Did You Know?

Srebrna obroża


Srebrna obroża
Deszcz w Bieszczadach potrafi szeptać. Tej nocy szeptał o liściach, które przykleiły się do ścieżki jak łuski, o miękkiej ziemi, która pamięta każdy krok. Lena wciągnęła kaptur i wyłączyła latarkę, kiedy już przywykła do ciemności. W dolinie Wołosatki mgła kładła się pasami, a brzozy świeciły bladą korą jak znaki, tylko dla tych, którzy umieją czytać. Zatrzymała się przy pierwszej fotopułapce, wsunęła kartę do zabezpieczonego etui. W pamięci miała ostrzeżenie Stacha: wilki przestały wyć. Nie dlatego, że zniknęły, tylko jakby czekały. Na co? Nie przywykła do ciszy. Zwykle noc w tej dolinie była utkanym z dźwięków kocem: posapywanie saren, śmiech sójek, skrzydła puszczyka odcinające powietrze. Teraz wszystko trzymało oddech. Kiedy odpinała kolejną kamerę, nad czubkiem kaptura przeleciał kruk. Nie gwizdnął, nie zaharczał. Zatoczył krąg i usiadł na wykrzywionym modrzewiu, patrząc na Lenę z taką uwagą, jakby i ona była częścią jego badania. Znała go. Miała swoje słabości: nadawała imiona stworzeniom, którym nie powinna ich nadawać. Ten kruk, z nadłamanym piórem w lewym skrzydle, był dla niej Mrok. Mrok odwrócił głowę i odleciał w stronę potoku, zatrzymując się co kilkadziesiąt metrów, jak przewodnik, który nie lubi, gdy ktoś się spóźnia. – Dobrze, Mrok, już idę – mruknęła Lena, choć wiedziała, że to nie dla niej akurat kruk skraca swój lot. Kruki miały swoje sprawy, wilki – swoje, a ludzie tkwili gdzieś pomiędzy, jeśli mieli odwagę patrzeć. Zapach mokrej ściółki mieszał się z czymś ostrym, jak metal starty na proszek. Lena przykucnęła przy płytkiej koleinie w błocie. Nie był to ślad opony – nie w takim miejscu – i nie ludzki but. Wgłębienie było szerokie, jakby wilcza łapa wcisnęła się w ziemię, ale na brzegach błyszczała śmiesznie równa faktura, heksy, jak na podeszwach. Pięć wyraźnych pazurów, a pośrodku odcisk, który nie pasował do żadnej książki tropów. Wsunęła palec w błoto, zapamiętała kształt, wyszeptała do dyktafonu datę i godzinę. Daleko, za mgłą, zamigotały żółte ślepia sarny. Wyparowała jak myśl, kiedy tylko Lena uniosła głowę. Przy potoku beton przyroda udawała, że go nie ma: stary przepust porosły mchami zionął chłodem. Niżej, między kamieniami, zameldowały się ślady wydry: drobne, jak podpis wykonany w pośpiechu. Lena uśmiechnęła się mimowolnie. To był znak, że woda wciąż żyje swoim życiem, mimo ciężaru historii i głupoty. Mrok znów przeleciał niżej i wydał dźwięk składający się z trzech krótkich tonów, jak wycieraczka przecierająca szybę. Lena wiedziała, że kruki potrafią mówić do tych, którzy chcą ich słuchać. Poszła za nim, wchodząc w zagajnik czarnej olchy, gdzie ziemia ustępowała od razu, jak miękki materac. Kolejna kamera zarejestrowała obrazy, które sprawiły, że skóra na karku Leny zadrżała. Przewinęła nagranie jeszcze raz, powoli. Najpierw: wataha przeciągająca się przez polanę pod koniec zmierzchu. Młody samiec szturcha siostrę w bok, ta odskakuje i znów wraca, łagodna gra. Za nimi cień, większy od reszty, ostrożny. Wilczyca. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie błysk przy jej szyi. Srebrny, jak nitka księżyca. Obroża. Nie taka, jaką zakładają naukowcy z zespołem Leny – te są szerokie, matowe, bezpieczne. Ta była wąska, błyszcząca, jakby ktoś zapomniał, że wilk to nie pies. W kolejnym kadrze wilczyca przechodzi pod brzózką i nagle staje, jakby coś ją ukuło. Szarpnięcie. Źle dobrana długość, źle zaprojektowany zamek. Lena zacisnęła zęby. Przewinęła dalej. Ostatni obraz, tuż nad świtem: wilcze sylwetki znikają we mgle, jakby ktoś rozpuścił je w mleku. Wspomnienie słów Stacha wróciło jak świerzbienie: – Słyszałem brzęczenie nad nocą, a potem wszystko się schowało. Nawet żubry stały jak posągi. – Brzęczenie? Drony pojawiały się tu coraz częściej, mimo zakazów. Lena wzdrygnęła się na myśl o zbliżeniu śmigieł do uszu wilków, o drganiu powietrza, które potrafi paraliżować. Przeszła kilkanaście metrów dalej, gdzie ścieżka rozszerzała się w plamę traw, i wtedy ją zobaczyła. Leżała jak figura w teatrze cieni: łania, bez jednego śladu krwi. Nos zwrócony w stronę potoku, oko matowe, jak zamknięte okno. Wokół niej ani jednego śladu rozgrzebanej ziemi, żadnego rozdarcia. Tylko na szyi, tuż przy