Did You Know?

Szepty run


Szepty run
Wiatr pachniał smołą, wodorostami i solą, a cała wioska nad Ravnfjordem brzmiała jak jeden, dobrze znany instrument: skrzypienie pomostów, pobrzękiwanie lin, posapywanie morza. Na slipie czekał nowy knarr, jeszcze nieochrzczony, z burtami tak świeżymi, że żywica lśniła na nich jak łzy. Eirik przesuwał dłonią wzdłuż wklęsłego kształtu kilu, szukając sęków i nierówności. Miał ręce poprzecinane drobnymi drzazgami i spojrzenie, które rzadko się cofało. Obok, na kamieniu, usiadła Sigrun, młodsza o rok. Trzymała na kolanach płytę z wielorybiej kości, w którą ktoś dawno temu naciął runy. Czas ścierał znaki, ale nie ich znaczenie. — Znowu to samo — mruknęła, mrużąc oczy. — Gdziekolwiek się obrócę, widzę ten sam układ: trzy kruki, falę i płomień. — A ja widzę jarlowski topór na moim karku, jeśli nie skończę z tym kilem przed pierwszą gwiazdą — odparł Eirik z krzywym uśmiechem, ale coś w słowach siostry uwierało go pod żebrami. Byli dziećmi Leifa, żeglarza, który zniknął dwa zimowe cykle temu za Łzą Lodowca, tam, gdzie fiord przechodzi w szarą otchłań Północy. Od tamtej pory Ravnfjord nauczył się chodzić ciszej. Ludzie szeptali mniej, a wrony siadały wyżej. Jarl Sigvard po powrocie z wyprawy zakazał komukolwiek kierować się na zachód poza wydłużony klif, który rybacy nazywali Zimnym Przesmykiem. Mówiono, że prądy tam wabią jak ogień w ciemności. Sigrun odsunęła się od płyty, jakby ta nagle stała się za ciężka. — Halldis twierdzi, że wzór powtarza się, gdy coś chce zostać zapamiętane — powiedziała cicho. — Kruki to posłańcy. Fala nie niesie ich przypadkiem. Eirik wzruszył ramionami, ale jego palce zatrzymały się na krawędzi drewna. Przez chwilę nasłuchiwał: w zwykły wieczór słychać było długie, leniwe uderzenia wioseł wracających łodzi i śmiech z długiej chaty. Tego wieczoru dźwięki jakby oddaliły się od brzegu. W długiej chacie jarl rozdawał soloną baraninę, odmierzał piwo i nowe rozkazy. Eirikia i Sigrun nikt nie zatrzymywał — od śmierci matki przywykli do bycia cieniem przy ogniu, potem cieniem przy drzwiach, a wreszcie cieniem nad wodą. Wyczekiwali słów, które mogłyby na nowo ustanowić granice ich świata. — Trzy noce bez wypływania — ogłosił Sigvard, nie podnosząc głosu. — Widziano na wodzie światło, którego nie daje żaden ogień. Morze czasem oddaje to, co było nasze, ale czasem przynosi tylko kłopoty. Sigrun uniosła brew. Eirik patrzył na jarla i widział drobiazg, na który inni nie zwróciliby uwagi: wplecioną w brodę srebrną paciorkę w kształcie splotu. Taką samą nosił Leif. Eirik poczuł, jak żółć gromadzi mu się pod językiem. — Skąd masz tę paciorkę, Sigvardzie? — zapytał później, gdy ogień przygasł, a wokół zostali tylko ci, którzy nie bali się ciemności. Zadał pytanie za cicho, żeby inni usłyszeli, i wystarczająco głośno, by jarl nie mógł go zignorować. — Morze wyrzuca różne rzeczy — odparł Sigvard, jakby mówił o pogodzie. — Nie wszystko, co znajdziesz na brzegu, należy do ciebie. Sigrun chwyciła Eirika za ramię, nim ten powiedział coś, czego