Did You Know?

Tryb Impreza


Tryb Impreza
W sali gimnastycznej naszego liceum wszystko pachniało pastą do parkietu i napięciem. Drewniana podłoga lśniła jak tafla lodu, po której sunęły krzesła, kable i zdenerwowane kroki. Na ścianie, między koszami do koszykówki a wyblakłą tarczą od siatkówki, wisiał transparent: „Dzień Talentów – Wersja Deluxe”. Ktoś dopisał markerem: „w miarę możliwości”. Nazywam się Nela Żuk i jeżeli w naszej szkole coś brzęczy, trzeszczy albo milczy zbyt głośno, zwykle kończy w moich rękach. Jestem dźwiękowcem Radiowęzła „Ryk Łosia” (nazwa została po poprzedniej ekipie i, nie ukrywam, polubiłam ją za ten absurdalny rozmach). Mój świat to suwaki, wtyczki i ten drobny moment tuż przed występem, gdy wszyscy wstrzymują oddech, a ja wiem, czy będzie katastrofa, czy owacja. Dzisiaj miała być owacja. Przynajmniej tak zapowiadała pani dyrektor Nowak, stojąc na środku hali z mikrofonem, jak generałka przed defiladą: „Proszę o pełną gotowość techniczną. O siedemnastej zaczynamy. Burmistrz potwierdził obecność”. Na te słowa Iwo wydał z siebie odgłos, który brzmiał jak skrzypnięcie nie naoliwionych zawiasów – jego sposób na śmiech, kiedy wszystko idzie za dobrze, żeby być prawdziwe. Iwo, mój najlepszy kumpel i logistyka uosobiona, czuwał nad kablami, kolumnami i tajemniczymi skrzynkami, które przyjechały z Lokalnego Ośrodka Kultury. Basia, trzecia w naszym nieformalnym sztabie, miała konturówkę do oka ostrzejszą niż większość nożyczek w pokoju nauczycielskim i styl, który mówił: „Jestem poza tym wszystkim, ale jednak podłączę ci tę DI-box, bo widzę, że nie umiesz”. — Skąd oni to wykopali? — mruknęłam, klęcząc przy płycie czołowej miksera. Był ciężki, metalowy, nosił blizny po taśmach, naklejkach i latach koncertów o wątpliwej reputacji. Minimalistyczny nie był; miał tyle gałek, że nadawałby się do sterowania poglądamy co najmniej trzech planet. — Z magazynu, z którego ludzie wracają odmienieni — odparła Basia. — Patrz, jest nawet napis: „Nie dotykać bez asysty”. Niesamowite, że nasza szkoła uważa nas za asystę. Przyklękłam bliżej. Na bocznej krawędzi, między gniazdem zasilania a panelami AUX, ktoś flamastrem napisał kanciastymi literami: „Tryb Impreza”. A obok — czerwony przełącznik z plastikową klapką zabezpieczającą. Na taśmie izolacyjnej pod spodem: „Używać wyłącznie…”, ale reszta zdania urwała się wraz z kawałkiem taśmy. — Zabójczo subtelne — mruknął Iwo, schylając się nade mną. — Jeśli to włączysz, pewnie uruchomi się fontanna konfetti, pięć stroboskopów i wirówka do dyplomów. Albo po prostu wysadzi korek. — Albo — wtrąciła Basia, opierając się o kolumnę — usłyszymy wreszcie głos sumienia tego miejsca. Chociaż nie liczyłabym na to, żeby był głośniejszy niż pani od matematyki. