Did You Know?

Tam, gdzie oddycha szkło


Tam, gdzie oddycha szkło
Burza wycisnęła miasteczko jak mokrą koszulę i rzuciła je na niskie wzgórza, by tam powoli ociekało. Chodniki błyszczały. Bieżnia za North Harbor High połyskiwała w świetle stadionowych lamp, każda kałuża wyglądała jak srebrna moneta wciśnięta w czerwony asfalt. Gdzieś przy mokradłach żaby zaczęły znowu swoje granie – niepewne, jakby sprawdzały, czy świat nadal zachował swój kształt. Rowan stał z plecakiem przerzuconym przez jedno ramię, patrząc, jak jego oddech zamienia się w mgłę. Wiatr niósł ze sobą sól, nawet tutaj, w głębi lądu. Przesączał się przez druciany płot i szarpał papier w jego kieszeni – ostrożnie, zaczepnie. Nie spuścił z niego oczu, odkąd się pojawił: złożony raz, wsunięty do szafki tak, jakby zawsze miał tam leżeć. Na wierzchu nie było nazwiska, żadnej oficjalnej pieczątki. Tylko cienki kawałek kartki w linie, wyrwany ze szkolnego zeszytu, taki sam, jakie on i June drali z notesów spiralnych, gdy nie mieli cierpliwości szukać nożyczek. Rozpoznał pismo, zanim jeszcze rozłożył kartkę do końca. Sposób, w jaki wielkie „W” pochylało się do przodu, jakby miało zaraz pobiec. Nieśmiała pętelka przy „R”. Kropka na końcu mocno wciśnięta, jak odcisk palca. *Podlej goździki. 7:10.* Wpatrywał się w te trzy słowa tak długo, aż zaczęły się rozmazywać. W szkolnym korytarzu przepływał tłum dzieciaków, głosy mieszały się ze sobą, dzwonek zadzwonił – a on nadal stał, trzymając list od June w dłoniach, jak smak, który pamięta się, ale nie umie nazwać. Kiedy ostatnia lekcja się skończyła i rozlał się wilgotny wieczór, wskazówki były już blisko wyznaczonej godziny. Niebo miało barwę rozkopanych ostryg. Napisał do Kiry, bo alternatywą było stanie samemu w szklarni z sercem odbijającym się od szyb. Przycisnął notatkę płasko do dłoni, jakby mógł wyprasować z niej czas. – Pokaż mi jeszcze raz – powiedziała teraz Kira, podchodząc bliżej tak, że światło z lamp padło na jej rękaw. Włosy miała wciąż mokre po treningu, zawijały się przy twarzy w znaki zapytania. Pachniała deszczem i tym migdałowym balsamem, który zawsze nosiła w torbie. Paznokcie miała pomalowane na zieleń świeżych liści. Podał jej kartkę. Litery wyglądały dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy June podpisywała tacki z sadzonkami na kuchennym parapecie albo spisywała zakupy na odwrocie przypadkowego paragonu. Rowan niemal czuł na przedramionach tamto kuchenne słońce i słyszał czajnik matki – ten westchnął raz, zanim zaczął gwizdać. Przełknął ślinę. – To jej pismo. Oczy Kiry powędrowały ku niemu. Nie powiedziała: „Na pewno?”. Nie zapytała: „Jak to możliwe?”. Wiedziała, że nie wchodzi się w czyjąś żałobę po to, by ją sprzątać jak nieporządek w pokoju. – Pamiętasz goździki? – spytała zamiast tego. Rowan skinął głową. Wspomnienie wysunęło się na wierzch. June w sklepie ogrodniczym w kwietniu, pchająca wózek z lekkością i ryzykiem, robiąca z niego zabawę. „Wyglądają jak falbanki” – powiedziała wtedy, wachlując mu kwiaty przed oczami. „Jak brzegi eleganckich serwetek na weselach.” Posadziła je w glinianych donicach i ustawiła na tylnych schodach, gdzie kot traktował je jak dżunglę. June podlewała je co wieczór o 7:10, bo wtedy słońce chowało się za garażem sąsiada i schody stawały się zacienione. „Czas to też rodzaj życzliwości” – mówiła, stukając palcem w tarczę zegarka, którą narysowała sobie długopisem na nadgarstku. Ostatni raz w szklarni – tak naprawdę w