Szept z puszczy
Autobus wysadził Zofię na drodze, która kończyła się wraz z liściastą ścianą puszczy. Zapach wilgotnego mchu i dymu z kuchennych pieców mieszał się z chłodem rzeki, płynącej gdzieś niewidocznie za łąkami. Słońce trzymało się jeszcze skraju nieba, jakby samo nie chciało schodzić z dyżuru nad tym kawałkiem Podlasia. Żerdno było wsią krótką i starą: trzy ulice, drewniane domy z warkoczami czosnku pod okapami, studnia z żurawiem i kapliczka ze świętym w niebieskiej farbie, łuszczącej się jak skrzela.
Zofia dźwigała plecak cięższy od magisterki i bardziej potrzebny niż cokolwiek innego: notesy, mały dyktafon, podniszczony atlas etnograficzny, termos, i pudełko po herbacie, w którym leżał list pożółkły na brzegach. List od Haliny – babki, która zmarła w marcu, pozostawiając jej drewniany dom i kilka zdań, które nie dawały spokoju.
Dom stał na uboczu, obrośnięty malinami, z oknem, w którym wisiał koronkowy bieżnik – od środka. Zofia przekręciła ciężki klucz, skrzypienie zawiasów przyjęło ją jak wyznanie. W środku pachniało mydłem, smołą od pieca i tym czymś, co mają tylko stare kuchnie, gdzie mleko potrafi wykipieć bez świadków i nie ma o to do kogo mieć pretensji. Na stole leżała skrzynka z kościaną rączką; babka trzymała w niej zawsze nici i guziki. Teraz była pusta. Pusta, prócz jednego listu, który Zofia czytała już wielokrotnie, a mimo to znowu rozwinęła.
„Zosiu,
jeśli to czytasz, znaczy, że znowu nawróciły latem i woda odsłoniła kamienie. Nie bądź sama, jeśli idziesz do starorzecza. Słuchaj mchu, nie ludzi. Jeśli usłyszysz trzykrotne pukanie z trzcin, to woda się stroi – nie odwracaj się, aż przepłynie. Nie gaś ognika, który się przy tobie zapali. Nie pozdrawiaj go też, bo dziecko ognia jest pamiętliwe. Idź w noc, gdy ogień i woda tańczą, ale wracaj przed pianiem – nie pierwszym, nie drugim, tylko tym, który nie powinien się zdarzyć.
Halina”
Zofia oparła czoło o chłodny blat. Nie umiała powiedzieć, czy list jest żartem, zaszyfrowaną prośbą, czy wyrazem czegoś, co wymyka się wytłumaczeniom. Halina była szeptuchą – pół wsi przychodziło do niej z dziwnymi bólami i jeszcze dziwniejszymi troskami. Zofia, robiąc badania, nauczyła się nie śmiać z cudzych pewników i nie wierzyć we wszystko, co słyszy. Ale tych zdań nie dało się odłożyć jak zbyt słodkiej herbaty.
Na podwórzu zaszczekał pies. Zofia wyszła. Stał tam Mikołaj z leśnictwa, wysoki, piegowaty, z czapką w garści. Pies kręcił się przy jego nogach jak wskazówka kompasu.
– Dzień dobry. Zofia – przedstawiła się. – Halina była moją babką.
– Wiem. W Żerdnie wszyscy wszystko wiedzą, tylko udają, że nie. – Uśmiechnął się jednym kącikiem ust. – Mikołaj. Leśniczy. Przyniosłem klucz do szopy i… – zawahał się – zapalić panu w piecu?
– Sama dam radę.
– Wiem, że pani da. Ale i tak przyniosłem. – Wyciągnął pęk kluczy i zawiesił je na gwoździu przy drzwiach. – Słyszałem, że pani od śpiewów i gadek.
– Etnografia. Zbieram pieśni, obrzędy, opowieści. – Rozejrzała się. – Dziś ludzie będą wić wianki?
