Did You Know?

Światło na wiadukcie


Światło na wiadukcie
Pierwszy raz usłyszałam ten dźwięk w ciemni, choć przecież nic tam nie powinno brzmieć jak metal. Wentylator szumiał zwyczajnie, woda w kuwecie falowała spokojnie, a z papieru powoli wychodził kształt kładki na naszym zardzewiałym wiadukcie nad Brzezinami. Byłam w szkole sama, już po zmroku. Gdy obraz nabrał kontrastu, zobaczyłam swoją sylwetkę przy barierce, z aparatem uniesionym do oka. I jeszcze jedną. Kogoś, kto stał dalej, na brzegu torów, odwrócony do mnie bokiem, rozbielony jakby wycięty z mgły. Nie pamiętałam, żeby ktoś wtedy ze mną był. Zwinęłam papier w rulon, chowając go do tuby, i wiedziałam, że nie zasnę, jeśli nie wrócę na wiadukt znowu, tym razem z kimś, kto usłyszy to, co ja pamiętam tylko jako chłodne drżenie powietrza. Oskar uśmiechnął się krzywo, kiedy mu opowiedziałam. „To może być podwójna ekspozycja. Albo ktoś ci wszedł w kadr, a nie zauważyłaś.” Skinął jednak od razu. „Pójdę.” Nina miała wyraz twarzy, którego nie potrafiłam przebić argumentem; nie wątpiła, tylko chciała sprawdzić. „Wezmę rejestrator. Jeśli to dźwięk, to go złapiemy.” Wyszliśmy po dziesiątej. Miasto stłumiło się już w żółtym świetle okien, rzeka Iskra niosła zapach mokrych liści i żelaza. Wiadukt wyrastał nad betonową kotliną dawnej stacji, jego metalowe łuki były ciemne jak plecy ogromnej ryby, a w balustradach błyszczały rzadkie krople. Tory nie prowadziły już nigdzie – linia zamknięta od lat. Od południa tunel zasypało, od północy zamurowano go grubą ścianą, na której ktoś dawno temu wymalował hasło, w połowie starty protest sprzed dwóch kadencji. Mimo to ludzie mówili, że zimą, gdy powietrze jest cienkie, nocą przez most przechodzi dźwięk, jakby metal chciał przypomnieć sobie pracę. Wejście na wiadukt nie było trudne, choć ogrodzenie robiło groźne miny. Między szczeblami zwisała poluzowana siatka, przez którą prześlizgnęliśmy się ostrożnie, czując, jak chłód zaczyna wciskać się pod kurtki. Niepotrzebne było żadne bohaterstwo – tylko uważność, by nie zahaczyć plecakiem o drut. Na górze powietrze było inne. Cichsze. Asfalt rozjeżdżony od lat, popękany w rysach, z których wyrastała twarda trawa. Balustrada, zimna i lepka od wilgoci. W dali lampy nad rzeką tworzyły linię świetlnych paciorków. Położyłam plecak przy betonowym słupie, wyciągnęłam statyw i ustawiałam go tam, gdzie pamiętałam kredową kreskę, jaką zaznaczyłam sobie poprzednio. Palce miałam sztywne, kiedy przykręcałam adapter, ale to było uczucie, które zawsze mnie porządkowało. Aparat – mój stary, odziedziczony po dziadku Nikon – zaskoczył w stopce jak klocki, które do siebie pasują od trzydziestu lat. Oskar stawiał termos na ziemi. „Zrobię herbatę. Niech ktoś mi kiedyś powie, że dreszczyk da się przechytrzyć, to mu pokażę kubek z imbirem.” Nina położyła rejestrator na barierce i odpaliła czerwoną kropkę. „Włączę też low cut. Wiatr lubi oszukiwać uszy.” We mnie coś drgnęło. Nie wiedziałam, że lubi – ale uwierzyłam jej bez zastanowienia. — Opowiedz jeszcze raz, gdzie stał ten ktoś — poprosiła. — Dokładnie. Podeszłam kilka kroków, kładąc dłoń na zimnej stali. — Tutaj. Mniej więcej tutaj. Tylko że… — Zawahałam się. — Na zdjęciu światło było jak z innej godziny. Jakby cień pojawił się nie tam, gdzie powinien. Oskar spojrzał w dół, w czarny prostokąt dawnego peronu. — A może to ktoś z tych, co skaczą po mieszkach? — rzucił żartem, ale zawisło to dziwnie w powietrzu. Nie odpowiadałam. Nie wierzyłam w zbiegi okoliczności, kiedy wchodził do gry mój aparat. Kiedy zrobiło się naprawdę cicho, z daleka dobiegło ostatnie westchnienie autobusu nocnej linii. Potem tylko krople, które kapały gdzieś spod łuku, i wiatr przesuwający się po metalowym werglu, jakby ktoś przeciągał palcem po brzegu kieliszka. Ustawiłam czas na trzydzieści sekund. Lubiłam długie ekspozycje – z nich wychodziły rzeczy, których nie widzi gołe oko. Zatrzasnęłam spust na kablu i usłyszałam ciche „klik”, które odbiło się jak żółty refleks w kałuży. — Masz latarkę? — zapytała Nina. — Nie świeć nią w obiektyw, ale jakby co… Kiwnęłam. Latarka była w kieszeni kurtki, obok telefonu. Wszystko było banalne: trzech licealistów na starym moście, trochę chłodu, oddech. A jednak w tym banalnym układzie