Did You Know?

Szklany Wicher


Szklany Wicher
W Morskowicach wiatr nie milknie nigdy. Ślizga się po mokrych dachówkach, wchodzi w szczeliny okien i wygrywa na rurach od pieców jak na flecie, aż człowiek nie wie, czy to pogoda, czy ktoś próbuje coś powiedzieć. Ojciec powtarzał, że szkło pamięta dotyk, a ja, Lila Kowalska, nauczyłam się, że pamięta też dźwięk. Kiedy przykładam ucho do szyby w naszej pracowni, słyszę piosenkę poprzednich dłoni: uderzenia młotków, śmiechy, oddechy, a czasem coś zupełnie innego—jakby echo burzy, która jeszcze nie przyszła. Nasza pracownia stoi na końcu ulicy Latarników, prosto pod klifem, na którego szczycie rośnie Latarnia Krucza. Czarna, wysoka, ze stalowym balkonem oplatającym szklaną czarę. Gdy byłam mała, śniło mi się, że ta czara jest wielkim okiem, które mruga raz do mnie, raz do morza. Teraz, mając siedemnaście lat, wiem, że świeci dzięki starej soczewce Fresnela, warstwom szkła ułożonym jak łuski ryby. Wiem też, że od trzech dni soczewka śpiewa—cichutko, ale do nie-do-zniesienia. Na targu rybnym sącząc gorzką kawę, słuchałam, jak ludzie mówią o Potrójnym Świetle. Latarnik Borys, który pamięta więcej latarni niż ktokolwiek, ostrzegał: — Zbliża się Szklany Wicher. Niewyjaśnione się budzi, kiedy powietrze styka się ze szkłem w tym jednym, nieszczęsnym akordzie. — A jaki to akord? — zapytała Weronika, moja najlepsza przyjaciółka, którą zwykle nazywam Werą. Jest z tych, co mierzą linijką i nie wierzą w opowieści, dopóki nie dotkną. Borys uśmiechnął się bez zębów. — Taki, który raz w życiu słyszysz, a później już masz go w kościach. Zaczyna się od szumu, kończy na ciemności. Nie powiedziałam im, że już go słyszę. Nie powiedziałam też, że kiedy przykładałam wczoraj głowę do szkła w naszej pracowni, coś zawołało mnie po imieniu. Niskim, przeciągłym szeptem: Lila. Jakby ktoś brzęknął paznokciem o krawędź kieliszka i czekał, aż podejdę. Wystarczy, że raz wspomnę o czymś takim, a spojrzą na mnie jak na dziecko, które wciąż czeka na powrót brata. Natan zniknął rok temu, w noc sztormu. Nie zostawił biletu, nie wysłał wiadomości. Po prostu poszedł w morze, mówią wszyscy. A ja pamiętam jego dłonie przyklejone do szkła latarni, światło migające mu w źrenicach, wiatr wyjąc jak skrzypce i tę jedną sekundę, kiedy powietrze nagle się zatrzymało. Zawsze gdy idę koło latarni, czuję ukłucie pod skórą—jakby wspomnienie tamtej sekundy próbowało wydostać się na światło dzienne. Tego popołudnia, kiedy niebo przybrało barwę prześwietlonego papieru i mewy darły się bardziej niż zwykle, znalazłam na plaży odłamek. Nie był jak zwykłe morskie szkło—gładkie, matowe, zielonkawe. Ten miał w sobie głębię, która nie powinna się mieścić w tak cienkiej rzeczy. W środku migotało coś jak para zamknięta w butelce. Kiedy go dotknęłam, poczułam drżenie, jakby ktoś uderzył w strunę. Brzmiało to jak cis, który w mojej głowie natychmiast znalazł odpowiedź—h, e, gis—i nim się zorientowałam, skacząc po mokrych kamieniach ułożyłam w kieszeni cały akord. — Znowu? — Weronika złapała mnie pod łokieć i pociągnęła w górę, ku schodom na klif. — Widziałam, jak cię