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w czerwony przełącznik z rodzajem nabożnego szacunku, jaki człowiek żywi do rzeczy, które wyraźnie proszą się o kłopoty. Potem przypomniałam sobie, że mamy dwie godziny na ustawienie wszystkiego. Zasunęłam klapkę, przeciągnęłam palcem po faderach i zaczęłam podstawowy rytuał: mikrofon, test, pogłos, wyciszenie, znowu mikrofon. Sala odpowiadała kliknięciami, stukami, lekkim buczeniem z lewej strony, które kpiło z moich starań. — Słychać zwłoki po poprzednim weselu — zauważyła Basia. — Takie zjawiska dźwiękowe występują, kiedy ktoś gra „Jesteś szalona” czterdzieści siedem razy z rzędu. — To nie duch, tylko masa kabli — ucięłam, chociaż sama nie byłam tego taka pewna. Mikser miał w sobie coś organicznego; czułam pod palcami jego ciepło. Gdy przesuwałam suwak o milimetr, odpowiadał jakby wzruszeniem ramion — mruczeniem, które odbijało się w głośnikach na sali. Szkolny chór ustawił się na podwyższeniu i już od pół godziny rozgrzewał samogłoski. Pani od muzyki, w sukience w nutki, co chwilę zrywała ręce do góry i krzyczała: „Alty, mniej nosowo! Tenory, więcej słońca!”. Po przeciwnej stronie hali rozstawiono leżaki i ściankę z logotypami sponsorów: sklep papierniczy „Sowa”, piekarnia „U Tosi” i woda mineralna „Zefir”. Pan od WF-u próbował bez powodzenia przegonić z parkietu piłkę, która jakimś cudem zawsze wracała pod jego stopy. — Nela, sprawdź, proszę, mikrofon dyrektorki — polecił Iwo, zerkając na zegarek. — Za dziesięć minut próba generalna, a ja wciąż nie rozgryzłem, gdzie jest wejście na pianino cyfrowe. Jeśli podłączę je do wyjścia, będziemy mieli techno. — A techno w wydaniu naszego liceum to już jest instalacja artystyczna — dodała Basia. Przygotowałam mikrofon z zieloną opaską, ten zarezerwowany dla „osób oficjalnych”. Cichy trzask w głośnikach zdradził, że circuit się budzi. Pani dyrektor podeszła, pozornie swobodna, ale ja słyszałam w jej głosie nutę, która brzmiała jak: „Jeżeli coś pójdzie nie tak, będę używać twojego pełnego imienia i nazwiska przed całym zebraniem”. — Raz, raz — powiedziała elegancko, po czym dodała szeptem do mnie: — Nelu, pamiętaj: żadnych efektów, żadnych eksperymentów. Ma być poważnie. Burmistrz lubi, gdy wszystko jest pod linijkę. — Oczywiście — przytaknęłam i niemal fizycznie poczułam, jak przełącznik „Tryb Impreza” zaczyna świecić czerwienią w mojej głowie, jak znak stopu w prostej drodze. Próby ruszyły. Beatboxer z drugiej klasy pracował nad odgłosem deszczu, który bardziej przypominał popcorn. Maturzysta recytował wiersz o nietrwałości niczym ktoś, kto właśnie zrozumiał naturę zegarka. Trzy dziewczyny z klasy humanistycznej śpiewały piosenkę o kawie, która zamienia ludzi w superbohaterów (wydawało się nam to niebezpiecznie realistyczne). Basia wymyśliła delikatną mgiełkę, którą puścimy na finał — taką, która nie włączy alarmu. Na razie dymiła z czajnika w pokoju nauczycielskim i miała zapach earl grey. A mikser… Mikser żył. Raz wydawało mi się, że suwak przesunął się minimalnie, choć nikt go nie dotknął. Innym razem diody przypominające małe choinki rozświetliły się w rytm kroków publiczności, której jeszcze nie było. Przyłożyłam ucho do obudowy i usłyszałam niski pomruk, jakby ktoś ziewnął w sposób wyjątkowo profesjonalny. — Nie patrz tak na niego — ostrzegł pół-żartem Iwo. — Zaczynasz wyglądać, jakbyś weszła w związek z urządzeniem. — Bo on do