Did You Know?

Szept pod korzeniami


Szept pod korzeniami
Kiedy przyjechałam do Babci Zofii na skraj Czarnego Boru, myślałam, że największą atrakcją będą komary i zasięg, który znikał szybciej niż mgła nad bagnem. Dom babci stał jak łódź na zielonym morzu – drewniany, pachnący smołą i lipowym miodem, przycupnięty pod starymi lipami. Na strychu dzwoniły wiatrem gliniane dzwonki, a pod progiem spał pies o oczach jak bursztyny. „Zasięg to ci się nie przyda” – mruknęła Babcia Zofia, kiedy po raz trzeci uniosłam telefon pod lampę, jakby to miało coś zmienić. „Tu się słucha, nie patrzy. W borze słowa robią więcej niż obrazki.” Zofia była szeptuchą i w wiosce mówiło się, że zna słowa, które potrafią grzać jak ogień i chłodzić jak woda. Ludzie przychodzili do niej z bólem ucha, z guzem na łokciu albo z czymś, czego nie dało się nazwać, i wracali lżejsi. Miałam piętnaście lat, nosiłam czarne trampki i uważałam, że wiem, jak działa świat. A jednak ten dom pachniał tak, jakby był starszy niż moje mądre argumenty. W strychowej skrzyni, między pękami suszonej mięty i przeszłorocznych gałązek jałowca, znaleźliśmy ze Staszkiem zielnik. Liście paproci były w nim tak równo przyciśnięte, jakby pamiętały każdą noc, nad którą czuwały. Na ostatniej stronie tkwił włożony suchy, czerwonawy liść klonu i kartka z niestarannym, pochylonym pismem: „Pod Korzeniami. Znak Peruna.” Ktoś dorysował obok liniami jak promieniami prosty symbol: koło z krzyżem. „Widzisz?” – szepnął Staszek, mój czternastoletni kuzyn o twarzy posypanej piegami. – „Mama mówiła, że w borze jest kurhan. A przy nim – dąb tak duży, że można w nim mieszkać. Może to to?” „Babcia nas zabije” – odparłam z przyzwyczajenia. W tej wsi to było prawie zaklęcie. „Babcia nas nie zabije, babcia wie. Ale powie ci rzeczy, które sprawią, że sama nie będziesz chciała tam iść” – powiedział, unosząc brwi. Wieczorem, kiedy słońce zgubiło ostatnią iskrę w szuwarach, zebrało się w tym domu więcej cieni niż zwykle. Zofia wyjęła z pieca chleb i narysowała nad bochnem znak krzyża. A kiedy usiedliśmy z pajdami przy stole, powiedziała to, co tu mówią wszyscy od pokoleń: „Nie gwiżdż po zmroku, bo wezwiessz, co nie trzeba. Nie rzucaj chleba za siebie, bo nie wiesz, komu dasz. I jeśli pójdziesz do Czarnego Boru – a wiem, że pójdziesz – nie mów głośno swego imienia. Leszy lubi zabierać to, co głośno brzmi.” „A jeśli ktoś zawoła?” – zapytał Staszek z udawaną beztroską. „Nie odwracaj się. Kto cię kocha, stanie obok. Kto cię chce, będzie stał za plecami.” Śmiałam się, ale śmiech ugrzązł mi gdzieś między zębami. W nocy, kiedy słychać było uderzenia kropel o parapet, a pies westchnął przez sen jak stary człowiek, raz mi się zdawało, że ktoś przesuwa dłonią po ścianie. Może to mysz. Może wiatr. Nazajutrz, zamiast leżeć na trawie i udawać, że patrzymy w niebo, poszliśmy. Staszek wcisnął do kieszeni czerwoną wełnę – „dla szczęścia” – i latarkę, choć słońce stało jeszcze wysoko. Ja wzięłam zielnik z kartką. Ścieżka pod sosnami pachniała żywicą, igły skrzypiały jak drobne szkło, a drobinki światła tańczyły w powietrzu, jakby leśne powietrze miało własny taniec. Czarny Bór nie był czarny, tylko zielony aż do bólu. Pień przy pniu, mech miękki jak głos babci, paprocie jak wachlarze. Czasem pod stopą ustępował piach i