– Będą. – Jego wzrok powędrował w stronę rzeki. – Woda niska jak kieszeń ucznia. Starorzecze wypiło swoje i odsłoniło kamienie. Niech pani tam nie idzie sama. Widać znak gromowy i inne takie. Skalne jak pamięć. – Zamilkł, jakby oczekiwał, że to zniechęci.
– Znak gromowy? – Zofię połaskotał dreszcz ciekawości. – Perun?
Mikołaj skinął głową, wciąż patrząc gdzieś poza nią.
– Pani Halina miała zwyczaj palić przy nich zioła, kiedy przesilenie. Mówiła, że nie wszystko, co stare, lubi, gdy je pozostawić same sobie.
Kiedy Mikołaj odszedł, zatrzymała ją jeszcze Wiera, sąsiadka z końca drogi, uważana w wiosce za tę, co zna słowa na poparzenia i na zbyt głośne sny. Wiera była drobna i ruchliwa, jak wróbel w fartuchu. Wyciągnęła z kieszeni czerwony sznurek i zawiązała go Zofii na nadgarstku, bez pytania.
– Na myśl, co idzie nie tam, gdzie trzeba. – Uśmiechnęła się bez zębów. – Nie gwizdać w nocy, nie oglądać się na ten trzeci i nie brać nic od dziewczyny, co ma liście we włosach. – Skinęła głową w kierunku lasu. – Puszcza słyszy imiona. To, co je pamięta, nie zapomina łatwo.
Wieczór spłynął na Żerdno niczym świeża śmietanka. Na łące rozpalano ogniska, dziewczyny wplatały kwiaty w wianki, chłopcy czekali udając, że nie czekają. Dym pachniał ziołami; ktoś śpiewał niskim głosem starą pieśń o wodniku, co lubi żartować, i o wiłach, co tańczą tak, że ziemia pod nimi przeciąga się jak kot. Zofia nagrywała, notowała, słowa układały się w jej notesie jak odłowione ryby – śliskie, żywe, drgające. A jednak wszystko to było tylko przedsionkiem. List palił ją w kieszeni jak żar.
Gdy pierwsze wianki popłynęły z nurtem, a z ciemniejącego nieba spadła jaskółka w kształcie gwiazdy, Zofia wyszła z kręgu śmiechów i skradła się ścieżką ku starorzeczu. Słyszała za sobą odległe okrzyki – ktoś skakał przez ogień, ktoś stroił skrzypce – ale tu, pod burą woalką wierzb, było już inaczej. Woda szeptała jej obco znane słowa. Komary brzęczały, lecz nagle, jakby na znak, ucichły. Zofia zsunęła się w dół, po gliniastej skarpie, i stanęła na czarnym, wciągającym brzegu.
Ogniki – tak nazywali je tutejsi – pokazały się, jakby to wszystko było ćwiczone: najpierw jeden, maleńki płomyk ponad wodą, po czym drugi, po lewej stronie, przy trzcinach. Nie były żółte, tylko zimno niebieskie, jak klinga. Zofia przystanęła. Wiera mówiła: nie gasić, nie pozdrawiać. Mogła pójść ścieżką, ale nogi same poprowadziły ją za światełkami, po mokrej ziemi, między pałkami wodnymi, aż woda zaczęła sięgać butów, trzymając ją z każdym krokiem jak czyjaś dłoń.
Starorzecze odsłoniło naprawdę. Pomiędzy kępami turzyc stały kamienie, większe niż człowiek. Obrosły miękkim mchem i cienkimi, srebrnymi niteczkami pajęczyn, ale pod tą kołdrą zamknięta była surowość. Na jednym z głazów, tym, który przechylał się ku nurtowi, widać było ryty: zygzaki piorunów, krzyż z kółkiem, rozcapierzone dłonie. Ktoś, dawno, o coś prosił albo coś obiecywał. Zofia dotknęła ostrożnie zimnego kamienia. Wstrzymany oddech puszczy zawisł między nią a wodą – ten moment przed pierwszą kroplą deszczu.
