Sygnał spoza orbity czasu
Lena Nowicka była najmłodszą radionaukowczynią na statku badawczym Orfeusz, krążącym przy brązowym karle. Wokół nich płynęła ciemność pełna zimnego pyłu, iskier jonów i cichych, równych pulsów. Na ekranie odbiornika śnieżyło, lecz Lena słyszała w tym śniegu więcej niż ciszę. Ich misja brzmiała skromnie: skatalogować stare latarnie grawitacyjne, od dawna wyłączone po pierwszej migracji. Kapitan Ilias lubił porządek, a Lena lubiła moment, gdy martwe urządzenia zaczynały coś opowiadać.
Tego dnia opowiadały aż nazbyt wyraźnie, bo z trzasków wyłonił się rytm jak bicie serca. Na analizatorze pojawił się ciąg obrazów: sinus, pauza, trzy krótkie, i znów cisza. — To nie jest przypadek — powiedziała Lena, przytłumiając głośniki, jakby słuchała czyjegoś szeptu. Komputer przypisał sygnał latarni numer Z-17, która według map od stu lat milczała. W metadanych widniał stempel czasu, absurdalny i chłodny: dwadzieścia dwie godziny w przyszłość.
— To żart? — zapytała na mostku Maja, nawigatorka, ściskając pasek fotela jak reling. Ilias uniósł brew, lecz kiwnął: latarnia rzeczywiście odpowiadała, a odpowiedź miała jeszcze jedną dziwność. Pakiet wstępny zawierał nagranie głosu, który zgiął Lenie kark i zimno wszedł pod skafander. To była ona, sprzed kilku chwil, mówiąca wyraźnie: «Nie wchodźcie przez główny właz, nie jesteśmy sami». Głos brzmiał identycznie, a jednak miał szelest, jak nagranie odbijane przez pustkę i kurz.
Decyzja zapadła szybko, choć nikt nie powiedział tego głośno; Orfeusz zbliżył się do Z-17 na manewr cumowania. Lena, Maja i robot zwiadowczy Klemens wsunęli się w śluzę, sprawdzając szczelności, linki i zawory. Za iluminatorem płatki lodu z pierścienia krążyły jak srebrne ryby, muskane oddechem silników manewrowych. Latarnia była mniejsza niż na schematach, jakby coś ją obgryzło, zostawiając blizny po uderzeniach mikrometeorytów. Główny właz świecił na czerwono, więc Maja poprowadziła ich do panelu serwisowego, pół ukrytego przy antenach.
Klemens wyciął cichy prostokąt kadłuba, a powietrze nie zasyczało, bo w środku nie było nic. Nic poza ciemnością i metalowym szkieletem, po którym płynęły drobne ładunki, jakby latarnia oddychała prądem. Lena wślizgnęła się pierwsza, czując, jak jej lina prowadząca nadąża za oddechem i zmianą tempa serca. W hełmie rozległ się znowu jej własny głos, tym razem ciszej, niemal ciepło: «Jeśli to słyszysz, skręć w prawo». Wzdłuż ścian wisiały znaczniki serwisowe z datą sprzed stulecia, lecz farba wyglądała na położoną dziś, jeszcze lekko wilgotną. Na końcu wąskiego korytarza coś błysnęło jak mokre oko, a wskaźnik czasu zaczął odliczać wstecz.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?