Did You Know?

Światło w sanatorium


Światło w sanatorium
Mgła wspinała się po zboczu jak leniwa rzeka, kiedy Lena zatrzymała samochód u stóp porośniętego świerkami wzgórza. Nad drzewami milczał gmach sanatorium Jutrzenka — rozległe, blade skrzydła z symetrycznymi oknami, które latem odbijały słońce, a zimą mróz. Od lat zamknięte, zawieszone jak zdanie bez kropki. — Mówiłam ci, że to będzie krótki wypad — mruknęła, wyłączając silnik. — Zrobimy parę zdjęć, porozmawiamy z panem Rochem, spiszemy parę akapitów i wracamy. Kacper uśmiechnął się szeroko, choć jego uśmiech zniknął w ciemności. — Jasne. A potem zjemy pizzę. O ile to miejsce nie postanowi nas zjeść pierwsze. — Bardzo śmieszne — odparła, ale i ją przeszła dreszcz. Pochodziła stąd. Jako dziecko biegała po bulwarze pod sanatorium, licząc kroki do popękanej fontanny z ceramicznym łabędziem. Wtedy Jutrzenka tętniła — w dymie mineralnych inhalacji brzmiały rozmowy kuracjuszy, na werandach trzaskały drewniane leżaki. Teraz, gdy w miasteczku gasły witryny, ktoś szeptał, że nocami w opuszczonych salach znowu świeci się światło. Pan Roch czekał na nich przy kutym ogrodzeniu. Nie nosił munduru, ale stary płaszcz i pęk kluczy na metalowym kółku mówiły wszystko. W dłoni miał latarkę, którą obracał niespokojnie. — Zdążyliście — powiedział cicho. — Dziś też widziałem. Najpierw okno na trzecim, potem na narożnym. Nie ma tu od lat przewodów, pani Leno. A i tak się żarzy. — Ktoś może bawi się agregatem — rzucił Kacper. — Albo... ktoś wymienił baterie w księżycu. Pan Roch nawet się nie uśmiechnął. — Agregat słychać. A tu cisza. I jeszcze jedno. Drzwi bywają otwarte. Choć ja zamykam. Zawsze. Przeszli przez bramę, skostniałe liście zaszurały jak papier. Przy wejściu głównym pękały płytki, a pod stopami trzeszczały zmarznięte igły. Lena uniosła głowę: kamienna tablica „Jutrzenka” była porysowana, ale litery wciąż tańczyły w świetle latarki. Pod nimi, na zmatowiałym szkle, ktoś zostawił odcisk dłoni. Świeży? Nie. Raczej stary pył zarysowany przypadkowym gestem. A może chciała w to wierzyć. — Nie będziemy ryzykować schodów — mruknął pan Roch, wsuwając klucz w ciężką kłódkę. — Nie ufam im po tylu latach. Trzymajcie się blisko. Zapach stęchlizny, jodu i wyschniętej żywicy uderzył ich po otwarciu drzwi. Hol był wysoki, a wszystkie dźwięki brzmiały w nim obco: kroki zwielały, szept robił się poważny. Po prawej wisiała tablica z planem: Oddział Balneologii, Sala Inhalacyjna, Gabinety Lekarskie, Pokoje Kuracyjne. Niżej rząd zegarów, każdy ustawiony na inną godzinę, każdy zatrzymany. Ten nad recepcją wskazywał 3:17. — Miałam tu kiedyś inhalacje — powiedziała Lena, sama nie wiedząc czemu. — Pachniało jak w wilgotnym lesie po burzy. — Teraz pachnie jak w wilgotnej piwnicy po przerwanej rzece — odparł Kacper, unosząc aparat. Migawka kliknęła jak ząb nienaoliwionego zamka. Przeszli przez hol do recepcji. Na blacie leżała księga pobytów, skórzana, brzegami spękana jak zimą gliniasta droga. Lena otworzyła ją ostrożnie. Sieć papieru zaskrzypiała. Ostatni wpis pogrubionym, wyćwiczonym pismem kończył się na roku 1995. Pod nim, na dolnym marginesie, widniała pojedyncza linia, drobniejsza. „S. Riedel — konsultacja”. Bez daty. Bez numeru pokoju. Czarny tusz jakby