ukazywało się coś brunatnego – wilgotna ziemia, w której rośliny trzymały swoje stare opowieści. Przeszliśmy obok barci – w wydrążonym pniu pszczoły miały swój dom; syczały cicho, jakby witały nas niechętnie. Dalej, na skraju mokradła, stanęliśmy przy kamieniu nagryzionym przez porosty. Na nim ktoś dawno temu wykuł twarz – bez oczu, tylko dwie puste jamy, i nos jak rysa. „Pruska baba” – powiedział Staszek szeptem. – „Mama mówiła, że stoją tu, odkąd świat udaje świat.” „Znak Peruna” – przypomniałam, a krzyżyk w kole na kartce w zielniku wyglądał nagle zbyt prosty, zbyt ludzki, by cokolwiek wyjaśniać. Im głębiej szliśmy, tym ciszej robiło się w lesie. Nawet wiatr jakby nie miał tu odwagi. Ptaki latały wyżej, poza nasze myśli. Kiedy ścieżka rozdzieliła się na dwie jak widelec, Staszek obwiązał młodą brzózkę czerwoną wełną. „Żeby wrócić” – mruknął. Zielnik, w którym wciąż tkwiła kartka, drżał mi w dłoniach. Nie z zimna, tylko z tej dziwnej trwogi, którą czuje się czasem w bibliotece, gdy wszystkie książki nagle przestają być tylko książkami. Kurhan znaleźliśmy nie dlatego, że był wielki, tylko dlatego, że był nienaturalnie równy. Wśród falujących pagórków nagle leżało coś, co przypominało oddech zatrzymany w połowie. Trzy dęby rosły na nim jak strażnicy. Jeden był martwy – biały jak kość, z korą odchodzącą płatami. Drugi – dziuplasty, z korzeniami rozłożonymi szeroko jak palce. Trzeci – potężny, porośnięty mchem tak grubym, że mógłby służyć za koc. „Pod korzeniami” – powiedział Staszek, a jego głos wpadł w ciszę i został tam, jak wrzucony kamień. Zeszliśmy ze ścieżki. Chwasty sięgały nam po kolana, a kolce jeżyn łapały za nogawki jak za przybyszów. Przy dębie o najgrubszych korzeniach ziemia opadała lekko ku pniu, jakby ktoś kiedyś wybierał stamtąd garściami ziemię i zostawił jamę. Obok leżało coś jak próchniejąca, drewniana skrzynia, ale gdy dotknęłam, rozsypało się jak chleb, który za długo leżał pod chustą. W cieniu korzeni było zimniej, choć słońce paliło kark. Pachniało wilgocią i czymś gorzkawym, jak piołun. Na spągu – gdzie ziemia przestaje być ziemią, a zaczyna być tylko cieniem – mignął mi drobny przedmiot. Podniosłam go i okazało się, że trzymam w dłoni stare wrzeciono. Gładkie jak woda, ciemne jak noc, z zatkniętą przy końcu maleńką, wyschniętą jagodą jarzębiny. „Serio?” – syknęłam. – „Wrzeciono?” „Tu babcie lubią tkać” – prychnął Staszek, a potem spoważniał, bo pod stopą zaszurało mu coś miękko. Nachylił się. – „Patrz.” W zagłębieniu między korzeniami ktoś wyrył znak. Nie był doskonały jak ten w zielniku, raczej drapiący, jakby ryty nożem z miękkiego drewna. Koło przecięte krzyżem. A wokół, jak promienie, krótkie kreski. Nie wiedzieliśmy, czy kpi z nas przeszłość, czy tylko kiwnęła nam palcem. „Czujesz?” – zapytał nagle Staszek. I dopiero wtedy poczułam. Ziemia oddychała. Nie jak potwór w filmie, nie teatralnie. Tak zwyczajnie – raz ciepło, raz chłodniej, raz bliżej, raz dalej. Jakby pod tym całym mchem ktoś słuchał, czy też potrafimy słuchać. „Może jest tu źródło” – wyszeptałam, choć nie słyszałam plusku. Tylko szept. Taki, który wydaje się najpierw własną myślą, a dopiero później cudzym głosem. „Nie mów imienia” – przypomniał Staszek, jakby powietrze samo mu kazało. Schowałam wrzeciono do kieszeni, choć coś we