Did You Know?

Sekunda, której nie było


Sekunda, której nie było
Wrześniowy Toruń pachniał mokrą cegłą i chłodnym metalem, a rzeka kręciła się pod mostem jak ciemny film. Lena stała na dziedzińcu zamkniętego planetarium przy ulicy Zbożowej, wciskając w dłoni okrągły, mosiężny przedmiot, który zostawiła jej babcia Irena. Zegarek leżał na skórze jak obietnica, ciężki, oswojony, z cienkim łańcuszkiem i grawerunkiem na odwrocie: Gdy czas się potyka, otwórz oczy. — Nie wierzę, że tu naprawdę wracamy — mruknął Oskar, przecierając zroszone okulary rękawem bluzy. — Po ostatnim razie wciąż śni mi się ten gwiezdny pył, co krążył pod kopułą. — Ostatnio nie mieliśmy powodu — odparła, choć kącikami ust drgnęła jej nerwowa iskra. — Teraz mamy. Powód leżał w pachnącym papierem notatniku babci. Wśród wykresów i zapisów, które wyglądały jak połączenie pamiętnika i zeszytu z fizyki, natknęła się na datę i godzinę opatrzoną poważnym trójkątem: Noc z 29 na 30 września. Sekunda przestępna. Planetarium — wahadło. Dokładny zapis współrzędnych Torunia, krzyżyk w miejscu kopuły i kilka zdań zbyt prostych, by je zlekceważyć: Licz, kiedy świat przestaje. Nie dotykaj kabla, kiedy brzęczy. Nie uciekaj, jeśli zobaczysz światło w złym miejscu. Lena nie lubiła słów „nie uciekaj”. Miała siedemnaście lat, zaciętość i uparte poczucie, że babcia Irena nie zostawiłaby jej czegoś, co jest tylko wyszukaną łamigłówką. A jednak, gdy cała szkoła wypełniała się powrotem po wakacjach, a ona odbywała mechaniczne rozmowy o maturze i planach, zegarek w jej kieszeni tykał inaczej. Niekiedy w południe brzmiał jak deszcz o twarde dachówki. O północy wydawał pojedynczy, głuchy szept. Raz, na korytarzu, wskazówki zatrzymały się przy 12:59, po czym drgnęły i przesunęły o jedną kreskę dalej niż powinny — jakby chciały się nauczyć nowego kroku. Zgaszone okna planetarium odbijały latarnie. Budynek od miesięcy był oficjalnie „w trakcie modernizacji”, co w praktyce oznaczało, że nikt nie miał do niego głowy. Drzwi, które znało jeszcze dzieciństwo Leny, skrzypnęły. Nie włamywali się; w starych miejscach często coś zostaje niedomknięte z przyzwyczajenia. Przeszli wzdłuż korytarza, który pachniał gwoździami i kurzem po projektorze gwiazd, przeszli obok gabloty z fotografią dzieci w zsynchronizowanym zdumieniu, a potem weszli pod kopułę — wielkie, białe niebo na ziemi. — Masz to? — Oskar wyciągnął rękę. Zerknął na zegarek, lecz nie dotknął, jakby bał się, że ten przedmiot ma własny nastrój. — Sekunda przestępna… To się w ogóle wydarzy? — Babcia nie pisała o tym, co jest w telewizji, tylko o tym, co jest tu — Lena wskazała sufit. — Liczy się to, co policzymy my. W środku kopuły, tam gdzie kiedyś wisiało wahadło Foucaulta, ktoś mądrzejszy od miejskiego biura konserwacji zmajstrował coś, co nie mieściło się w żadnej instrukcji obsługi. Metalowy pierścień, w którym osadzone były dwie szkła: jedno mleczne, drugie jakby zrobione z bardzo cienkiego lodu. Od pierścienia odchodziły przewody w oplocie, ale nie biegły do żadnego gniazdka; kończyły się w skrzynce przykręconej do fundamentu, na której babcia Irena zostawiła swoje drobne, skośne pismo: Rezonator. Traktować jak serce. Nie przeciążać. Włącznik to nie wszystko. — „To nie wszystko”… — Oskar przeczytał półgłosem. — Brzmi jak ona. Spojrzeli po sobie. Oskar z natury przewracał oczami, kiedy coś pachniało przesadą albo teatralnością — a jednak dziś kieszeń jego zbyt dużej bluzy skrywała doładowaną latarkę, miernik pola, zwinny powerbank i plik przewodów zakończonych krokodylkami. Lena miała notatnik, zegarek, zgięty bilet tramwajowy i list babci, który