podgardlu, zacisnięty wianek splatanych traw. Nie robota człowieka, na to było zbyt równe i zbyt mocne jednocześnie, jakby rośliny urosły w kształt i ten kształt pozostał. Zapach metalu znów szarpnął nozdrza Leny. Pokręciła głową, cofnęła się o pół kroku. Mrok zeskoczył z gałęzi, zatoczył krąg i usiadł na głazie, skrzydła przycisnął, spojrzał gdzieś poza łanię, w głąb zagajnika. Las przyciszył się jeszcze bardziej. Nawet woda zwolniła, jakby rozumiała, że tu dzieje się coś, co wymaga skupienia. Lena uniosła aparat tylko po to, by opuścić go bez zdjęcia. Nie zostawi obcego obrazu, zanim nie znajdzie zdań, które go uniosą. Za plecami zachrzęściła gałązka. Odruchowo wsunęła dłoń w kieszeń, zamknęła palce na małej latarce i nożu, którego używała do cięcia linek w terenie. Nie po to, by walczyć, tylko mieć narzędzia. Z krzaków leszczyny wysunął się wysoki cień. Serce uderzyło jej mocniej, ale nie cofnęła się. Wyszedł bez pośpiechu. Wilk. Duży samiec o przymglonym, stalowym grzbiecie, z jedną blizną ciągnącą się od łopatki po bok. Siwobrody, jak ochrzciła go w pracy. Nie powinien się zbliżać. Powinien osłaniać, znikać w smudze powietrza. A jednak stał na skraju, w pół kroku, pewny jak kamień. Oczy miał czujne, nie zażarte, tylko niespokojne. I coś niósł. Uniósł pysk, łagodnie odłożył przed Leną czarną taśmę, krótką, poszarpaną. Sznur? Pasek? Schyliła się, uważając, by nie zrobić gwałtownego ruchu. To był skrawek obroży. Na wewnętrznej stronie wypalone cyfry: 27-042, a obok niewielki znak, który przypominał literę, ale nią nie był, coś jak spiralny pazur. – Kto ci to założył? – bezgłośnie poruszyła wargami, choć wiedziała, że pytanie wisi między nimi tylko dla niej. Siwobrody drgnął, odwrócił łeb w stronę zagajnika, gdzie Mrok patrzył znieruchomiał. Tam, w ciemności, rozlał się dźwięk, najpierw ledwo słyszalny, potem wyraźniejszy: wysoki, cienki, bezduszny, drżący. Brzęczenie. Jak skórka metalowego owoca przecieranego pilnikiem. Las zmienił oddech. Słoje drzew naprężyły się, jakby każdy pień nagle chciał się poruszyć. Lena wyprostowała się powoli, wciągnęła powietrze. Żubr w dole zamuczał krótko, ostrzegawczo, i zaczął odchodzić między buki, zostawiając mokre ślady jak pieczęcie. Z pobliskiej kępy borówek wystrzelił lis, rudy jak iskra, ciągnąc ogon tuż nad ziemią. Wydra zastygła w potoku i zniknęła pod lustrem wody, bez fali. Cień między olchami zgęstniał. Przez mgliste pasma przesunęło się coś, co błysnęło srebrzystą linią i zgasło. Siwobrody cofnął się o krok, nie opuszczając oczu z tamtego miejsca. Mrok rozłożył skrzydła, ale nie odleciał. Lena poczuła, jak drży jej własny głos, choć nie wydała z siebie dźwięku. W palcach wciąż czuła szorstkość obroży, zimno metalu przebijające przez tkaninę rękawiczki. Broniła się przed myślą, że ktoś po nocy bawi się w władzę nad tym lasem. Znała neugierkę ludzi, którzy lubią patrzeć, nie wiedząc, że patrzenie może być jak wgryzanie się w cudze nerwy. Ale to brzęczenie miało w sobie coś, co nie pasowało do taniej zabawki. Było zbyt przenikliwe, zbyt uporczywe, jakby przeciągało się przez przestrzeń, a jednocześnie szukało czegoś, na co mogłoby spaść. – Stachu, odbierz – wyszeptała do siebie, dotykając aparatu w trybie rejestratora, choć wiedziała, że zasięg tutaj potrafi znikać jak sen nad ranem. Kreseczki na ekranie zatańczyły. Jedna, druga. Potem nic. Zagajnik otworzył się. Nie, nie otworzył – odsunął, jak zasłona, którą pociągnięto zbyt pewną ręką. Coś wysunęło się na ścieżkę, ciemniejsze od ciemności wokół, większe niż lis, niż sarna. Metaliczny ton przeciął mgłę jak cienka igła. Siwobrody napiął mięśnie, krok naprzód, łapa w błocie, nie odrywał wzroku. Mrok krótko zaskrzeczał, ostrzegawczo. Lena uniosła głowę i zobaczyła, jak wśród traw błyska kolejna srebrna linia, jak oddech czegoś, co nie powinno oddychać. Powietrze wokół niej zgęstniało, czekające. A potem, z cienia, wynurzyły się na wysokości jej kolan pierwsze łapy – szerokie, ciche – i coś, czego zupełnie się nie spodziewała, zawisło na skraju ścieżki, jakby rozważało, czy zrobią krok ku sobie, czy świat za chwilę sam zrobi go za nich


Author of this ending:

Age category: 18+ years
Publication date:
Times read: 30
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.