każdy dźwięk był jak znak, którego nie umiałam odczytać. Pierwszy raz poczuliśmy to w stopach. Nie słuchem, tylko skórą. Ledwo wyczuwalne mrowienie, które przeszło przez beton do naszych tenisówek. Odruchowo spojrzałam na tory. Liście, które nazbierały się między podkładami, zadrżały. Metalowa linka, porzucona nieopodal, poruszyła się jak źdźbło trawy. Oskar zerknął na mnie i uniósł brew. „Przecież tu nic nie jeździ” — powiedzieliśmy sobie pewnie w głowach jednocześnie. Rejestrator Ninie zamigał delikatnie, jakby coś wpadło mu w ucho. — To nie wiatr — stwierdziła, nie odrywając wzroku od wskaźnika. — To jest… równomierne. Odruchowo spojrzałam na semafor, ten stary, który od lat powinien być martwy. Stał czarny, wbity w ziemię jak oszczep. Przysunęłam latarkę, ale zanim zdążyłam kliknąć, na jego szczycie zapalił się czerwony punkt. Najpierw słaby, żałosny, jakby do zasilania podpięto płaską baterię z pilota. Potem rozjarzył się pełniej, duszny i pełny, jak śliwka w słoju. Zrobiłam krok do tyłu i poczułam, jak kabłąk aparatu wciska się we mnie, przypominając mi, po co tutaj jestem. — Semafory nie świecą same — powiedział Oskar, spokojnie, jak ktoś, kto nie chce dźwiękiem zdradzić własnego gardła. Nina nic nie odpowiedziała, ale jej dłoń wsunęła się pod moją kurtkę, dopadła do kieszeni i wyciągnęła latarkę. Kliknęła. Stożek światła przeciął chłód i położył się na murze zamurowanego tunelu. Na cegłach pobłyskiwała woda. To, co zobaczyliśmy od razu potem, nie było właściwie zobaczeniem – bardziej oddechem światła. Najpierw w głębi mroku pojawił się bladawy owal, jakby ktoś tam wyciągnął palec i dotknął ciemności od środka. Potem owal zwęził się i wydłużył, zmartwiał, nabierając kształtu… lampy? Tyle że nie było słychać warkotu, żadnego ciężkiego oddechu stalowych kół. Oskar podszedł do skrzynki przy barierce, tej z napisem „Telefon awaryjny”. Zawsze myślałam, że jest martwa, głucha jak reszta. Tego wieczoru miała zieloną diodę, która płonęła jak próba. Oskar położył dłoń na uchwycie, zawahał się i uniósł słuchawkę o centymetr. Przez ułamek sekundy usłyszeliśmy coś, co przypominało dźwięk morza przyłożonego do ucha. Nie tyle szum, co jakby odległe, równe drżenie. Oskar natychmiast odłożył słuchawkę, a dioda zgasła, zostawiając nas znów w wilgotnej czerni. Zrobiłam kolejne zdjęcie. Długi czas. Serce dudniło mi jak metronom – nie za szybko, ale bezwzględnie. W wizjerze światło w tunelu nie było już bladym owaleńcem. W wizjerze było bliżej. Dużo bliżej, niż widziałam go gołym okiem, jakby aparaty i oczy mierzyły dwa różne światy. Po lewej, przy słupie, zarysował się kształt. Sylwetka, jak ta z odbitki, nieostra, w płaszczu czy kurtce z kapturem, trudno było powiedzieć. W rzeczywistości niczego takiego nie widziałam. Tylko w czarnym prostokącie przed moim okiem ktoś stał i coś robił z dłońmi, jakby wiązał sznurówki. — Oskar… — wyszeptałam, nie odrywając oka od wizjera. — W aparacie jest ktoś. Po lewej. Przy słupie. Oskar nie podszedł gwałtownie. Podszedł tak, jak podchodzi się do psa na łańcuchu. — Nie ruszaj się — powiedział bardzo cicho. — Nie teraz. Nina wsunęła mi dłoń pod łokieć, podpierała mnie lekko, jakby aparat mógł być cięższy niż jest. Rejestrator na barierce zamrugał spazmatycznie, złapał nagłe przeciągnięcie, jakby coś przejechało paznokciem po stalowej linie. Semafor zmienił barwę. Z czerwieni przeskoczył na zielone, zdecydowane światło, nienawykłe do bycia tutaj. Powietrze zgęstniało, oddech stał się płytki, a w gardle poczułam ten specyficzny smak: metaliczny, elektryczny, jak po dotknięciu językiem baterii. W wizjerze sylwetka uniosła głowę. Miałam wrażenie, że patrzy prosto na mnie – choć nie widziałam twarzy, tylko cień. Światło z tunelu albo było już o krok od nas, albo aparat mi kłamał. Wypuściłam powietrze bardzo powoli, jakbym mogła w ten sposób przechytrzyć ciszę. Nagle poczułam na prawym ramieniu lekkie muśnięcie, wyraźne jak dotyk palców przechodzących przez materiał kurtki. Nie jakieś „wydawało mi się”. Dotyk. Tu i teraz. — Maja — powiedział ktoś tuż za mną, tak blisko, że na ułamek sekundy zagłuszyło to nawet równy pomruk w torach.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 21
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.