nosiła przy sobie od dnia pogrzebu, zmięty już od czytania: Lena, w moich sprawach najpierw mnie nie słuchali, a potem pytali, jak to zrobiłam. Ty słuchaj od razu, bo nie mamy czasu. Rozłożyli z Oskarem rzeczy na podłodze. Kopuła zdawała się oddychać, ich oddechy brzmiały jak przesuwane książki. Zewnątrz miasto raz po raz huknęło, gdy przejeżdżał pociąg, jakby przypominało im stałą obecność torów — linii, które gdzieś prowadzą, jeśli umiesz na nie wejść. — Okej — Lena odetchnęła. — Najpierw to. Otworzyła zegarek. Tarcza była klasyczna, ale od razu w oczy rzucały się dwie dodatkowe kreski pomiędzy sekundami trzy a cztery. W centrum, przy ośce, ktoś — zapewne babcia — rył cienkim śrubokrętem maleńki znak podobny do krzyżyka na mapie. Z dołu koperty dał się wysunąć maleńki bolec, który idealnie wsunął się w gniazdo Rezonatora. Jakby wszystko było zaprojektowane po to, by do siebie należeć. — Jak to niby ma działać? — Oskar zapytał ciszej, niż musiał. — Są teorie… wiesz. Przestrzeń czasoprzestrzeń, grawitacja, pętle… Ale tutaj mamy… to. — Dotknął pierścienia palcem i aż drgnął. — Ciepłe. — Babcia pisała, że mechanika to język, którym świat odpowiada cierpliwym — powiedziała Lena. — Na razie pytamy grzecznie. Włączyli prąd. Nie żaden miejski zasilacz — Rezonator był autonomiczny. Słabe, bursztynowe światło przesączyło się przez mleczne szkło. Wahadło, które powinno było zawisnąć nad środkiem, było teraz krótkim, ciężkim prętem, który nie tyle wisiał, co tkwił, jak igła kompasu w grubym syropie czasu. — Sprawdź — Oskar podał jej telefon. — Minuta do północy. — Do północy według nich — Lena stuknęła paznokciem w kopertę. — Według nas, minuta i jedna sekunda. Pod kopułą zrobiło się ciszej, jakby deszcz na zewnątrz poczuł niepewność. Zegar miejski na starówce wydał dalekie, przytłumione dźwięki pełnej godziny. Wskazówki w zegarku Leny przesuwały się równomiernie, ale to, co miało nadejść, nie było równomierne. To miało przypominać oddech tuż przed biegiem. — Jeśli to… jeśli naprawdę coś się stanie — Oskar połknął suche słowo — to gdzie to będzie? Lena otworzyła notatnik. Zapisane cienkopisem polecenia były konkretne: Obok pierścienia ustaw datę. Prawa skala to dni, lewa to lata. Nie obracaj odwrotnie. Nie zaczynaj dłużej niż dwadzieścia sekund przed. Nie dotykaj wahadła, kiedy zacznie drżeć. Skale pod palcami klikały delikatnie. Lena ustawiła datę babci — nie urodzin, nie ważnego wydarzenia, tylko zupełnie zwyczajny dzień sprzed pięćdziesięciu lat, czerwiec 1973, środek nocy. Oskar tej kombinacji nie kwestionował; w jego spojrzeniu było coś, co kazało mu uważać, że to nie przypadek, że w tym mieście i w tej rodzinie noce potrafią być gęstsze. — Trzydzieści sekund — powiedział. — Masz jeszcze wybór. — Zawsze mam — Lena uśmiechnęła się krótko. — Dlatego tu jestem. Przykucnęła przy skrzynce. Metal był chropowaty, skóra palców wchodziła w mikroskopijne rysy wieku. Pochyliła się nad grawerunkiem na odwrocie zegarka i raz jeszcze przeczytała słowa, które znała na pamięć. Oczy przyzwyczaiły się do bursztynowego światła, ciemność tuż poza nim wydawała się gęsta i bliska, jak teatr tuż przed uniesieniem kurtyny. — Dziesięć — policzył Oskar. — Dziewięć. Osiem… Zegarek tykał jak mały instrument. Powietrze drżało niezdecydowanie, łagodnie, jak łopatki u ptaka szykującego się do lotu. Na mlecznym szkle Rezonatora pojawiła się cieniutka siateczka, najpierw prawie niewidoczna, potem coraz wyraźniejsza, jak rysunek wyłaniający się spod wody. Był to układ ulic. Lena rozpoznała bieg Wisły, wielką plamę starówki, ale coś się nie zgadzało: brakowało mostu, który znała z