niej – był z June, kiedy pokłócili się w alejce między sukulentami a ziołami. Kłótnia o nic, która nabrała oddechu, urosła, przetrwała dłużej niż liście. W czerwcu już jej nie było – nie dramatyczne zniknięcie jak w filmach, tylko ciche odchodzenie przez tygodnie: pudełko, torba, ostatni uścisk, który wylądował gdzieś poza jego żebrami, bo nie chciał ich otworzyć. Nie mógł o tym myśleć, bo rozpadłby się od środka. Złożył wspomnienie i odłożył na bok, jak sweter, którego nie wypada założyć publicznie. Wzgórze z szklarnią piętrzyło się za bieżnią i rzędem klonów, które zrzuciły swoje barwy w smugach czerwieni i złota. Tam, na szczycie, konstrukcja ze szkła i metalu kuliła się przed wiatrem – zbiór szyb i ram, każda naprawiana tak, że blizny były widoczne. W środku, mimo pory roku, rośliny żyły bujnie. Koło biologiczne spotykało się w środy. Pan Avetis, który twierdził, że potrafi przemówić do zwiędniętej paprotki i przywrócić jej odwagę, trzymał szklarnię otwartą dłużej wiosną. Dziś światła były zapalone. Za zaparowanymi szybami pobłyskiwała poświata, sprawiając, że budynek wyglądał jak płuca. – Rowan – powiedziała cicho Kira, muskając czubkiem buta kałużę, aż zmarszczyła się na boki. – Nie musimy tam iść, jeśli nie chcesz. Chciał i nie chciał. Oba uczucia ściskały mu klatkę piersiową. – To może być… – urwał. Nie wypowiedział imienia June na głos od tygodni. Było jednocześnie kruche i ciężkie. – To wygląda jak jej pismo. – Wygląda – zgodziła się Kira. Oddała mu kartkę. – A jeśli to żart, to bardzo zły. Zbyt dokładny. Rowan wsunął papier z powrotem do kieszeni i przyłożył do niego dłoń, jakby chronił małe zwierzątko przed zimnem. – Tylko zajrzymy – powiedział. – Jeśli nic z tego, to nic. Ruszyli pod górę. Mokre liście kleiły się do butów. Wiatr zmienił kierunek, niósł teraz woń rzeki i delikatny metaliczny zapach odchodzącej burzy. Szkoła z tej perspektywy wydawała się mniejsza. Widać było cały rząd okien na drugim piętrze i w jednym z nich woźnego, przesuwającego żółte wiadro jak powolną kometę. Przy wejściu Rowan zauważył, że drzwi szklarni podparte były gumowym klinem. Tak robił pan Avetis, kiedy był w środku – praktyczne, normalne. A jednak lampki na ścieżce się nie świeciły, nie grało radio z ormiańskim popem. Na ławce przed wejściem deszcz zostawił kałuże jak opale w odpryskach betonu. – Ktoś tam jest – szepnęła Kira, patrząc na uchylone drzwi. Serce Rowana waliło mu w uszach. Okna wypuszczały ciepłe powietrze, para osiadała na szkle. Popchnął drzwi lekko. Otworzyły się, a w nozdrza uderzyła wilgoć. Smak zieleni i ziemi, jakby coś rosło tak intensywnie, że zostawiło zapach na języku. Wsunęli się do środka, a drzwi zaszeptały za nimi, zamykając się jak kartka przewrócona ostrożnie. Szklarnia miała własną geografię. Po lewej sukulenty trzymały w sobie wodę. Po prawej zioła ocierały się o siebie i wypuszczały tysiące małych opinii: bazylia ostra jak ołówek, rozmaryn jak słoneczne wzgórze, mięta lekka i słodka aż natrętna. Głębiej wysokie rośliny tworzyły alejki przypominające ciche ulice. System zraszający syknął, woda spłynęła po szybie i złapała światło. Rowan szukał goździków. Oczy musiały się przyzwyczaić. Z June sadzili je w glinianych donicach, więc poszedł za pamięcią do stołu pośrodku, gdzie trzymano większe, cięższe naczynia. Pomarańczowa ziemia. Mokre obrzeża. Etykiety pisane markerem, którego tusz lekko rozmazał się na plastiku. Pierwsza doniczka: rozmaryn. Druga: tymianek. Trzecia: