Did You Know?

Szept z fantomu


Szept z fantomu
Stary gmach Katedry Stomatologii pachniał parą, eukaliptusem i metalem. Noc była cicha, tak cicha, że nawet kropla wody spadająca z końcówki turbiny brzmiała jak uderzenie w pusty kielich. Maja weszła do pracowni higieny jamy ustnej, włączając tylko jedną lampę nad biurkiem. Korytarz rozciągał się za jej plecami jak długi język budynku, który zasnął, ale nie przestał słuchać. Niosła plecak, kubek z chłodną już szałwią i książkę do egzaminu z profilaktyki. Była na trzecim roku. Znała już zapach chlorheksydyny, szelest rękawiczek, matowy połysk płytek na fantomach. A jednak nocne dyżury miały w sobie coś szczególnego – szept filtrów w unitach, jednostajny szum kompresora w piwnicy, echo własnych kroków odbite od ceramiki. Na tablicy pod oprawionym dyplomem dr Wilka ktoś zostawił starą kartkę: „Nigdy nie myl siły ze starannością”. Maja uśmiechnęła się pod nosem. Miękki włosie szczoteczki – o to chodziło. Ktoś kiedyś dodał na marginesie długopisem: „Dwie minuty mają znaczenie”. Przesunęła palcem po dopisku, jakby sprawdzała, czy tusz już dawno wysechł. Zanim zaczęła pracę nad sprawozdaniem z biofilmu, poszła do zaplecza. Mycie zębów o 23:40 było jej małą, upartą rutyną, kotwicą w morzu zadań. Nacisnęła główkę miękkiej szczoteczki, wycisnęła pastę z fluorkiem i włączyła minutnik. Okrężne ruchy, dwie górne ćwiartki, potem dwie dolne. Naciskała delikatnie, czuła, jak piana z miętą rozprasza się po podniebieniu. Potem nić – sunęła ostrożnie między zębami, literka „C” wokół każdego kontaktu. Nie bolej, tylko dokładnie, powtarzała sobie. Na koniec skrobaczka do języka, jeden, drugi delikatny przejazd. Wypluła, przepłukała jamę ustną wodą i poczuła, jak napięcie w karku puszcza odrobinę, jak odkręcona zbyt mocno pokrywka słoika. Gdy wróciła na salę fantomową, dostrzegła, że na jednym z pulpitów pali się lampka. Kto to zostawił? Lampki włączano zwykle rano, przy studentach. Fantomy – plastikowe głowy z akrylowymi zębami – stały na swoich stanowiskach, z ustami otwartymi jak do nieskończonego „aaa”. Położyła notatki i podeszła do włączonego stanowiska. Pulpit oznaczony był numerem 7. Maja włożyła rękawiczki i dmuchnęła na lusterko, by zetrzeć drobny pył. W świetle lampy widziała nawet drobinki powietrza osiadające na chromie. Głowa fantomu zdawała się nieco przekręcona. Gdy dotknęła policzka tworzywa, był zaskakująco ciepły, jakby ktoś pracował przed chwilą. – Kamil? – zawołała na wszelki wypadek, licząc, że ochroniarz znów przyszedł po cukierki z recepcji. Odpowiedziało jej tylko buczenie UV w szafce do dezynfekcji. Kamil pewnie miał obchód na innym piętrze. Maja wsunęła lusterko między akrylowe siekacze. W szczelinach na powierzchniach stycznych coś się błyszczało – jak delikatna mgiełka. Oczywiście, stare fluorescencyjne barwniki potrafiły świecić jeszcze przez jakiś czas, ale to… Drgnęła. Smuga była niezwykle równa, układała się w cienką, niemal kaligraficzną linię. Przesunęła sondą, delikatnie, bez nacisku. Linia nie zniknęła. – Czy ktoś cię krzywdził siłą, zamiast starannością? – mruknęła do fantomu, bardziej dla oswojenia ciszy niż z poczucia humoru. Sięgnęła po fluorescencyjną latarkę do barwienia płytki nazębnej. Przykryła lampę stanowiska, zgasiła główną i włączyła światło o chłodnym, fioletowym odcieniu. Fantom zaświecił delikatnymi pasmami – miejsca, gdzie zwykle osadza się biofilm, rozbłysły znajomą poświatą. Tyle że na siekaczach i kłach pasma układały się w coś, co przypominało wzór, nie przypadek. Jakby ktoś prowadził nić przez usta z precyzją zegarmistrza, zostawiając intencjonalne ślady. Na lustrze wiszącym obok pulpitu ktoś przedtem wypisał markerem szkoleniowe hasła. Maja znała je na pamięć: „Dwie minuty”, „Miękka szczoteczka”, „Czyść język”, „Używaj nici”. Tego wieczoru, obok ostatniego, dostrzegła