mnie mówi — odparłam równie pół-żartem. — Mówi: „Mam funkcje, o których ci się nie śniło”. — Tylko nie testuj ich dziś — wtrąciła Basia, która miała zwyczaj mówienia na głos tego, co rozsądnego akurat chciałam zignorować. Napisałam grubym mazakiem na kartce: „NIE WŁĄCZAĆ CZERWONEGO” i przykleiłam ją nad przełącznikiem. Poczułam się mądrze i odpowiedzialnie przez jakieś dwie minuty, do momentu, gdy z głośników rozległ się ledwo słyszalny, wesoły motyw. Taki, jaki grają lodziarnie, kiedy podjeżdżają pod blok. — Słyszeliście? — spytałam. Iwo uniósł brew. Basia rozejrzała się, jakby nagle potrzebowała znaleźć ukrytą kamerę. — Pewnie włączył się sampler — stwierdził Iwo. — Sprawdź, czy coś nie jest na automacie. Przekręciłam gałkę podpisaną „FX” i dźwięk ucichł, ale w mojej głowie pozostało coś jak łaskotanie. Wyobraziłam sobie redaktora szkolnej gazety, który jutro przyjdzie do mnie po wyjaśnienia: „Żuk, co to było?” A ja, że to pewnie przeciążenie, albo echo. Zdecydowanie echo. Najgrzeczniejsze z tłumaczeń. Z sali dobiegł rumor. Burmistrz zjawił się z asystentem, który niósł teczkę ze złotym zapięciem i butelkę „Zefira”. Pani dyrektor przyspieszyła krok, a reszta grona pedagogicznego nabrała wyglądu ludzi, którzy właśnie przypomnieli sobie, że mają własne nazwiska na drzwiach. Przy wejściu ustawiono kosz z białymi goździkami. Atmosfera stężała jak gęsty kisiel. — Za pięć zaczynamy próby z mówcami — syknął Iwo. — Nela, to twoje pięć minut geniuszu. Basia, miej w pogotowiu… cokolwiek to jest. — Wskazał na kabel, który Basia przewiesiła sobie przez ramię jak boa. Zrobiłam szybki objazd po suwakach i złączach, zatrzymując palec przy czerwonym przełączniku. Klapka zabezpieczająca była jak rzęsa — lekko drżała, chociaż nikt jej nie dotykał. Mogłam przysiąc, że czuję subtelne pulsy, jak bicie serca. Wiedziałam, że to absurd, ale jest w życiu dźwiękowca taki moment, kiedy sprzęt wygląda, jakby miał własne zamiary. Zwykle to tylko elektryczność i nasze mózgi doklejające resztę. Zwykle. — Nela, start — usłyszałam panią dyrektor. — Proszę o miks idealny. Bez przerw, bez niespodzianek. Idealny miks, zero niespodzianek. Przeniosłam ciężar na drugą nogę i już miałam dać sygnał pierwszemu mówcy, kiedy wszystkie diody na mikserze jednocześnie przygasły. Na ułamek sekundy. Jak mrugnięcie. A potem zapaliły się z powrotem, ale o pół tonu jaśniej. Z głośników wysączył się pojedynczy, czysty dźwięk — krystaliczny A, jak z kamertonu. Popłynął przez salę, utulił proporczyki szkolne i zatrzymał się dokładnie na środku mojej klatki piersiowej. — To był sygnał testowy — oznajmiłam zbyt szybko, sama siebie usiłując przekonać. — Automatycznie generowany. Czasami tak jest. Basia popatrzyła na mnie spod grzywki. — Automatyczne kamertony. Mhm. Brzmi jak hasło wyborcze. I wtedy stało się coś jeszcze. Z rogu sali, gdzie ktoś kiedyś postawił metalową szafę z trofeami, dobiegł delikatny dzwonek. Nie szkolny. Bardziej jak… jak kluczyk, który spada na porcelanę. Tego już nikt nie próbował racjonalizować. Miny dyrekcji i gości pociemniały o pół