nie dałoby się cofnąć. Odeszli pod osłoną śmiechu i dudnienia kroków, a wiatr, coraz chłodniejszy, niósł z sobą woń dalekiego śniegu. Tej nocy niebo nad Ravnfjordem otworzyło się wysoko i szeroko, a gwiazdy wyglądały jak pchnięcia szpikulca w czarną skórę. Późnym wieczorem, gdy ogniska dogasały, kruk o jasnym oku przysiadł na słupie przy ich chacie i stuknął dziobem w drewno. Trzykrotnie. — Nie lubię, gdy ptaki pukają — mruknął Eirik, ale jednak wyszedł. Na ziemi, tuż pod słupem, leżał sznur z węzłem przewiązany smołowaną skórą. Sigrun zdążyła go rozwiązać, zanim Eirik zawołał, by tego nie robiła. W środku były dwa przedmioty: żelazny pierścień w kształcie węża z ogonem w pysku i wąski pas foczej skóry, na którym wyryto runy i kreski co przypominały mapę, tyle że linie nie prowadziły zgodnie z tym, jak znali wybrzeże. Była też plamka zastygłej smoły w rogu, jakby ktoś usiłował ukryć znak i zrezygnował w połowie. — To jego ręka — wyszeptała Sigrun i przesunęła kciukiem po nacięciach. — Litery stawiane szybko, jak w drodze. Zobacz: zaznaczony jest Zimny Przesmyk, ale ścieżka nie idzie przez wąski nurt. Prowadzi pod nawisy lodu. Eirik ujął pierścień. Był cięższy, niż wyglądał. Na wewnętrznej stronie dostrzegł zarys runy, którą Leif kiedyś grawerował na rękojeści noża. Serce Eirika ściągnęło się w ciasny węzeł. — Jeśli to pułapka? — spytał. — Jeśli ktoś nas w to pcha? — A jeśli ktoś nie ma już siły krzyczeć inaczej? — odpowiedziała Sigrun bez zawahania. — Halldis mówiła, że są znaki, które znajdują człowieka, gdy człowiek przestaje ich szukać. Halldis, stara wieszczka, mieszkająca nad zatoką, gdzie kamienie gadały po sztormach, raz już próbowała odesłać ich od wody. Teraz Sigrun chciała pójść do niej natychmiast. Eirik wahał się tylko chwilę. — Poczekamy do świtu — zdecydował. — Zmrok kłamie. Za dużo rzeczy wygląda jak to, czym nie jest. Niebo drgnęło. Na północy rozlała się blada, zielonkawa poświata, cienka jak tchnienie. Nie była to zorza pełna tańców, jaką widywali zimą. To coś cienkie, jak nitka, rozpięta nad wodą. Morze odpowiedziało na nie głębokim, jednostajnym brzmieniem, którego nie dało się powiązać ani z pływem, ani z oddechem foki. — Słyszysz? — zapytała Sigrun. — Jakby żelazo śpiewało pod wodą. — To tylko lód daleko stamtąd — powiedział, choć w gardle zaschło mu od kłamstwa. Poszli do szopy na łodzie. Deski trzeszczały z takim dźwiękiem, jakby pamiętały każdy krok Leifa. Wewnątrz pachniało starą żywicą, rybą i mokrym drewnem. Eirik zapalił lampę, zakrywając knot dłonią. Płomień tlił się ostrożnie, jakby bał się samego światła. Pod ławką w ich małej łodzi, tej, której nadali imię Krucza Kość, leżała skrzynka, której wcześniej tam nie było. Była przymocowana do klepki sznurem, a na wieku wycięto runę podobną do tej na pierścieniu. Eirik przeciął sznur. W środku, oprócz garści wysuszonych alg i kawałka mokrej tkaniny, znalazł cienką, drewnianą tabliczkę. Na tabliczce, igłą i dłonią, którą znał, nakreślono słowa: Nie wierz wodzie, gdy milczy. Ścieżka kruków zaczyna