Szept spod sceny
Kurz na starej scenie pachniał tak, jakby ktoś rozsypał po nim wspomnienia: odrobinę kredy, odrobinę potu, odrobinę przetartego aksamitu. Siedziałam na krawędzi podestu z kolanami podciągniętymi pod brodę i patrzyłam, jak niebieska farba wysycha na tle, które miało udawać nocne niebo. W górze, wysoko ponad moją głową, lampy sceniczne mrugały leniwie, jakby zasypiały razem z resztą szkoły.
— Jeszcze gwiazdy i będzie idealnie — stwierdził Mikołaj, siadł obok i podał mi pędzel. — Tylko nie zrób ich za równych. Noc nie ma linijki.
Zaśmiałam się, choć śmiech wyszedł mi trochę nerwowo. Ostatnio wszystko we mnie było trochę nerwowe: ruchy rąk, oddech, nawet myśli. Farba to wyciszała, wystarczyło wmieszać w siebie kobalt, czerń i odrobinę srebra. Chciałam, żeby to tło było czymś więcej niż dekoracją do „Balladyny”. Chciałam, żeby było moim oddechem, którego nikt nie zadepta w przerwie spektaklu.
— Może jeszcze smugę mlecznej drogi? — zapytałam. — Taką, wiesz, rozmytą.
— Pani Horos cię po rękach pocałuje — Mikołaj wskazał na telefon. — Ale napisała, żebyś pamiętała zamknąć magazyn. „Jutro ekipa od renowacji zdejmuje kutynę” — przeczytał na głos i zająknął się na słowie. — Kurtynę, znaczy.
Poprawiłam mu czapkę na karku, jak zawsze, gdy zaczynał się jąkać. Lubiłam w nim to, że nie udawał, kiedy coś nie idzie. A we mnie było dużo udawania. Był wrzesień, a ja ciągle zachowywałam się, jakby wakacje miały trwać, jakbym zaraz miała dostać SMS od taty: „Wracam wcześniej”. Nie wysłał takiego od czerwca.
Przesunęłam pędzlem wzdłuż czarnej krawędzi i wtedy zobaczyłam to pierwszy raz: na desce, przy samym progu kulisy, ktoś nożykiem zahaczył o drewno litery. Nie były nowe, zamknięte w nich brzmienia miały pył wielu lat, ale układały się w coś, czego szukam od miesięcy. Palce pobiegły mi po gładkich wgłębieniach, zanim zdążyłam pomyśleć.
„NIC SIĘ NIE BÓJ, ŁATO.”
— Miki — powiedziałam bardzo cicho. — Patrz.
Pochylił się. — Kto to jest Łata?
Serce zrobiło mi dwie przewrotki, jakbym nagle spadła z oparcia krzesła. „Łata” to było imię, które wymyślił tata, kiedy składał moje potłuczone Lego w całość i mówił, że człowiek też może się poskładać. Nikt poza nim tak na mnie nie mówił. Nigdy. Nawet mama tego nie lubiła.
— Pseudonim — odpowiedziałam szybko, brzuch ścisnął mi się w twardą kulę. — Z obozu plastycznego. Dobre, co? — Nie był. Kłamałam. I nawet słyszałam, jak kłamstwo wisi w powietrzu, jak zbyt gęsty zapach żywicy.
Mikołaj nie drążył. Od niego biła cierpliwość, taka, która nie ocenia. Wrócił do czytania tekstu i udawał szlachcica w turbanie, a ja ocierałam palcami ostre końcówki liter, jakbym chciała się nimi zranić, żeby sprawdzić, czy to wszystko jest naprawdę.
Światło w auli przygasło, aż zostały tylko obwódki neonów nad wyjściami. Wyłączyłam lampy przy sztankietach, upewniłam się, że farby są szczelnie zakręcone, i razem z Mikołajem zamknęliśmy magazyn. Klucz do auli wsunęłam do kieszeni bluzy. Przed wyjściem jeszcze raz zerknęłam na podest. Litery w półmroku wydawały się głębsze. Jakby drewno oddychało.
W domu było pusto i za cicho. Mama wydzwaniała z pracy, jak zwykle, pytając, czy jadłam, czy odrobiłam, czy pamiętam, żeby wyrzucić śmieci. Tata napisał krótkie: „Dziś długo, dobrana”, i przez tę literówkę zrobiło mi się miękko i źle jednocześnie. Kiedy łzy zaczynały łaskotać, zwykle chodziłam pod prysznic i puszczałam wodę tak gorącą, że para wypełniała wszystko, nawet to, co bolało. Dziś woda nie pomogła.
Wtedy przyszła wiadomość głosowa. Ikonka migotała, jakby chciała mnie skusić. Otworzyłam ją i poczułam, jak serce wykonuje trzecią przewrotkę. W słuchawce skrzypnęło drewno, coś metalowego zadźwięczało jak echo, a potem głos powiedział: „Nic się nie bój, Łato”.
