Szeptniki nad Borem
W Słomiankach, na skraju Boru Żurawi, mgła zbierała się na łąkach jak mleko. Hania, dziewiętnastoletnia wnuczka szeptuchy Agaty, wróciła po długiej przerwie do drewnianej chałupy. Stryszek pachniał jałowcem i woskiem, a w skrzyni po zbożu znalazła gliniany gwizdek w kształcie żurawia. Na dziobie napięto nitkę z czerwonej wełny, a pod skrzydłem zarysowano znak przypominający gwiazdę Mokoszy. Gdy przyłożyła gwizdek do ust, drewno w ścianie trzasnęło, jakby dom się przysłuchiwał. Odłożyła go, lecz w uszach zatrzymał się lekki, niesiony z daleka syk sitowia.
W Słomiankach mówiono, że woda pamięta imiona, a studnia powtarza je przed burzą. Hania studiowała etnolingwistykę i przyjechała zebrać pieśni, nazwy miejsc oraz opowieści, gubione między telefonami. Babka zostawiła jej pogniecioną mapę, narysowaną sadzą na pergaminie z foliału. Cienkie kreski wiodły przez bagna, wokół jałowcowych wysp, aż do miejsca podpisanego „Węzeł Drzew”. Był przeddzień Dziadów, noc bliższych progów i uważniejszych cieni w całej wsi.
Na skraju boru czekał Piotr, młody leśniczy z sąsiedniej kolonii wiejskiej. „Nie chodź tam po zmroku,” powiedział bez przywitania, poprawiając pas z nożem. „Ścieżki krzyżują się jak włókna sitowia i człowiek wraca tam, skąd nie poszedł.” Hania roześmiała się cicho, pokazała mu mapę i wzruszyła ramionami. „Nazwy też potrafią zabłądzić,” mruknął, wskazując trójpalczaste ślady na piasku, które nie należały do ptaka.
Dotarła do trzech dębów, które splatały korony jak dłonie, chowając mały kurhan w środku. Zawiązała na gałązce czerwoną nitkę i, bez namysłu, zagwizdała raz na żurawim gwizdku. Powietrze zgęstniało, jakby ktoś nalał do niego miodu. Z ziemi dobiegło dudnienie, nienatarczywe, przypominające rytm kołysanki. Wokół kurhanu wykwitł krąg grzybów, ich białe brzegi świeciły wilgocią, a po chwili zapachniało rzeką.
Szepty z sitowia złożyły się w trzy głosy: dziecka, starca i ptaka. „Haniu,” powiedziały, „nie odwracaj się, dopóki woda nie przemówi.” Kreski wykręciły się jak wstążki, wskazując drogę ku dawno utopionemu młynowi. Zarośnięty kanał zabłysnął między olszami i odsłonił kamienny krąg z dłonią wyrytą pośrodku. Na brzegu kołysała się łódź, przywiązana do pala włóknami sitowia, choć woda stała zupełnie nieruchomo.
Gwizdek ogrzał się w jej dłoni, a strumień umilkł do reszty. W korzeniach olszy poruszył się cień wysoki jak wierzba. Postać wyszła na blade światło, z porożem z gałęzi i skórą jak kora. „Oddaj głos, który nie jest twój,” zaszumiało wielu ptaków, choć żaden nie zerwał się do lotu. Hania cofnęła się o krok i poczuła pod piętą zimną wodę. Łódź przy pomoście nagle drgnęła, jakby ktoś właśnie w niej usiadł.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?