się, gdy wiosło nie robi kręgu w lustrze. Lampka zadzwoniła osmalonym szkłem, jakby ktoś dotknął jej palcem. Przez szczelinę między deskami szopy przeciągnął zimny powiew, który pogasił wszystkie dobre myśli Eirika na raz. W oddali zaszczekał pies, raz, potem drugi. Za trzecim razem przeszedł w skowyt i umilkł. — Wychodzimy — powiedział Eirik. — Ale cicho. Jeśli jarl wysłał straże, lepiej, by zobaczyły nas dopiero rano. Sigrun wsunęła mapę i pierścień za pas i naciągnęła kaptur. Gdy oboje ruszyli ku drzwiom, usłyszeli od strony wody równy chlupot, tak równy, że aż nienaturalny. W szparze między deskami zamigotało coś ciemnego i długiego. Łódź. Nie jedli ich oczy, nie była to gra fali — to był kształt płynący bez światła, z cieniami siedzącymi wzdłuż burt. Na dziobie widniał wyrzeźbiony w drewnie wąż morski z odłamanym kłem. — To nie jest żadna z naszych — szepnęła Sigrun, a Eirik skinął głową. Znał wszystkie łodzie w Ravnfjordzie po dźwięku. Ta milczała inaczej, jakby wiosła wchodziły w wodę przez sen. Łódź wyhamowała przy pomoście, a potem, bez szarpnięcia, cofnęła się o pół długości. Cienie nad burtą nie poruszały się. Tylko na moment, gdy płomień lampy zadrżał, Eirik widział coś, co sprawiło, że skóra napięła mu się na karku: na kostkach dłoni jednego z siedzących połyskiwał żelazny pierścień, taki jak ten, który Sigrun schowała za pas. W tym samym czasie, gdzieś wyżej, kruk stuknął raz w pal, a woda dotknęła belki pomostu tak delikatnie, że deski odpowiedziały jękiem. Przez szczelinę wsączyła się wątła mgła, stykając się z kostkami palców Eirika, jakby coś chciało go wywołać po imieniu. — Ktoś stoi przy drzwiach — wydyszała Sigrun. — Czuję ruch. Eirik uniósł lampę wyżej, zasłaniając płomień palcami, żeby nie zdradzić światła. Wtedy usłyszeli skrzypnięcie. Nie z pomostu. Od progu szopy. Ktoś delikatnie podniósł zasuwę od zewnątrz. Eirik szukał dłoni siostry, ale tam, gdzie spodziewał się ciepła, trafił na zimny metal pierścienia. Zimno przeszło go jak fala do kolan. Zawiasy jęknęły. Deska po desce drzwi odchyliły się od framugi, a w szparze pojawiła się smuga zielonkawego światła, ta sama, którą przed chwilą widzieli nad wodą. — Eirik — rozległ się szept. Nie był to głos jarla, ani Halldis, ani żadnego z rybaków. Miał w sobie sól i dalekie wiatry, sprawiał, że w pamięci Eirika pękało coś utrwalonego na zawsze. Drzwi odskoczyły na szerokość dłoni. W progu stanęła postać w ciemnym płaszczu, ociekająca wodą choć nie padało. Na palcu połyskiwał żelazny wąż z ogonem w pysku. W tej samej chwili tuż za szopą po wodzie przetoczył się niski dźwięk, jak uderzenie w bęben, i coś dużego przesunęło się pod lustrem fiordu, rozcinając ciemność jak skryty miecz. Sigrun wstrzymała oddech. Eirik poczuł, że świat zwęża się do jednego ruchu — do chwili, w której albo chwyci pierścień, albo ucieknie przez okno. Postać w progu uniosła dłoń, jakby wznosiła toast, i zrobiła krok naprzód.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 32
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.