mnie krzyczało, że to nie jest dobry pomysł. Odgarnęliśmy mchy, odsłaniając więcej żłobień. Zamiast liter – znaki, które przypominały gałęzie, rzeki i błyskawice. Powietrze podniosło mi włosy na karku. I wtedy usłyszeliśmy to po raz pierwszy. „Le...” – rozległo się z głębi, tak cicho, jakby dąb nauczył się mówić dopiero wczoraj. Złapałam Staszka za rękaw i wbiłam paznokcie tak mocno, że aż syknął. „Słyszałeś?” – moje usta poruszały się, ale nie byłam pewna, czy to ja mówię. „Słyszałem. Ale... to może wiatr.” Wiatr nie znał mojej litery. Ten głos znał. „Le...” – powtórzył, już wyraźniej, jak ktoś, kto bawi się smakiem słowa. Babcia mówiła: nie odwracaj się. Tyle że nie było się od czego odwracać. Głos płynął spod ziemi, z korzeni, z drewna. Z czegoś, co powinno być martwe, a było tylko bardzo, bardzo stare. „Nie odpowiadaj” – wymamrotał Staszek. – „Niech sobie gada.” „St...” – przeciągnęło, tym razem w inną stronę. Więc jednak słyszał nas oboje. Poczułam, jak palce u stóp napinają się w butach. Przez sekundę śmieszne rzeczy wydają się rozsądne – jak schowanie się pod kurtką przed poranną kontrolą biletów. Wcisnęłam dłonie w kieszenie i dotknęłam wrzeciona. Było ciepłe. Nie tak jak drewno ogrzane słońcem, tylko jak coś, co oddaje własne ciepło. „Chodźmy” – powiedziałam. – „Zostawmy to. Powiemy babci.” „Już myślisz jak dorosła” – skrzywił się Staszek, ale nie brzmiało to jak kpina. Bardziej jak strach ubrany w ironię. Zrobiłam krok w tył. Mech zapadł się miękko, jak kołdra. Z rogu oka zobaczyłam coś białego, jak pasek kory, co poruszył się jak palec. Nogi miałam ciężkie, jakbym i ja zapuściła korzenie. Wtedy z daleka, od strony wsi, doleciał cienki dźwięk dzwonków. Glina na strychu? Czy wiatr zawadził o Babcię Zofię? Przez sekundę chciałam krzyknąć: „Babciu?” i połknęłam słowo, bo w środku usłyszałam wyraźniej niż kiedyś cokolwiek: „Nie mów imienia.” „Le-na” – powiedział ktoś już tak czysto, jakby latami czekał, by połączyć te dwie sylaby. Nie wiatr. Nie ziemia. Czyjś głos, w którym było i trzeszczenie sopla, i szelest sierpniowych traw. „Sta-szek.” „Kto tam?” – wyrwało się Staszkowi, i zaraz zakrył usta dłonią, jakby mógł wcisnąć słowo z powrotem. Z mroku pod korzeniami powiał chłód, nieprzyjemny w sierpniową porę. I coś poruszyło się w cieniu. Najpierw zobaczyłam jedną kreskę światła – może słońce odbiło się w kropli? Potem drugą – jak oczy. Ale to nie były oczy. To była żywica, stara, bursztynowa, która nagle rozjarzyła się od środka. „Leno...” – rozległo się tym razem już nie z dołu, tylko z boku. Zza nas. Nie odwracaj się. Serce tak głośno biło mi w uszach, że zapomniałam, jak oddychać. Czułam, jak Staszek sztywnieje, jak powietrze gęstnieje. Zapach mchu był nagle słodki jak przejrzałe jabłko. I wtedy liście poruszyły się bez wiatru, a korzeń, na którym opierałam piętę, drgnął, jakby ktoś pod spodem przyłożył do niego dłoń. „Leno” – to słowo teraz przyszło z dwóch stron naraz, jak echo, które już nie było echem. A potem z cienia wysunęła się dłoń – nie ludzka, cała z kory i mchu, smukła i twarda – oraz coś, co przypominało poroże obrosłe zielonymi niciami. Głos, który znał nasze imiona, zrobił krok bliżej.


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 30
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.