Szept na taśmie
Gdy wracam z próby chóru, listopadowy wiatr wlecze liście po chodniku jak pogubione myśli. Latarnie mrugają nad ulicą B. jakby były zmęczone, a ja staram się oddychać równomiernie, bo miętowy zapach z sali prób – ulubione gumy Pani Jagody – wciąż krąży mi w głowie razem z nutami. Za trzy dni mamy koncert i niby wszystko jest gotowe, a jednak czuję, jakby wewnątrz mnie ktoś włączał i wyłączał światło.
Mama zostawiła mi wiadomość na kartce przy lustrze w przedpokoju: „Zupa na kuchence. Wracam późno. Powodzenia na próbie, Leno”. Jej literki są pochyłe, jakby się śpieszyły. Zrzucam plecak w kąt i dopiero wtedy zauważam kopertę wsuniętą pod drzwi. Żółtą, taką starych bibliotek. Na wierzchu – drukowanymi, sztywnymi literami: „DLA LENY – OTWÓRZ DZIŚ”.
Serce podskakuje mi do gardła, ale rozsądek próbuje żartować: osiedlowy prank. Mikołaj, bo ma poczucie humoru jak ktoś, kto codziennie rano pije czarną kawę i patrzy światu prosto w oczy. Tylko że Mikołaj nie używa kopert, Mikołaj wysyła memy o trzeciej w nocy.
Ostrożnie rozrywam papier. W środku leży kaseta. Prawdziwa, plastikowa, z przezroczystą obudową i śrubkami jak maleńkie oczy. Na papierowej wkładce jedno słowo długopisem: „Dzisiaj”.
Przez chwilę tylko wpatruję się w taśmę, jakbym mogła zobaczyć, co w niej siedzi. Błysk policzka na okładce, jakieś paznokcie, czyjś śmiech? W moim mieszkaniu nie ma już nic, co mogłoby to odtworzyć. Magnetofon zniknął razem z rokującym porządkiem w naszym domu mniej więcej wtedy, gdy tata postanowił wymyślić dla siebie życie na nowo.
Nie wiem, kiedy wybieram numer. Dłonie mam zimne, głos plącze się między pierwszą a drugą nutą „Śniegu, który spadł jak szept”, naszego koncertowego hitu.
– Halo? – Mikołaj odbiera po dwóch sygnałach. – Jeśli to o tym, że przestawili nam altówkę, to jestem niewinny.
– Mam… kasetę. W kopercie. Pod drzwiami. – Słyszę, jak to brzmi. Dziwnie i trochę jak z opowieści mojej babci.
– Kasetę? – W jego głosie pojawia się zainteresowanie z gatunku tych, które pcha go do grania w zespole i czytania instrukcji obsługi analogowego aparatu. – Masz dwie opcje: ignorujesz i jesz zupę, albo idziemy ją odtworzyć.
– Gdzie?
– Szkolne radio. Studio jest otwarte przed „Nocą Słów”. Tam jeszcze trzymają sprzęt. Mogę być za dwadzieścia minut. – Chwila ciszy. – Lena, oddychaj, dobra?
Chyba zapominam o tym oddechu częściej niż powinnam. Wciągam buty, chowam kasetę do kieszeni kurtki. Zupa zostaje na kuchence, pachnąc tym, co zwykle – marchewką, tymiankiem i troską, której nie zawsze potrafię przyjąć.
Szkoła o tej porze wieczoru jest jak scenografia. Korytarze pachną farbą i mandarinkami, bo ktoś rozłupał skórkę przy automacie z wodą. W świetlicy dekorują baner: „Noc Wolnego Słowa”. Przy scenie w auli próbują światła – plamy barw przesuwają się po kurtynie jak oddechy meduz. Przeciskam się przez grupę pierwszaków, którzy debatują, czy wiersz bez rymów to jeszcze wiersz.
Mikołaj stoi pod drzwiami szkolnego radia, w dżinsowej kurtce i czapce, której kulka wygląda jak planeta. Gdy mnie widzi, unosi brew.
