Did You Know?

Światło o 04:13


Światło o 04:13
W Bliźnicy morze miało zwyczaj obgryzać brzeg po kawałku, a wiatr nadawał codziennym rozmowom chrapliwy akompaniament. Latarnia na cyplu od lat milczała – od czasu sztormu, który pociął niebo na pasy i przepalił kable jak nitki. Mimo to co pewien czas ktoś przysięgał, że widział, jak o 04:13 przez sekundę sunie po wodzie wąski promień, jakby ktoś niewidzialny przestawiał ogromne lustro. Nela słyszała te opowieści na przystanku, w sklepie rybnym i w bibliotece, ale najbardziej lubiła słuchać fal. Zbieranie dźwięków było jej obsesją: zardzewiałe zawiasy, stukot wody o kadłuby łódek, łomot starej windy w kamienicy. Miała mały rejestrator z poobijaną obudową i pojemną kartą pamięci, a w plecaku zawsze plątał się dodatkowy mikrofon, owinięty skarpetą, żeby nie łapał wiatru. Igor, jej najlepszy przyjaciel z klatki obok, nosił w tej samej bramie pudełka z częściami, przewody i zagięte instrukcje. Z rzeczy znalezionych budował radioodbiorniki i stację pogodową na balkonie, która wieszczyła deszcz zanim w ogóle spadła pierwsza kropla. Pewnego wrześniowego popołudnia, gdy słońce grzało ostatnimi siłami, Nela nagrała coś dziwnego. Fale przy falochronie nie brzmiały jak zwykle. W klikach i szumach, jeśli przyspieszyć nagranie, układały się krótkie serie: trzy krótsze, jedna dłuższa, pauza, znowu. Zabrała to do Igora. „To wygląda jak sygnał” – powiedział, przysuwając do oczu okulary, które i tak rzadko lądowały na nosie. – „Może ktoś bawił się boją. Albo… wiesz… ktoś czegoś próbuje.” Nela przewinęła nagranie i wcisnęła pauzę na wartości 04:13. To wszystko było przypadkiem, ale rząd cyfr przypomniał jej opowieści. „Zobacz, tu się zgadza. O tej godzinie zaczyna się sekwencja.” Igor zdławił śmiech, choć w oczach pojawił mu się błysk. Pociągnął kabel do swego najnowszego wynalazku: złożonego z kilku modułów odbiornika fale-kto-wie-jakie. Włączył, pokręcił gałkami. W głośniku zapiszczało, potem zahuczało, aż w końcu wszystko się uspokoiło i w ciszy popłynął monotonnym tonem głos, jakby ktoś czytał z kartki: „Sowa trzynaście, sekwencja C, czas: zero cztery trzynaście. Powtórzę. Sowa trzynaście, sekwencja C…” Zachowali się jak dzieci, którym nagle ktoś obiecał, że w domu pod stołem znajdą wejście do innego świata. Zresztą, oboje dawno wyrośli z wiary w przypadki. Kiedy coś zaczynało układać się w rytmy, Nela słyszała to w kościach, a Igor nie potrafił wyłączyć ciekawości. „Sowa trzynaście… to może być nazwa stacji albo… kryptonim” – mruknął. – „A sekwencja C? Może chodzi o kolejność książek.” „Książek?” „Wiesz, jak w bibliotece. Sygnatury.” Poszli więc do biblioteki. Pani Teresa, bibliotekarka w swetrze w kolorze zgaszonej mięty, zawsze mówiła, że dwójka z ich podwórka ma wyjątkową skłonność do wynajdowania kłopotów między regałami. Tym razem kłopot nie chował się głęboko. Na poręczy schodów ktoś niedawno wydrapał paznokciem numery: 82-91/1913, a kropki między kreskami były tak równiutkie, jakby odmierzała je linijka. „Proszę nie rzeźbić w bibliotece” – zawołała pani Teresa z drugiego końca sali, ale Nela już rozumiała. 82-91 były sygnaturą literatury w językach obcych, a 1913 – rokiem wydania. Po krótkim tropieniu w dziale, gdzie pachniało kurzem i solą z ubrań rybaków, którzy przychodzili tu czytać gazety, znaleźli cienki tom: „Dziennik służbowy latarnika. Rok 1913”. Ktoś dopisał ołówkiem maleńką kreskę przy jednym rozdziale. Na tej stronie leżał sprasowany liść morskiej rośliny, kruchy jak szkło. Tekst naznaczony strzałką mówił o zaciętych drzwiach do komory z soczewką i o tym, że mechanizm obrotowy trzeba było oliwić codziennie przed świtem. Na marginesie, innym pismem, drobnym i nerwowym, widniała notatka: „Zejście pod podstawą, klucz w soli. Światło pamięta.” Nela uniosła wzrok. „Klucz w soli?” Igor położył palec na ustach, potem wskazał okno. Wyszli, prawie biegiem, na drewniany pomost, który drżał pod stopami jak żywy. Na krańcu, gdzie drewno było najbardziej poszarzałe, w szparze między deskami zasypanej solą, znaleźli metalowy przedmiot. Wyglądał jak coś pomiędzy gwoździem a kościaną igłą. Gdy go oczyścili, odsłonił się stary klucz, z zębem nierównym jak linia brzegowa. Wieczór przyszedł szybko, jakby słońce znużyło się całą tą grą w podchody. Latarnia na wzgórzu rysowała na niebie czarny, wysmukły kontur, a warga chmur zatrzymała się nad nią, jakby miała się zaraz osunąć. Nela i Igor wspinali się po ścieżce wysypanej muszlami, które