świeższy, nieco bardziej błyszczący. — Kto to? — zapytał Kacper, zaglądając jej przez ramię. — Lekarz? Albo ktoś, kto lubi dopisywać się w cudzych księgach — odparła. Nie chciała powiedzieć na głos, że nazwisko brzmi jak echo. Jak coś, co krąży w miasteczku od dawna. Z korytarza, którym zamierzali ruszyć w głąb, doleciało pojedyncze dźwięczenie. Nie głośne, raczej wstydliwe. Jakby ktoś delikatnie uderzył w klawisz fortepianu i natychmiast uciekł. Pan Roch znieruchomiał. — Słyszeliście? — spytał. Słyszeli. Drugi dźwięk, cichszy, spóźniony, zawisł w powietrzu. Lena poczuła, że skóra na karku marszczy się od zimna, choć nosiła szalik. — Tutaj nie ma już instrumentów — powiedział pan Roch, bardziej do siebie. — Wszystko wywieźli na początku dwutysięcznych. — Może wiatr. Rury. Cokolwiek — Kacper starał się brzmieć racjonalnie, ale ręka z aparatem lekko mu drżała. Ruszyli korytarzem. W świetle latarki migały piłujące ściany cienie, jakby ktoś za nimi, wszerz i wzdłuż, przecinał powietrze niewidzialnymi pilnikami. Na tabliczkach przed drzwiami pozostały imiona: „Gab. dr Weronika Łach”, „Sala Kinezyterapii”, „Magazyn Odczynników”. Niektóre były przekrzywione, jakby ktoś próbował je odkręcić i zabrakło mu cierpliwości. Pod „Magazynem Odczynników” stał wózek na metalowych kółkach, taki do przewożenia misek i naczyń. Koła miały na rantach ślady błota, ciemne smugi. Lena przyklękła, dotknęła palcem — wilgotne. Miała ochotę otrzeć go o spodnie, ale coś w niej powiedziało: nie zostawiaj śladu. Wstała, wsunęła ręce w kieszenie. Z sufitu, z pęknięć w tynku, zwisały nitki pajęczyny. Z daleka, jak przez wodę, znowu dobiegły dwa dźwięki, tym razem w krótkim odstępie. Nie melodia, bardziej test. Sprawdzenie, czy ktoś odpowie. — Ja tego nie lubię — warknął pan Roch. — Latarkę mam jedną. Telefon tu nie łapie. — Mój łapie — mruknął Kacper, patrząc na ekran. — Ale to inna sieć... Zobacz. „Uzdrowisko”. Nigdy nie widziałem takiego operatora. Lena wyciągnęła swój. Pustka. Żadnej kreski. Kacper uniósł telefon nad głowę, jakby mógł wyłowić lepszy sygnał z sufitu. Ekran zamigotał, rozświetlając na sekundę numer 3 na drzwiach w głębi korytarza. Na wysokości windy zatrzymali się wszyscy troje. Panel przy drzwiach miał wgniecioną obudowę, ale jeden przycisk nieoczekiwanie żarzył miękkim, żółtawym punktem. „Wezwanie”. Pan Roch zareagował jak sparzony. — Nie dotykajcie — powiedział, choć nikt nie zamierzał. — Tu nie ma zasilania. Wszystko odcięte w piwnicy. Sam wyłączałem, jak przejęliśmy to od powiatu. Lena spojrzała na niego krótko. — Na pewno nikt nie uruchomił niczego z zewnątrz? — Na pewno. — W jego głosie nie było pewności, tylko upór. — Niech pani powie, co mam robić, ale szybko. — Sprawdzimy tylko salę koncertową — powiedziała. — Jeśli to dzieciaki, lepiej wiedzieć, którędy weszli. Jeśli to... wiatr, napiszemy, że w sanatorium gra wiatr i już. Idziemy, Kacper. Sala koncertowa była o dwa zakręty dalej. Kiedyś grano tu do tańca, a w weekendy służyła jako kino. Teraz sufit pękał w rozchodzące się gwiazdy, a z lewego rogu zwisał klosz jak półprzytomna meduza. Pod ścianą stał fortepian — nie, nie fortepian, tylko jego ślad: świece wosku na podłodze, prostokąt jaśniejszego kurzu, jakby coś stało tam niedawno. Tylko nikt z