nowy dopisek, drobny, równy: „Słuchaj uważnie”. Przysunęła ucho bliżej fantomu. Dźwięk? Przez moment miała wrażenie, że słyszy coś więcej niż szum w uszach. Cieniutkie brzęczenie, jak skrzydła komara, jak zbyt odległy sygnał ultradźwiękowego skaleru. Nie, to śmieszne – urządzenia były wyłączone z sieci. Spojrzała na listwę. Kontrolki gasły błękitnym okiem. Wszystko było martwe jak podręcznik w wakacje. Wtedy zobaczyła nić. Leżała na podłodze, wąska ścieżka białego połysku, jakby ktoś przeciągnął nić dentystyczną przez całą salę, zostawiając ją na zimnych płytkach. Zaczynała się przy stanowisku 7, biegła zygzakiem między taboretami, znikała pod drzwiami do sterylizacji. – Serio? – westchnęła, choć serce przyspieszyło. Wzięła latarkę czołową, założyła okulary ochronne – nawyk. Choć czuła się głupio, bez pacjenta, bez asistenta, w nocy. Otworzyła drzwi do sterylizatorni. Powitał ją chłód kafelków i zapach płynu do mycia narzędzi, ostry jak pieprz w nosie. Na półkach stały kasety, tacki z kleszczami, pęsety o listkach tak delikatnych, że przypominały srebrne motyle. Autoklaw na drugim końcu pomieszczenia migotał diodą – chociaż, jak pamiętała, przed wyjściem asystentki wyłączyły go z gniazdka. Nić wlokła się aż do niego, zatrzymując się przy drzwiczkach urządzenia. Maja przykucnęła. Nylon błyszczał jak włos. Przyłożyła palec w rękawiczce, dotykając końcówki – była chłodna, sucha. Zerknęła na przewód. Wtyczka autoklawu leżała na ziemi, wygięta w smutne „U”. A jednak wyświetlacz migał: 121°C, czas: 00:07. – To niemożliwe – szepnęła, choć słowo „niemożliwe” zwykle omijała w tej pracy szerokim łukiem. Sięgnęła do kieszeni po telefon. Napisała do Kamila: „Hej, czy ktoś z was bawi się gniazdkami? Autoklaw pokazuje, że działa, a jest wyłączony.” Kropka mrugnęła, potem druga. „Zaraz wpadnę. Pewnie czujnik. Nie dotykaj.” Nie dotykaj. Wyraz w wiadomości nakładał się na wyraz w głowie. I na to brzęczenie, które znów poczuła bardziej niż usłyszała. Odwróciła się – za szybą do sali fantomowej rzędy głów nadal stały w bezruchu, lecz przez moment przysiągłaby, że numer 7 był obrócony odrobinę bardziej w jej stronę, jak ktoś, kto stara się usłyszeć szept zza ściany. Skupiła wzrok na drzwiczkach autoklawu. Na stalowej powierzchni odcisnęły się jej własne kontury – postać w białym fartuchu, czołówka jak półksiężyc na czole, rękawiczki z cienkiej gumy. A tuż nad jej odbiciem, jak oddech na lustrze, pojawił się okrągły ślad. Mgła? Para? Ale przecież w środku nie mogło być wilgoci, skoro urządzenie nie pracowało. Włączyła w telefonie minutnik na dwie minuty – odruch, który ją uspokajał nawet wtedy, gdy nie myła zębów. Dwie minuty znaczą spokój. Dwie minuty na decyzję. Słupki sekund przesuwały się jak koraliki różańca. – Okej – szepnęła do siebie. – Sprawdzimy tylko, czy to nie luźny panel. Nie otwieramy, dopóki Kamil nie przyjdzie. Tylko dotyk uchwytu. Tylko dotyk. Gdy zbliżyła dłoń do chłodnego metalu, zza drzwi głównej sali dobiegł dźwięk jak cichy przechył wody w kubku – ten, który słyszy się, gdy płuczemy usta i przechylamy głowę nad umywalką. Potem spłynęło po kafelkach delikatne „sssss”, jakby włączył się ssak chirurgiczny na minimalnych obrotach. Maja odwróciła głowę. W świetle przez szybę zobaczyła, że na lustrze przy stanowisku 7 pojawił się świeży, wilgotny napis, jakby wytrawiony w parze nowym, równym pismem: „Nie siłą”. Słupki na minutniku zatrzymały się na 00:59. Jej palce dotknęły chłodnego uchwytu autoklawu. W tej samej chwili zza ściany wybiegł cieniutki, ledwo wyczuwalny szept, który nie był telefonem ani kompresorem, i który znamionowała dziwnie znajoma nuta – jak syk pasty, gdy wyciskasz ją na szczoteczkę: – Nie dotykaj.


Author of this ending:

Age category: 18+ years
Publication date:
Times read: 33
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.