Did You Know?

Sekunda przed północą


Sekunda przed północą
Nad Odrą wisiała mgła, wsiąkając w światła latarni jak mleko w kawę. Wrocławska Wieża Matematyczna była ciemna i cicha, tylko zegar na fasadzie odliczał pojedyncze minuty, jakby robił to z osobistą urazą. Lena ścisnęła pasek plecaka i obejrzała się za siebie. Ulica Grodzka pusta, okno strażnika w bramie uniwersytetu przygaszone. Serce waliło jej nie z powodu wysokości, ale z powodu planu, który był bardziej zuchwały niż cokolwiek, co dotąd wymyśliła. Jonasz wspinał się tuż za nią po wąskich schodach. Niósł metalową walizkę, z której wystawały kable jak łodygi roślin. Po każdym stopniu lekko syknął, udając, że dźwiganie to tytaniczny wysiłek. – Powiedz mi jeszcze raz, dlaczego ryzykujemy skreślenie z listy kółka astronomicznego? – mruknął. – Bo oficjalnie wejście jest zamknięte do remontu, a nieoficjalnie – odpowiedziała Lena, nie odwracając głowy – to jedyne miejsce w mieście, gdzie meridian jest wyznaczony w kamieniu, a nie wirtualnie. Nasz moduł potrzebuje realnego punktu odniesienia. – Nasz moduł – powtórzył z przesadną czułością, stukając palcem w walizkę. – W lunchboksie po warzywach. Romantycznie. Jeśli kiedyś trafi do muzeum, kurator opisze to jako „pierwszy zegar Lena-Jonasza w opakowaniu ekologicznym”. Uśmiechnęła się, choć palce miała lodowate. Wszystko zaczęło się, gdy w szkolnej pracowni udało im się złapać anomalię – krótkie, niepokorne szarpnięcie sekundnika rubidowego modułu, gdy udawało im się zsynchronizować go z sygnałem radiowym przyłożonym do metalowej linii południka na starym planie miasta. Efekt był tak delikatny, że każdy profesor machnąłby ręką. Tylko że to szarpnięcie powracało. Zawsze w pobliżu starej wieży. Na ostatnim podeście Lena zatrzymała się i wyjęła z kieszeni płaski klucz. Nauczyła się jego kształtu na pamięć – służbowe drzwi na taras otwierały się twardo, metal o metal, jak w skrzypiącej szkatułce. Drgnęła, gdy zamek zgrzytnął. Powietrze w wieży było gęste od kurzu i starego drewna. W półmroku rysował się długi mosiężny pas – meridianowe oznaczenie przeciągnięte przez posadzkę jak blizna. – Nie wierzę, że tu jesteśmy – szepnął Jonasz i na moment naprawdę zamilkł. – Wygląda to jak wnętrze zegarka od środka, tylko powiększone. W sali stał też zapomniany refraktor na trójnogu, soczewki matowe od brudu, obok leżała mapa nieba z pogiętymi narożnikami. Na ścianie wisiał mechanizm zegarowy z ciężarem w formie ołowianej kuli. Każde „tik” brzmiało tak wyraziście, jakby ktoś kroił powietrze nożem. – Zero Wi-Fi, zero GPS – zrelacjonował Jonasz, kładąc walizkę na kamieniu. – Tylko nasz rubid, twoja odwaga i setki lat tradycji. Co robimy? Lena uklękła przy meridianie. Przeciągnęła palcem po mosiężnej linii. Była chłodna i gładka, jak lodowisko. Z walizki wyjęła srebrzystą kostkę z e-inkowym wyświetlaczem. Na ekranie odliczały się nanosekundy, prawie bezgłośnie. – Najpierw kotwica – powiedziała, podłączając klips do metalowej listwy. – Potem impuls. Jeśli różnice znowu się nawarstwią, spróbujemy je wzmocnić. – Tłumacz to tak, jakbyś opowiadała o muzyce, proszę – poprosił Jonasz. – Nie chcę myśleć o nawarstwianiu różnic, kiedy jestem legalnie nielegalnie w budynku. – To jak pizzicato zamiast legata – uśmiechnęła się krótko Lena. – Zamiast gładko płynąć, czas dostaje szarpnięcie. Pytanie: czy odpowie furioso, czy tylko westchnie. Ciemność na zewnątrz gęstniała. Z tarasu słychać było uparte skrzeczenie mew i dalekie hamowanie tramwaju. Sama wieża zdawała się oddychać, jakby miała płuca z cegły. Lena spojrzała na zegarek na ręce. 23:59. – Gotowy? – zapytała. – Nigdy nie byłem bardziej gotowy i bardziej przerażony jednocześnie – powiedział Jonasz, odchrząknął i pochylił się, by przycisnąć metalowy przycisk na urządzeniu. – Trzy. Dwa. Jeden. Impuls, krótki jak dotknięcie zimnej wody, przeszedł przez meridian. Przez ułamek sekundy nic się nie stało. Potem Lena poczuła, że dźwięki w sali rozjechały się – jakby jedna warstwa „tik” była minimalnie spóźniona wobec