pelargonia, liście pachnące jak miedziaki i stare perfumy. Przesunął naczynie obiema rękami, zostawiając ślad w skroplonej wodzie – i wtedy zobaczył trzy gliniane doniczki ustawione rzędem. Goździki, blade jak wosk w tym świetle, z główkami zbierającymi krople wody. W ziemię środkowej donicy wciśnięty był skrawek papieru – nie etykieta, lecz kolejna kartka, krawędź już podwinięta od wilgoci. – Widzisz to? – szepnęła Kira, choć nikogo nie było do spłoszenia. Palce Rowana były niezgrabne. Wyciągnął kartkę. Atrament lekko się rozlał, ale pismo było to samo. To samo R, to samo W. Tym razem tylko dwa słowa. *Spóźniłeś się.* Spojrzał na zegar nad stołem do przesadzania. 7:12. Czerwona wskazówka sekundnika zataczała bez końca okręgi. Kira pochyliła się bliżej, jej ramię ledwie musnęło jego. – Rowan. – To nie było ostrzeżenie ani pytanie, tylko „jestem obok”. Zraszacze westchnęły, gdzieś zagrzał się piecyk. Mól usiadł na szybie, tam gdzie przez rozdarcie w materiale przesączał się kawałek nocy. Krople deszczu dźwięczały o dach. Dźwięk miękki, a jednak wśród tego całego wzrastania – głośny. Po kręgosłupie Rowana spłynęło dziwne uczucie – mieszanina zachwytu i lęku. Jak wtedy, gdy jako dziecko wstrzymał oddech, zanurkował i nagle odkrył, że basen sięga głębiej, niż myślał. June zawsze pierwsza nurkowała i wynurzała się śmiejąc. Przetarł kciukiem wilgotny papier. Chciał być zły. Chciał nie czuć nic. Chciał – sam nie wiedział, czego chciał. – Jest pan Avetis? – zapytała Kira, ale oboje wiedzieli, że gdyby wierzyła w to naprawdę, zawołałaby. Szklarnia przypominała teraz kościół odwiedzony w zwykłe popołudnie: pełna przestrzeni, pozbawiona ludzi, trzymająca oddech. Rowan odłożył kartkę z powrotem do doniczki, jak książkę na półkę. Główki goździków zadrżały, strząsając na ziemię gwiazdkę wody. Jego ręce też drżały, ale udawał, że to przez zmianę temperatury. – June – powiedział, próbując wypowiedzieć imię, słysząc, jak brzmi. Uniosło się w górę, do krokwi, jak spłoszony ptak. W korytarzu prowadzącym do pokoju z rozsadzanymi sadzonkami coś się poruszyło – ledwie muśnięcie, sugestia zmiany ciężaru, cień, który postanowił być czymś więcej niż smużką. Kira zesztywniała obok niego. Rowan poczuł, jak serce wspina mu się do gardła i zwija, czekając. Zrobił krok w stronę korytarza. Potem drugi. Rośliny musnęły mu dżinsy, zostawiły ciemniejsze plamy. Brzęk grzejnika się wyciszył i zawisł. Słyszał – poza szkłem – samochód zmieniający bieg na wzgórzu, psa szczekającego raz, śmiech porwany przez wiatr. W środku – tylko myśląca o upadku woda. Światło na końcu korytarza kliknęło i zapaliło się. Widział już krawędź stołu z tackami wilgotnej ziemi, plastikowe kopułki osnute kondensacją jak perłowe gniazda. Przełknął ślinę. – Jeśli to żart… – zaczął, a głos miał inny niż zwykle – to był ten sam głos, który mówił do June przez tysiąc małych odległości. – Ro? Głos dobiegł z końca korytarza, cichy i zachrypnięty. Pseudonim, którego używały tylko trzy osoby. Brzmienie, które rozwiązało coś w środku niego i wlało powódź – strach, nadzieję, gniew, tęsknotę, dla której nigdy nie było dobrego miejsca. Zamarł, dłoń zawisła nad stołem, oddech zaczepił się jak rękaw o gwóźdź. – Ro – powtórzył głos, bliżej teraz, a z cienia wychylił się kształt i szyba obok zaparowała od ciepłego, ludzkiego wydechu. Rowan nie ruszył się.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 22
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.