nich nie mógł powiedzieć, kiedy „niedawno” znaczyło. W powietrzu wisiała nuta: nie dźwięk, lecz pamięć dźwięku. — Słyszysz? — szepnął Kacper. — To trzecie piętro. Może piętro wyżej. Ale tu nie ma już instrumentu. Lena uniosła latarkę, przesuwając promień po ścianach. Na jednej ktoś kredą narysował kontury gór. Przypominały ten pagór, na którym stali jeszcze przed chwilą, tylko bardziej stromy, surowszy. Pod rysunkiem widniał napis, ledwo widoczny: „Oddychaj”. Palce Lenie same zacisnęły się na zimnym metalu latarki. Zza sali, w korytarzu, zaskrzypiały schody. Nie tak, jak skrzypi stary budynek pod własnym ciężarem. Raczej tak, jak skrzypią deski pod ciężarem kogoś, kto nie chce ich skrzypienia. Raz. Drugi. — Ktoś tu jest — wyszeptał pan Roch, cofając się o pół kroku. — Albo coś puściło i zaraz... — urwał, jakby słowa były zbyt ciężkie. Tuż obok windy rozległo się ciche pyknięcie, a potem odległe, podskórne mruczenie. Panel rozjarzył się wyraźniej. Cyfra 4 przepłynęła na 3. Pół sekundy przerwy. 2. Pół sekundy. 1. Metal gdzieś w szybie jęknął, jak stary człowiek przeciągający się po drzemce. — Widzisz? — Kacper opuścił aparat i po prostu patrzył. — Przecież to... — Nie — uciął pan Roch. — To nie jest możliwe. Lena spojrzała na swoje ręce. Nie drżały, a jednak miała wrażenie, że trzymają coś kruchego. W głowie przesunął się rządek obrazów: spojrzenie sprzedawczyni z piekarni, kiedy powiedziała „wie pani, że w nocy znów błysło?”, śmiech chłopaków na przystanku, „patrz, gugulary, po co im to?”, i własne odbicie w szybie samochodu, niewyraźne. Przyszła tu po tekst. Teraz tekst patrzył na nią z góry, z poziomu numerów migających na panelu. Szufladka pod przyciskami windy trzasnęła, jakby w środku ktoś poruszył metal. Cyfra 0 zamigotała. Dzwoneczek, delikatny jak porcelana, zadźwięczał raz. Drzwi zaczęły się rozsuwać, a z wnętrza uderzył ich podmuch chłodu, nie jak z piwnicy, raczej jak z lutowego poranka nad morzem. Przetoczył się przez ich buty, otarł o kolana, uniósł kosmyk włosów Leny. Telefon Kacpra zawibrował w tej samej sekundzie. Na ekranie, ponad ikoną aparatu, wyskoczył napis: „Połączenie przychodzące — Jutrzenka”. — Nie odbieraj — syknął pan Roch. Ale było już za późno. Kacper, bardziej z odruchu niż z ciekawości, przesunął palcem. W sali koncertowej echo dzwoneczka jeszcze brzmiało, szumiąc w pajęczynach nad ich głowami. Lena poczuła, jak słowo, które nie powinno paść, unosi się jej na język, i połknęła je, jak połykamy gorzki lek. Z głośnika telefonu popłynął szept, chropowaty i bardzo bliski, choć nie było wiadomo, czy z góry, czy z dołu: — Leno, jesteś już? Winda zatrzymała się z miękkim stuknięciem. W ciemnym wnętrzu, tuż nad podłogą, ktoś zostawił na zapylonej blasze półokrągły ślad dłoni, zupełnie świeży. Drzwi rozsunęły się do końca, a powietrze z środka pachniało czymś niezsynchronizowanym z tym miejscem — algami, solą i anemonami — jakby za metalowymi skrzydłami nie było kabiny, tylko inny brzeg. Lena zrobiła krok do przodu, a wtedy z góry, z trzeciego piętra, rozległ się czwarty dźwięk, najczystszy ze wszystkich, uderzony mocną, pewną ręką.


Author of this ending:

Age category: 18+ years
Publication date:
Times read: 27
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.