wciąga. — Zatrzymała się i spojrzała mi w twarz. — Lila, nie rób tego. Nocami mówisz przez sen. Mówisz do szyb. — Szyby mówią pierwsze — odparłam, starając się żartować, ale głos zadrżał mi na końcu. — Wera, muszę iść do latarni. — Wyciągnęłam z kieszeni odłamek. — Popatrz. Wzięła go w palce i drgnęła. — Zimny. I… jakby cięższy, niż powinien. — Zmarszczyła czoło. — Borys powinien to zobaczyć. Borysa znaleźliśmy przy drzwiach latarni, w kurtce przeszytej solą, z kluczami brzęczącymi jak małe dzwonki. Podniósł na nas oczy i spojrzał najpierw na Werę, potem na mnie, a na końcu na mój zamknięty w pięści dłoń. — Co niesiesz? — zapytał cicho. Położyłam odłamek na jego dłoni. Popatrzył, odwrócił, przytknął do światła poddasza. Przez sekundę na jego twarzy pojawił się cień, jakby zobaczył kogoś, kogo dawno nie widział. — To z soczewki — powiedział. — Ze starej, której już nie ma, a jednak… — urwał. — Potrójne Światło będzie dziś w nocy. Nie pójdziecie na klif. — Podał mi odłamek z powrotem. — A ty, Lila, schowaj to w miejsce, gdzie wiatr nie sięga. — Borys — zaczęłam, ale skrzypnęły drzwi i wyszedł ktoś z wewnątrz latarni—pracownik, którego nie znałam. Wysoki, z blizną idącą przez łuk brwiowy. Skinął Borysowi i przeszedł obok nas bez słowa, zapach soli i smaru zostawił w powietrzu jak ślad. — Kto to? — spytała Weronika, kiedy mężczyzna zniknął za rogiem. — Podmiana za noc — mruknął Borys. — Sprawdzają mechanizmy. — Uderzył w swoją kiść pękiem kluczy. — Wicher zerwie się nim kolacja wystygnie. Do domów. Posłuchaliśmy. Przynajmniej do zmroku. Kiedy niebo rozciągnęło nad sobą trzy blade okręgi—jakby wokół księżyca pojawiły się dodatkowe, mgliste aureole—wiedziałam, że nie zdołam spać. Leżałam na plecach, słuchając, jak szyba nad moją głową drży o włos od niewidzialnego dźwięku. Odłamek w kieszeni kurtki grzał, choć był zimniejszy niż lód. Wstałam. Weronika pojawiła się pod oknem jak cień, zanim jeszcze zdążyłam pomyśleć, że mogłabym iść sama. — Idziemy — powiedziała. — I jeśli znowu wpadniesz na pomysł, żeby wspinać się na balkon, to idę pierwsza. Śmiała się w szeptach, ale widziałam, że też czuje ten przyciąg—że coś w powietrzu woła nawet tych, którzy wolą linijkę od legend. Wiatr obracał się nad klifem, wracając po śladach jak pies tropiący własny ogon. W latarni płonęło światło. Drzwi od strony morza były lekko uchylone, jakby czekały. — Nie — powiedziała Weronika. — Nie może być tak łatwo. — Czasem wszystko, co złe, zaczyna się od uchylonych drzwi — powiedziałam i nawet nie udawałam, że nie drżą mi kolana. W środku było ciepło i pachniało kurzem, solą i lampami. Mechanizm mruczał, jakby spał. Schody wznosiły się spiralą, a ich metalowe stopnie wycierały się pod stopami pokoleń latarników. Szliśmy wolno, licząc oddechy. Za nami drzwi zatrzasnęły się cicho, jakby ktoś pchnął je od zewnątrz. — Borys? — zawołała Weronika, ale odpowiedziało jej tylko echo. Na górze, pod samą czaszą, światło rozlewało się po ścianach mleczną plamą. Soczewka Fresnela stała nieruchomo, a jednak w jej środku, między warstwami szkła, poruszały się drobne bąbelki światła—jak pyłki, które ktoś zdmuchnął