Świecące drzwiczki
W starej kamienicy przy ulicy Cichej deszcz stukał w parapety jak palcami w bębenek, a w kuchni pachniały pieczone jabłka. Babcia Hela rozlała herbatę z malinami i uśmiechnęła się do Leny i Bronka. Kot Guzik, czarny z białą łatką na nosie, krążył pod stołem jak mały cień.
Po kolacji babcia powiedziała: "Czas na piżamy, pranie zębów i do łóżek." Lena poprawiła dwie warkocze, Bronek naciągnął czerwone skarpety aż po kolana, a Guzik wskoczył na parapet i wlepiał oczy w sufit, jakby słuchał czegoś, czego ludzie nie słyszą.
Kiedy światła w mieszkaniu przygasły, korytarz zrobił się długi i miękki od cieni. Zegar tykał spokojnie, a z góry, spod klapy na strych, dobiegł cichy dźwięk: dzyń... dzyń... jak szklany dzwoneczek. Guzik nastroszył ogon. Lena i Bronek spojrzeli po sobie.
"Słyszałeś?" szepnęła Lena.
"Może to deszcz?" odszepnął Bronek, ale jego oczy świeciły bardziej niż lampka nocna.
Klapa na strych była tuż nad półką z butami. Lena sięgnęła po latarkę, tę błyszczącą, którą nosiła w plecaku na wszelki wypadek. Guzik już siedział na szafce, jak wartownik. Drugi dźwięk był wyraźniejszy: dzyń... i coś jak cichutkie puk, puk.
Schody na strych skrzypiały przy każdym kroku. Pachniało kurzem, pastą do podłogi i trochę jabłkami, jakby zapach z kuchni wspiął się razem z nimi. Latarka rysowała żółte plamki na ścianach. Mijali stare obrazy w złotych ramach: pana z brodą i panią w kapeluszu. Ich oczy wydawały się łagodne, ale Lena i tak ścisnęła mocniej dłoń Bronka.
Na strychu panował półmrok. Przez małe okienko wpadały cieniutkie paski księżycowego światła. W rogu stała rowerowa rama, dalej dwa kufry z naklejkami w kształcie palm. Kurz tańczył w powietrzu jak srebrne pyłki.
"Słuchaj" – powiedział Bronek tak cicho, że prawie bez dźwięku. Zza stosu pudeł dobiegło ich to samo dzyń, a potem... ledwo słyszalny szept wiatru, choć okno było zamknięte.
Przesunęli karton z napisem KAPELUSZE i ciężką walizkę w kratę. Za nimi, nisko przy podłodze, błyszczało coś jak obłędnie mały księżyc.
Były tam drzwiczki. Maleńkie, może wielkości pudełka po butach, z ciemnego drewna. Na ramie wycięto listki i jedną gwiazdę. Na środku widniał drobny, mosiężny uchwyt. Wokół futryny pulsowało delikatne światło, jakby ktoś za nimi trzymał latarnię owiniętą w szalik.
Guzik podszedł na palcach (kocie łapki też potrafią chodzić na palcach) i dotknął drzwiczek nosem. Z wnętrza dobiegło cichutkie: puk, puk, puk. Lena poczuła, że serce bije jej jak bębenek u harcerzy.
Na podłodze obok leżał kluczyk na czerwonej wstążce. Był chłodny i gładki, z główką w kształcie gwiazdki, takiej samej jak ta na ramie. Bronek podniósł go delikatnie, jakby to był ślimak. Wstążka drgnęła, choć nikt jej nie poruszył.
"Może..." zaczął Bronek, ale nie dokończył. Uchwycik drzwiczek poruszył się sam, bardzo powoli, jak kiedy porusza się wskazówka zegara. Lena spojrzała na kluczyk. Nagle zrobił się ciepły w jej dłoni, ciepły jak kamyk leżący na słońcu.
Dzyń. Puk. Puk. Puk.
Guzik mruknął ostrzegawczo i przykucnął, ogon zamienił mu się w puszystą szczotkę. Światło wokół futryny zamigotało, raz jaśniej, raz ciemniej, jak oddech.
"Lena..." szepnął Bronek, a jego głos był cieńszy niż nitka pajęczyny. "Otwieramy?"
Zanim Lena zdążyła odpowiedzieć, kluczyk w jej palcach sam obrócił się z miękkim klik, a drzwiczki uchyliły się na szerokość palca. Wąski pasek złocistego blasku wypełznął na podłogę, a zza szczeliny dobiegł dźwięk, jakiego jeszcze nie słyszeli...
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?