chrupały pod butami. Zabrali latarki, rejestrator, odbiornik Igora i zwyczajną odwagę, która często zamieniała się w głupią brawurę, lecz dzisiaj była im potrzebna w pełnej wersji. Drzwi do latarni były ciężkie, z łuszczącą się farbą. Ktoś próbował je kiedyś otworzyć łomem – widać było ślady – ale bez skutku. Nela wsunęła klucz w zamek. Przekręcił się z oporem, jakby w środku ktoś spał bardzo głęboko i nie chciał wstać. Zatrzask puścił z dźwiękiem, który rozszedł się echem po kamiennym wnętrzu. W środku pachniało smołą i rdzą. Drewniane stopnie kręconych schodów przy ścianie były porozsychane, co drugi miał odprysk po zbyt ciężkich butach. Na ścianach ktoś kiedyś zamalował krzyżyki, ale farba popękała i znaki znów wypłynęły na wierzch. Nela włączyła latarkę. Światło przeskakiwało po poręczy, po tabliczce z wytartym napisem „Nie wchodzić – awaria”, po pajęczynach, które falowały, jakby oddychały. „Ciszej” – szepnął Igor, choć oboje nic nie mówili. – „Słyszysz?” Słyszała. W górze, ponad nimi, coś tykało. Nie jak zegarek, raczej jak dawna maszyna, która została porzucona i tylko w jednej sprężynie zostało trochę życia. Igor postawił odbiornik na zimnym kamieniu, podłączył krótki przewód do metalowej poręczy i wcisnął włącznik. Z głośnika popłynęła cisza, po chwili przełamana chrobotem, a potem głos – ten sam, obcy i rzeczowy: „Sowa trzynaście, sekwencja C, czas: zero cztery trzynaście.” „Widzisz? To wcale nie było tylko nad morzem.” „Skąd to się nadaje?” „Albo skąd odbija.” Szli wyżej. Pod stopami skrzypiało. Na siódmym biegu schodów znalazły się mokre, świeże ślady – wyraźne kształty podeszew, jakby ktoś wchodził tu tuż przed nimi z mokrym piaskiem przyklejonym do butów. Nela rzuciła latarką na poręcz: na metalu widniał tłusty odcisk dłoni, w kolorze ciemniejszym niż rdza. Nela dotknęła – to była zwykła wilgoć i sól, nic więcej, a jednak przebiegł ją dreszcz. Na półpiętrze trafili na niższe drzwi, których Nela nie pamiętała z żadnego ze zdjęć latarni, chętnie powtarzanych w turystycznych folderach. Drzwi miały w górnej części małe, okrągłe okienko, porysowane jak stary winyl. Za szybą migotała ciemność. Klucz w ich dłoni pasował do zamka tak, jakby został odlany właśnie do tej dziurki. Zaskoczył bez oporu. Za drzwiami była wąska galeryjka, której nie miało prawa tu być. Prowadziła nie do góry, lecz w bok, w ceglany tunel wsunięty w ścianę wieży. Chłód był większy niż na dole, a powietrze pachniało metalem i koprem. Na cegłach ktoś kredą rozrysował schemat: okrąg, strzałki, ciąg cyfr. 04:13 powtarzało się kilka razy, jak refren. „To wygląda na obejście” – szepnął Igor. – „Może latarnik miał skrót pod soczewką.” „Albo drogę dla kogoś, kto nie powinien tu wejść.” Przy końcu tunelu wisiał dzwonek na sprężynie i kartka, z której farba na literach spłynęła do połowy. Udało im się odczytać tylko: „Wejście pomocnicze”. Za nim – kolejne drzwi, z grubą listwą i nowym, błyszczącym zamkiem. Nowo zamontowany element wśród starej rdzy wyglądał obco, jak obietnica i groźba naraz. „Nie mamy do niego klucza” – powiedziała Nela, chociaż sama nie była pewna, czy mówi to z ulgą, czy z rozczarowaniem. Igor przesunął palcami po listwie. „Poczekaj.” Pochylił się i zajrzał w szczelinę. Na ziemi, po drugiej stronie, leżał cień czegoś metalowego. Ostrzeżenie? Albo… ciekawość zmaterializowana w żelazie. „Słyszysz?” – tym razem to Nela zamarła, wlepiając wzrok w górę. Powyżej, tuż nad ich głowami, rozległ się przeciągły jęk, a potem cichy świst. Jakby wielka soczewka, od lat nieruchoma, nagle poruszyła się o milimetr. Z głośnika odbiornika wyszedł trzask i nowy ciąg słów, tym razem nie tak równych, jak wcześniej, jakby ktoś mówił wprost do mikrofonu, a nie czytał: „Sowa trzynaście do Bazy. Wyrównanie… przestawienie… zero cztery trzynaście… potwierdź odbiór.” „Kto to nadaje?” – Igor odsunął się od drzwi, jakby coś miało przez nie przejść. Zgasła jedna z latarek, mrugnęła druga. Czas w latarni jakby zgęstniał. Nela położyła dłoń na zimnej klamce. Zamek kliknął, jak klikają klucze w kieszeni, gdy szukasz właściwego – sam z siebie, bez ruchu dłoni. Drzwi drgnęły. W szczelinie zamigotał bardzo słaby, lodowaty blask, jakby ktoś po drugiej stronie przesunął lustro i skrawek światła odłożył się na ich policzkach. A potem, cichutko, dokładnie po imieniu, ktoś wyszeptał z drugiej strony: „Nela.”


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 31
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.