tonu, dokładnie jak diody chwilę wcześniej. — Nela — dyrektorka spróbowała uśmiechu. — Proszę. Mikrofon oficjalny w jej dłoni zaświszczał przyjaźnie i ucichł. Przesunęłam delikatnie fader. Nie chciałam, żeby cokolwiek mnie zaskoczyło, więc postanowiłam trzymać się planu jak alpinista skały. Tyle że plan zapowiadał się jak ta skała: chwiejny, z dziurami i z napisem „Proszę nie dotykać czerwonego”. Iwo nachylił się nade mną. — Jeśli to coś się zepsuło, to teraz. I nie mówię tylko o sprzęcie. — Może ten mikser ma po prostu humor — odpowiedziałam. — A może… — urwałam, bo czułam, jak we mnie rośnie głupia, kusząca myśl. — Słuchajcie. Może ten „Tryb Impreza” to tak naprawdę stabilizator. Wiesz, taki tajny tryb, co uspokaja wszystko i robi porządek. — Słyszałam, jak Basia prycha, ale nie spojrzałam. — Może ktoś po prostu źle to nazwał. — Albo dobrze — odrzekł Iwo. — I nazwał dokładnie tak, jak działa. Nela, błagam, nie włączaj czerwonego w momencie, kiedy miasto patrzy. Burmistrz usiadł w pierwszym rzędzie, z namaszczeniem odkręcił „Zefira” i popił drobny łyk, jakby sprawdzał bukiet. Pani od chemii zaczęła szeptem streszczać mu program, a pani od muzyki zaczęła stroić chór do tonacji przemówienia. Pan od WF-u wreszcie złapał piłkę i przyklęknął, jakby składał jej oświadczyny. Wszystko było gotowe. Wszystko poza moją pewnością, że kontroluję sytuację. Pochyliłam się nad panelem. Z bliska widziałam, jak czerwony przełącznik ma na sobie drobne rysy, a na klapce ktoś nakleił mikroskopijną naklejkę z sylwetką kaczki w okularach przeciwsłonecznych. Nie pytałam. Na plecach poczułam chłód klimatyzacji albo… no właśnie. Z sufitu dobiegł cichy, metaliczny trzask. Jakby ktoś otwierał niewidzialne okienko. — Nela — Basia powiedziała to wolno, uroczyście, jak w filmach, kiedy bohaterka stoi nad dużym, czerwonym guzikiem. — Jeżeli masz to zrobić, zrób to szybko. Żebyśmy zdążyli żyć z konsekwencjami. — Albo uciec — dodał Iwo, zerkając na najbliższe wyjście ewakuacyjne. Parsknęłam śmiechem, który zabrzmiał bardziej nerwowo, niż chciałam. Podniosłam klapkę. Plastik odchylił się z kliknięciem, które usłyszeliśmy wszyscy troje, choć było malutkie. Miałam wrażenie, że zielone diody na górze panelu puściły do mnie oko. Pani dyrektor spojrzała w naszym kierunku i uniosła brwi. Chór wziął wdech wspólnym, wspaniałym, jednostajnym szumem płuc. Oparłam opuszki palców o przełącznik. Jedno pstryknięcie mogło nas zamienić w legendę — albo w anegdotę opowiadaną przez wuefistę na każdym ognisku do końca świata. W sali nawet powietrze wstrzymało oddech. A potem, dokładnie w chwili, gdy mój palec miał wykonać ostatni, milimetrowy ruch, z przestrzeni nad sceną dobiegło nas zdecydowane, krótkie: trzask. Jakby ktoś odblokował coś ogromnego, ciemnego i właśnie gotowego do działania. Palec zawisł tuż nad czerwienią. I wtedy wszystkie światła w sali jednocześnie przygasły, a w głośnikach, bardzo cicho, jakby tylko dla mnie, rozległ się szept: „No to…?”


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 29
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.