Trzy wyraźne puknięcia rozległy się w trzcinach – jakby ktoś palcami opukał czółno. Zofia zamknęła powieki. „To woda się stroi”, przypomniała sobie. „Nie odwracaj się.” Ognik przy jej kolanie zamigotał, po czym przysiadł niżej, jak ptak przygotowujący się do skoku. Z daleka doleciał cienki śmiech – dzieci czy wiły? – a potem wszystko jakby się cofnęło, dźwięki zapadły pod korę drzew.
Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła, że ogniki rozstąpiły się i sygnałują drogę pomiędzy głazami, ku środkowi, gdzie woda była czarna i gładka jak lustro, w którym nic się nie odbija. Zofia postawiła stopę na kamieniu płaskim jak stół i poczuła pod podeszwą drżenie. Nie mogła sobie wmówić, że to tylko fale.
– Zofio. – Głos, który padł za jej plecami, nie był głosem żadnego z uczestników zabawy na łące. Niósł w sobie wilgoć i zapach surowego drewna, brzmiał jak wicher, który włazi w komin i nie wie, czy może. – Dziecko Haliny.
Nie odwracaj się – powtórzył uparty szept w jej głowie. Woda doszła do krawędzi kamienia i zawisła, nie spływając, jakby trzymały ją niewidzialne palce. Zofia zaciśniętymi dłońmi ścisnęła róg listu, który wzięła bez zastanowienia. Palce miała zimne i cudze.
W wierzbach zaszeleściło coś, co nie było liściem. Pomiędzy pniami stanęła postać wysoka na półtora człowieka, szczupła jak wicher i gęsta jak mrok. Na głowie miała poroże, nie jelenie jednak, tylko splątane korzenie, które obrastały powietrze zielonkawym nalotem. Skóra – jeśli to była skóra – przypominała korę: ciemną, popękaną. Oczy – dwie głębokie studnie, w których wirowało to, czego nie powinno się chwytać słowami. Z lasu powiało mokrym, chłodnym oddechem, jak z wnętrza ziemi.
– Miałaś nie przychodzić sama. – Głos przemknął przez jej włosy jak palce. – Kto prosił, a kto obiecywał? – Postać skłoniła się ledwo, a ogniki drgnęły, jakby z szacunku albo z przestrachu.
Nurt starorzecza poruszył się i zadrżał, jak kot przed skokiem. Kamień pod stopami Zofii cicho jęknął, jak drzwi, które obiecały, że jeszcze wytrzymają. Wynurzyła się z ciemności dłoń – nie ręka człowieka, tylko coś, co przypominało pnącze, rozdzielone na palce – i dotknęła rytu gromowego znaku. Znak rozjarzył się lodowym blaskiem, który nie ogrzewał, a mimo to parzył wspomnienia, jakby ktoś przewijał wstecz dawne lato, dawę noc, dawne słowa.
– Zofia! – gdzieś z brzegu dobiegł kolejny głos, ludzki, zdyszany. Mikołaj? – Nie wolno!
Ogniki uniosły się jednym ruchem, jakby ktoś je poderwał na niewidzialnych żyłkach. Woda uniosła się razem z nimi, cienkim, nieprawdopodobnym arkuszem. Postać w porożu odwróciła twarz – jeśli to była twarz – ku rzece, po czym znów na nią spojrzała.
– Za późno na zakaz. – W tej chwili coś zimnego i mokrego dotknęło karku Zofii, jak kropla, której nikt nie zaprosił. Gdy odruchowo odwróciła głowę, zobaczyła tuż przy sobie cień, w którym zaczynał rysować się zarys drugiej sylwetki, wynurzającej się z czarnego lustra bez najmniejszego plusku.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?