i zapomniał, że zawisły w bezruchu. Serce waliło mi jak młot. Wyciągnęłam odłamek. Zadrżał. Powietrze zrobiło się gęste. — Lila — Weronika zacisnęła palce na poręczy. — Nie rób nic głupiego. Podeszłam do soczewki. W jej środku, głęboko, zobaczyłam coś, czego nie powinnam była zobaczyć: znajomą linię klifu, ale nie naszego; morze tak spokojne, że aż nienaturalne; i trzy księżyce, wyraźne jak wypolerowane monety, wiszące nad horyzontem. To nie był obraz odbity przez szkło. To było okno. — Widzisz to? — wyszeptałam. — Widzę… coś. — Weronika zrobiła krok w przód. — Jak… druga strona. Dotknęłam powierzchni soczewki odłamkiem. W miejscu styku pojawił się krąg jaśniejszego światła, a powietrze wpadło w rezonans. Poczułam to w zębach. Mechanizm w latarni przesunął się o milimetr, przestawiając się sam, jakby ktoś pociągnął za niewidzialne koło. Wicher uderzył w ściany. Gdzieś na dole roztrzaskał się kubek. — Lila! — Weronika chwyciła mnie za nadgarstek. — Nie wiemy, co robimy! A ja słyszałam już tylko to, co przychodziło z wnętrza szkła: głosy jak śpiew wielorybów, oddalone i przejmujące, i jeden głos wśród nich, ten, który zapamiętałam na zawsze, choć minął rok. Natan. — Lilka — powiedział, z tamtej strony, rozciągając moje imię jak kiedyś, kiedy drażnił mnie, że wolno odrabiam matmę. — Jestem tu. Kolana ugięły mi się tak, że musiałam oprzeć się o poręcz. Weronika wciągnęła ostro powietrze. — Słyszysz to? — spytała, blade usta dotknęły jej drżącego uśmiechu. — Słyszysz? Zamiast odpowiedzieć, podniosłam odłamek i przyłożyłam go do kręgu światła. Zaiskrzyło. Szklany dźwięk przeciął powietrze, nie bolał, ale wszystko we mnie chciało jednocześnie krzyczeć i śmiać się. Wicher wdarł się do środka przez najmniejsze szpary, zaszumiał w moich włosach. Soczewka poruszyła się o ułamek. I wtedy zobaczyłam—w środku, po drugiej stronie—dłoń. Przyłożyła się do szkła idealnie w miejscu, gdzie był mój odłamek. Palce były długie, cienkie, znajome. Na palcu naderwany bandaż. Tak jak wtedy, w noc, w której Natan wyszedł i nie wrócił. — Odsuń się — powiedziała Weronika, ale nie zdołała zabrzmieć pewnie. — To może być… — Nie dokończyła. W tej samej chwili mechanizm latarni odblokował się z trzaskiem. Na szczycie wałka zębatka kliknęła, jakby ktoś wsunął klucz. Światło zapulsowało, a w czarze soczewki pojawiło się coś jak cienka rysa—nie pęknięcie, raczej szczelina, która nie powinna istnieć. Powietrze zgęstniało do granic, a wiatr wpadł w jeden, niski dźwięk, identyczny z tym z mojej kieszeni. — Lila — głos Natana był teraz bliższy, klarowny, tak prawdziwy, że aż okrutny. — Jeśli otworzysz, już nie będziesz z tego brzegu. Na dole ktoś uderzył w drzwi. Ktoś inny krzyknął. W szczelinie zamigotała smuga światła, jakby po tamtej stronie ktoś położył latarkę. Odłamek w mojej dłoni rozgrzał się tak, że prawie wypuściłam go z palców. A potem coś po drugiej stronie poruszyło zamkiem. Klucz, którego nie widziałyśmy, zaczął się powoli obracać, z każdym ząbkiem wgryzając się w ciszę.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 34
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.