– Pokaż.
Wyciągam kasetę. Bierze ją ostrożnie, jak coś znalezionego w dawnej szufladzie. Wskazuje na napis.
– „Dzisiaj”. To jest albo bardzo romantyczne, albo bardzo dziwne.
– Romantyczne? Serio?
– Dziwne. – Uśmiecha się jednym kącikiem. – Chodź.
W studio pachnie kurzem, kawą i chwilami, w których ktoś włącza „Rec”. Stary magnetofon stoi na półce, ciężki i pewny siebie jak maszyna do szycia prababci. Mikołaj podłącza go do miksera, a ja obserwuję, jak jego palce poruszają się po pokrętłach z czułością, której w sobie nie znałam.
– Gotowa? – pyta.
– Nie wiem. – Szepczę to do własnych rąk, ale odpowiada mi głowa w głośniku: regularny, cichy szum taśmy, jak deszcz za oknem.
Mikołaj naciska „Play”.
Przez kilka sekund słychać tylko to: szum, drobne trzaski, coś jak przesunięcie długopisu po biurku. A potem głos. Kobiecy, niski, znany i obcy jednocześnie. Nuci melodię, którą mama śpiewała mi przez sen, kiedy miałam siedem lat i bałam się ciemnych kątów. Nuci ją inaczej, zawieszając niektóre dźwięki tak, że czuję je w żołądku.
– Okej… – Mikołaj patrzy na mnie znacząco, ale ja nie umiem odwzajemnić spojrzenia, bo sekundę później słyszę swój głos.
– „Nie zmieściłam się w twoich planach, więc się wysunęłam jak nitka z rękawa. Nie lubię siebie w świetle dziennym, kiedy trzeba mówić wszystko po kolei. Noc jest uczciwsza. Noc słucha” – mówi Lena z kasety, a ja mam ochotę krzyknąć, bo to są moje słowa. Mój wiersz z zeszłej nocy, taki jeszcze nieopierzony, zapisany w notesie, którego nikomu nie pokazuję.
Słucham siebie, ale mówię inaczej: równo, bez zawahań, jakby ktoś włożył mi w usta metr krawiecki i kazał uważać na każde centymetr. Głos kończy wiersz i robi się cicho. Przez ułamek sekundy myślę, że to tyle. Że ktoś podsłuchał albo znalazł mój notes, nagrał żart. Czuję, jak w środku mnie wzbiera coś gorącego i nieprzyjemnego, mieszanka wstydu i gniewu, które kłócą się o pierwszeństwo.
A potem na taśmie rozlega się szept: „Lena. Sala dwieście czternaście. Północ”.
Podnoszę wzrok na Mikołaja. Przygryza dolną wargę, jak zawsze, gdy coś obrabia w myślach.
– Kto ma dostęp do twoich tekstów? – pyta.
– Nikt. Notes trzymam w torbie, czasem pod poduszką. – Ostatnie słowo jakoś za bardzo brzmi dziecinnie, wolelibyśmy udawać doroślejszych niż jesteśmy. – W telefonie mam kod, a w chmurze nie zapisuję nic. Nie wiem, co to ma znaczyć.
– Możemy nie iść. – Mikołaj nie gra bohatera. Nie mówi: „Chodź, będzie ciekawie”. On mówi: „Możemy nie iść”. Ale w jego oczach widzę tę iskierkę, która zapala się tylko wtedy, gdy czuje, że coś jest ważne.
Nie wiem, co czuję. Trochę jak wtedy, gdy stoisz na krawędzi trampoliny i wiesz, że skok będzie albo najgorszą, albo najlepszą decyzją dnia. Palce dłoni drżą, choć staram się je uspokoić.
– Idziemy. – Słyszę, jak mój głos robi się niższy. – Nie będę się bała swojego głosu na taśmie.
