolosa i zaczęło kołysać się w przeciwną stronę, niż powinno. Światła za oknem przygasły. Mgła rozświetliła się od środka, jakby ktoś w nią dmuchnął ciepłym powietrzem. Na fotografii z peronu, której Lena nawet nie zdążyła odłożyć, zaczęły pojawiać się plamy gęstszego cienia, ciemniejące do kształtów: kapelusze, walizki, dłonie. Wedsług daty, którą dopisała babka, miało to być „Przed”. A teraz fotografia wyglądała, jakby chciała przypomnieć sobie, co było „Po”. – Czujesz? – Marek szeptał, choć nie było ku temu powodu. – Zapach. Dym z węgla. I... coś ziemistego. Lena czuła. To było tak, jakby ktoś zdjął z pamięci skórę i odsłonił zupełnie inny nerw: prymitywny, pierwotny, migający w światłach, których już nie było. Nagle, z górnej listwy okiennej, spadła kropelka wody – nie deszczu, nie kondensacji, tylko wody o ciepłym zapachu mydła i smaru. Spadła na zeszyt Zaleskiego i zostawiła mokrą kropkę na słowie „przesu...”. Taśma w magnetofonie zapiszczała; na sekundę w głośniczku rozległ się inny dźwięk, ludzki, pociągnięty przez wiek i kilometry, a mimo to uderzająco bliski. – Lena, nie spóźnij się tym razem – powiedział głos. Marek drgnął. – Kto...? – Babka – wyszeptała, choć sama nie była tego pewna. – Albo… Nie dokończyła. Mechanizm w głębi ściany, dotąd obojętny jak posąg, zaczął oddychać. Pedał gazowy – bo tak nazwał go Marek dla żartu – sam przesunął się o odrobinę. Na panelu pojawiły się cyfry: 00:12:57. Trzy sekundy do wybrzmienia truizmu nocy. – To nie jest zwykłe uruchomienie – mruknął Marek, z powagą, której nie widziała u niego nigdy. – Oni zasilali to nie tylko prądem. Dźwięk, ruch, zamiar. Musimy postanowić, Lena. Czy wchodzimy w to teraz. Lena spojrzała na miasto. Mleczna rzeka mgły przesuwała się nad dachami, biała i gęsta jak myśl, której nie da się wypowiedzieć. Na dalszym moście stał pociąg, którego nie było; widziała wagon w malowaniu sprzed stu lat, z ludźmi w płaszczach, jak w fotografii. A po jego szybie, równolegle, przesunął się autobus z teraźniejszości, zostawiając obok siebie przez sekundę dwa cienie na jednej i tej samej wodzie. – Dlaczego ja? – zapytała, sama nie wiedząc, czy mówi do Marka, do babki, do Zaleskiego, czy do miasta. – Bo ktoś zostawił ci klucz – odparł Marek. – I bo potrafisz nie uciekać, kiedy świat zaczyna się dziać. Cyfry przeskoczyły: 00:12:59. 00:13:00. Zegar uderzył. Raz. Potem drugi, trzeci. Jego dźwięk był niższy niż powinien, bardziej cielesny, jak krople uderzające o drewno, jak stuk kostek o stół. Trzynasty raz nie brzmiał obco. Brzmiał jak to, co było od zawsze, tylko nikt nie miał odwagi tego nazwać. W tym samym czasie w murze obok panelu wysunął się pionowy pas, który nie przypominał drzwi – po prostu linia rzeczywistości, która przestała się zgadzać sama ze sobą. Światło przelało się przez szczelinę. – To już – powiedział Marek, chwytając Lenę za nadgarstek, nie żeby ją zatrzymać, ale żeby poczuć, że naprawdę jest. – Pamiętaj. Wracamy, jeśli… jeśli... – Jeśli będziemy mieli do czego – dokończyła, i sama się zdziwiła, jak spokojnie to zabrzmiało. Za szczeliną nie było ciemności. Był peron – znajomy i obcy jednocześnie. Ten sam dworzec, te same łuki z cegły, a jednak inaczej pachnące, inaczej przeżarte wiatrem. Z sufitu zwisały stalowe lampy z mlecznymi kloszami, rozpalone ciepłym, żółtym światłem. Po lewej stała ławka, na której ktoś zostawił gazetę; datę można było odczytać nawet stąd: 21 października 1909. Na krawędzi peronu, tam, gdzie zaczyna się niebezpieczny błękit torów, stała kobieta w sepia płaszczu, z krawatem zawiązanym jak u studentki z przełomu wieków. Miała oczy Leny, tylko inaczej przenikliwe. Uniosła dłoń. Lena poczuła, jak ziemia pod nią – ta teraźniejsza, o zapachu wilgoci i oleju – przez sekundę staje się lżejsza. Światło ze szczeliny przesunęło się po jej butach. W głowie rozległo się długie, niskie wołanie gwizdka – takie, którego nie da się usłyszeć, jeśli się go nie pamięta z dzieciństwa, którego nigdy się nie miało. – Teraz? – Marek zadał pytanie, które było bardziej oddechem niż słowem. – Teraz – odparła Lena, stawiając stopę na progu, dokładnie w chwili, gdy wskazówka sekundnika na tarczy wieży – ta jedyna, której dotąd nie widzieli – rozdzieliła się na dwie i powędrowała w przeciwnych kierunkach, a powietrze między czasami naprężyło się jak cienka, drgająca membrana...


Author of this ending:

Age category: 18+ years
Publication date:
Times read: 30
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.