Przez ułamek sekundy pomyślałam, że to tata. Ten tembr, to zawahanie na „nic”. Ale zaraz potem usłyszałam oddech inny, krótszy, młodszy? A może to ja sobie wszystko dopowiadam. Chciałam odpisać: „Kto tam?”, ale palce zdrętwiały.
Spojrzałam na godzinę. 19:42. Aula powinna być już zamknięta. Pani Horos zostawiła mi klucz, żebym rano wcześniej weszła. W uszach dźwięczało mi: „Nic się nie bój”. Ironia ze mnie buchnęła na tyle, że parsknęłam, ale trochę to brzmiało jak szloch.
Napisałam do Mikołaja: „Słuchaj, muszę coś sprawdzić. Pójdziesz ze mną?”
Odpisał od razu: „Z kim jak nie z tobą”.
Szkoła nocą jest innym zwierzęciem. Korytarze wydają własne dźwięki, jakieś przeciągi, jakieś stuknięcia, a każdy plakat o bezpieczeństwie patrzy jak z krzywego kąta. Kiedy weszliśmy do auli, nie zapaliłam górnego światła. Wystarczyły zielone punkty wyjść, jedna lampa nad bocznym balkonem i miękkie światło telefonów.
— To tu? — Mikołaj mówił półgłosem, jak w kościele.
— Tu — odpowiedziałam płasko, bo inaczej głos drgnąłby za bardzo. — Dostałam wiadomość. Nie wiem od kogo. Brzmiało… — Urwałam. Nie mogłam tego wypowiedzieć na głos, bo brzmienie litery „t” w „tata” stało mi w gardle jak pestka śliwki.
Szliśmy po cichu, jakbyśmy bali się obudzić kulisy. Deski jęczały pod naszym ciężarem. Kiedy doszliśmy do napisu, uklękłam i znów przesunęłam palcem po literach. Były zimne, jakby ktoś je dopiero co wyrzeźbił, choć przecież miałam je pod palcami kilka godzin temu i nie były takie.
— Słyszysz? — szepnęłam.
Spojrzeliśmy na siebie. Na pierwszy rzut ucha: nic. A potem — jakby spod sceny ktoś przeciągnął ręką po żelazie. Jeden, nieśmiały zgrzyt. Wyobraźnia mi się nakręciła, zaczęła podsuwać obrazy rąk, które czegoś szukają w ciemności. Przełknęłam ślinę.
— Jest tam właz — powiedział Mikołaj, jakby dopiero sobie przypomniał. — Sprzęt oświetleniowy trzymali kiedyś w piwniczce. Nigdy nie zaglądaliśmy.
Wsunął palce pod deski przy kulisie i rzeczywiście, w świetle telefonu zobaczyliśmy delikatny zarys prostokąta. Po środku tkwił żelazny pierścień, przyciśnięty do drewna tak mocno, że zostawił w nim półokrągły ślad. Pomyślałam, że jeśli go podniosę, coś się zmieni. Nie wiedziałam jeszcze co, ale czułam to jak drżenie pod skórą.
— Może nie powinniśmy — mruknęłam, sama nie wiedząc, czy chcę, by mnie zatrzymał. Strach i ciekawość zaczęły we mnie przeciągać linę.
— Pani Horos kazała sprawdzić farby — przypomniał Mikołaj, a w jego głosie usłyszałam ciepły żart. — Sprawdzimy też… klimat.
Złapałam pierścień. Zimno metalu przeszło mi w rękę aż do łokcia. Kiedy pociągnęłam, drewno najpierw zaprotestowało krótkim „łup”, a potem puściło. Z wnętrza buchnęło powietrze — nie zapach stęchlizny, jakiego się spodziewałam, tylko coś świeżego, wilgotnego, jak z lasu po deszczu. Poczułam igliwie. I ciszę, która nie była pusta, raczej napięta, jakby ktoś wstrzymywał oddech razem z nami.
— Halo? — zajrzałam w ciemność. — Jest tam kto?
Zamiast odpowiedzi usłyszeliśmy trzask, jakby coś małego pękło pod czyimś butem. Światło mojego telefonu tańczyło po schodkach schodzących w dół. Były wąskie, drewniane, prowadziły pod scenę. W pierwszym odruchu cofnęłam się pół kroku, ale wtedy usłyszałam szept. Nie był głośny. Nie był też obcy.
— Lena?
Głos zatrzymał mi serce na równi z oddechem. Znałam tę barwę, te dwa niepewne centymetry na początku imienia, jakby ktoś niemal nie miał odwagi go wypowiedzieć. Mikołaj chwycił mnie za rękaw. Palce miał ciepłe, a ja miałam wrażenie, że zamieniam się w śnieg.
— Słyszałeś? — wyszeptałam.
— Słyszałem — powiedział, a jego oczy w half-light wyglądały na większe niż zwykle. — Jeśli zejdziesz, to razem.
Zamilkliśmy. Z głębi znów poruszyło się powietrze. Na krawędzi włazu drżała nicią pajęczyna, jakby prąd przeszedł po jedwabiu. Ścisnęłam żelazny pierścień tak mocno, że paznokcie mnie zabolały, i zaczęłam opuszczać stopę na pierwszy schodek, kiedy…
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?