Korytarze po dwudziestej trzeciej są inne. Echa odbijają się od ścian tak, jakby szkoła brała głęboki wdech. Światło w połowie wyłączone, zegar nad sekretariatem tyka za głośno. W jednej z klas ktoś zostawił kubek z herbatą, a obok niego kartkę: „Wrócę – H.”. Przypalony zapach lampy miesza się z czymś ziołowym – może krople do nosa, może czyjeś płynne odwaga.
Sala 214 jest na końcu długiego skrzydła, którego okna wychodzą na boisko. Gdy przechodzimy, widzę w trawie resztki konfetti z ostatniego meczu – białe kółka, które ktoś pewnie będzie tu znajdował jeszcze w maju.
– Masz to? – Mikołaj wskazuje głową na moją kieszeń.
– Kasetę? – Potwierdzam dotykiem. – Po co?
– Nie wiem. – Uśmiecha się bezradnie. – Może oni będą chcieli dowodu, że przyszłaś.
– Oni?
– Przestań. – Puszcza do mnie oko, ale ja tylko przewracam nim w środku. Nie lubię liczby mnogiej tam, gdzie wolałabym liczbę pojedynczą. Łatwiej się wtedy oddycha.
Do północy zostało pięć minut, kiedy stajemy pod drzwiami 214. Przez wąską szczelinę u dołu widać pasek światła. Czyli ktoś jest w środku. Ktoś, kto wie, jak nazywają mnie ci, którzy znają moją melodię oddechu, kiedy próbuję zasnąć.
Telefon wibruje w mojej kieszeni tak nagle, że prawie podskakuję. Nieznany numer. Wiadomość głosowa. Mikołaj robi pytające oczy. Przekazuję mu telefon; kiwa głową – podgłośnij – i włączam.
Najpierw milczenie. Potem ledwo słyszalne uderzenia, regularne i miarowe, jak krople wody… albo jak moje własne tętno nagrane mikrofonem przyłożonym do klatki piersiowej (robiłam tak kiedyś na biologii, śmiejąc się, że słyszę w sobie mały bębenek). Po trzech uderzeniach słychać cichy szept: „Lenka”. Tak mówił do mnie ktoś, kto od dawna nie jest w salonie naszego mieszkania ani w moich porannych planach.
Czuję, że skóra na karku mi cierpnie. Nie ze strachu z filmów o duchach, tylko z tego realnego, który siada na łopatkach, gdy przeszłość wyciąga rękę, a ty nie wiesz, czy ją uścisnąć.
– Słyszałeś? – pytam, choć widzę, jak Mikołaj blednie.
– Słyszałem. – Wyciąga dłoń i dotyka mojej ręki na sekundę, tak krótko, że to raczej mig niż przytulenie. – Nie musimy…
– Musimy. – Sama sobie się dziwię. – Nie mogę udawać, że tego nie było.
Z wnętrza sali 214 dobiega dźwięk przesuwanego krzesła. Światło pod drzwiami drga, jakby ktoś przechodził wte i wewte. Przystawiam ucho do drewna. Ktoś po drugiej stronie też przystaje. I wtedy słyszę oddech. Prawdziwy, bliski, z lekkim świstem, jakby nos był zatkany albo ktoś płakał wcześniej i teraz udaje, że to tylko przeziębienie.
Chłód klamki przechodzi na moje palce. Palec wskazujący sam odnajduje jej najmniejszą rysę – pamiętam ją z dziennych lekcji, kiedy wszyscy się śpieszą, a ja dotykam rzeczy, żeby nie odpaść od rzeczywistości. Liczę bezgłośnie: raz, dwa, trzy.
– Lena? – rozlega się po drugiej stronie. Głos, który znam. Nie tak, jak zna się piosenkę z radia. Tak, jak zna się pierwszy śnieg, smak herbaty z cytryną i to, co boli, kiedy dorasta.
Przez ułamek sekundy wszystko we mnie chce się cofnąć. Ale drugie „ja”, to uparte, które wypisuje słowa na marginesach, mówi „dalej”. Powietrze robi się gęste, światło pod drzwiami znów migocze, a ja zaciskam palce na klamce i zaczynam ją powoli, bardzo powoli naciskać
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?