drugiej. Jej skóra pokryła się gęsią skórką. Na ekranie kostki cyferki zaczęły skakać, już nie równym rytmem, lecz z kapryśnym przyspieszeniem. – Widzisz to? – wydyszał Jonasz. – A to dopiero wstęp. Mosiężna linia pojaśniała. Nie płonęła ani nie iskrzyła; światło przypominało blask planktonu na morzu – mleczny, miękki, nie z tego świata. W tym samym momencie ciężar zegara drgnął i uniósł się o centymetr, jakby ktoś pociągnął za niewidzialny sznur. Powietrze zwęziło się, a w uszach Leny zabzyczał znajomy ton sygnału czasu, tylko niższy, bardziej chropowaty. – Lena… – Jonasz pokazał na szybę po stronie tarasu. – Zobacz. Na zakurzonej szybie, od wewnątrz, ktoś drżącą ręką wydrapał litery. Były świeże, jakby rysa dopiero co odsunęła pył. Lena podeszła, przyłożyła latarkę z telefonu. Napis brzmiał: „Lena, nie otwieraj”. Pod spodem – data: 18/10/1883. Nie czuła, jak telefon wyślizguje się jej z dłoni i ląduje miękko na dywanie, bo dywanu tutaj nigdy nie było. Skąd pamiętała ten skręt liter, to ząbkowanie przy „L”, ten drobny błąd w cyfrze osiem? Bo to był jej własny charakter pisma, jak odbicie w lustrze, tylko z innego czasu. – Ktoś robi sobie żarty – wymamrotał Jonasz, ale brzmiał jak ktoś, kto śmieje się w ciemności, żeby nie usłyszeć własnego strachu. – Albo twoja przyszła ja ma dostęp do bardzo starej szyby. Lena wróciła do meridianu. Światło nie słabło. Owszem, pulsowało, jakby posadzka oddychała. Każdy błysk odpowiadał dźwiękowi z mechanizmu. Słyszała też coś jeszcze: nieobecny w dzisiejszym mieście stukot kopyt na bruku, daleki dzwonek tramwaju, który dawno nie istnieje. Zapach też się zmienił – obok kurzu pojawiła się nuta oleju lampowego i wilgotnej cegły, takiej, która nigdy nie widziała elektryczności. – Jeśli to działa, to działa za dobrze – powiedział Jonasz cicho. – Przerwijmy. Zanim… – Zanim co? – spytała odruchowo, ale głos jej ugrzązł w gardle. Coś zaszeleściło pod ich stopami. Przez szklinę posadzki Lena dostrzegła kontury niższej kondygnacji – magazyn albo dawne archiwum. Tylko że zamiast współczesnych skrzynek stały tam drewniane kufry z metalowymi okuciami, a między nimi migało drobne światło. Dźwięk popłynął teraz inaczej, jakby ktoś przeciął wstęgę i spiął ją nową klamrą. Ciężar zegara szarpnął się i opadł; łańcuch zadzwonił krótką arią stali. Zawiasy w trapie pośrodku sali, którego nigdy wcześniej nie zauważyli, zaskrzypiały i drgnęły, jakby ktoś od spodu podważał je dłutem. – Tu jest jakiś… właz? – Jonasz już klęczał przy krawędzi, palcami wyszukując uchwytu, którego nie było. – Nigdy tego nie było w planach. – Nie otwieraj – przypomniała mu Lena mechanicznie, ale jednocześnie czuła, jak mięśnie palców drżą jej z ciekawości. Nie była osobą, która się cofa. Była osobą, która chce zobaczyć, zrozumieć, nazwać. To ją nauczyły zarówno nuty, jak i równania. Cichy stukot dobiegł z dołu. Jeden, drugi, trzeci – regularny jak metronom. Potem coś przyłożyło się do spodu trapa i odskoczyło, jakby sprawdzało, czy tam ktoś jest. Lena i Jonasz spojrzeli na siebie. W świetle z meridianu jego oczy wyglądały prawie srebrzyście. – To nie może być prawda – powiedział Jonasz i ugryzł się w język, jakby chciał odczarować własne słowa. Lena pochyliła się niżej, czując zapach żelaza i jakiegoś dawnego dymu. Wtedy górna wskazówka zegara zatrzymała się w połowie sekundy i cofnęła o dwa zęby. Z dołu odpowiedział – nie odgłos narzędzia, nie skrzypnięcie, lecz szept. Jedno słowo, wypowiedziane nienaganną polszczyzną, ledwie głośniej niż myśl: – Leno. Zanim zdążyła odsunąć dłoń, trap wyraźnie poruszył się pod jej skórą, jakby ktoś podnosił go od spodu. Światło na meridianie rozkwitło jednym, szerokim impulsem, a wszystkie dźwięki w wieży zlały się w jeden, absolutnie równy ton. Coś ciężkiego otarło się o kamień po drugiej stronie włazu, a drewniany rygiel, którego tam nie powinno być, zaczął powoli, nieubłaganie przesuwać się w bok.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 32
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.