codziennych tramwajów, a w miejscu, gdzie teraz stało nowoczesne centrum, była tylko pusta, ciemna plama. — Pięć — szeptał Oskar. — Cztery. Trzy… Wahadło zadrżało. Nie jak zwykła stal, ale jak struna, która usłyszała własną nutę. Po podłodze, pod ich dłońmi, przelała się ledwie wyczuwalna fala — zbyt subtelna, żeby można ją było nazwać wstrząsem, zbyt wyraźna, by ją zignorować. Zapach kurzu zmienił się w zapach ozonu i mokrych liści. Lena poczuła, że włosy na karku unoszą jej się milimetr. — Dwa. — Oskar… — wyszeptała. — Jeśli po drugiej stronie… — Nie kończ — powiedział. — Po prostu patrz. — Jeden. Dźwięk zegara zniknął. Na ułamek chwili Lena odniosła wrażenie, że wszystko przestało istnieć w precyzyjnych, oddzielnych rzeczach, a stało się jednym — powietrzem, światłem, ciepłem. Wskazówka sekundowa zawahała się. Zamiast przeskoczyć na zero, drgnęła wyżej, w przestrzeń między kreskami, gdzie nigdy nie było dla niej miejsca. Na tarczy zabłysła liczba, której żaden program nie przewidywał: 60. Rezonator westchnął i rozjarzył się mocniej. Mleczne szkło już nie pokazywało mapy, tylko ruch. Ulice, których nie znali, przesuwały się jak w starym filmie, a w nich ludzie — sylwetki o ostrych kołnierzach, długich płaszczach, wątrobianki szyldów, których litery nie były im całkiem obce, a jednak brzmiały inaczej. Na seledynowym niebie rozkwitł krótki błysk, nie jak piorun, tylko jak pęknięcie w krystalicznym lodzie. Wahadło zatrzymało się w powietrzu. Nie opadło. Stało, pionowe jak palec przy ustach, nakazujący ciszę. Powietrze pod kopułą zgęstniało. Lena, trzymając zegarek, poczuła, że łańcuszek lekko się napina, jakby ktoś po drugiej stronie trzymał jego drugi koniec. — Lena — powiedział ktoś. Głos nie przyszedł z głośnika ani z korytarza. Nie brzmiał jak wspomnienie babci, choć był w nim podobny lśniący pazur. Był tu, w tej chwili, wypowiadał jej imię z miękkim „e”, jak dawniej. — Słyszysz mnie? Oskar spojrzał na nią, a jego „słyszysz to?” było tylko gestem, bo i on słyszał. Bursztynowe światło przeszło w chłodny blask. Krata z mlecznego szkła otworzyła się od środka jak powieka, odsłaniając gęsto tkane okno na coś, co nie powinno istnieć w środku nocy. Na drugim końcu kwitła wczesna pora, jasna, z ostrą, niską barwą słońca. Po bruku brykał koń z uprzężą jak z fotografii. Nad nim nie było nowego mostu. W oknie wystawowym stał radioodbiornik większy niż walizka. I dziewczyna, w sukience w granatowe grochy, przyłożyła dłoń do szkła z tamtej strony, w tym samym miejscu, gdzie Lena przytrzymywała swój zegarek. — Czas się potknął — powiedziała cicho dziewczyna po drugiej stronie, ale jej głos niósł się pod kopułą wyraźnie — jakby mówiła do nich przez metal. — Macie tylko chwilę, zanim wróci do równego kroku. Lena czuła, że wszystko, co dotąd było lekcją i teorią, zbiera się w jedną decyzję. Rezonator brzęczał miękko, wahadło trwało w nienaturalnym bezruchu, łańcuszek zegarka naprężał się jak struna. Liczba 60 na tarczy pulsowała powoli, jak serce pod powieką. — Jeśli wejdziemy… — zaczął Oskar, ale nie dokończył, bo z korytarza dobiegł ich dźwięk klucza w drzwiach. Ktoś jeszcze był w budynku. Ktoś, kto nie lubił nieproszonych gości. Z sufitu spadł drobny pył, jak srebrny deszcz. Mleczne szkło zadrżało i na jego powierzchni rozbiegły się pęknięcia przypominające mapę rzek. — Decyzja teraz — powiedział głos z jasnej strony. Dłoń dziewczyny przywarła do szkła. — Albo zostajesz, albo biegniesz. Tylko nie stój w pół kroku. Sekunda 60 zamigotała, jakby chciała zniknąć. Wahadło drgnęło. Klamka w drzwiach kopuły opadła z ciężkim, zbyt głośnym kliknięciem i czyjeś buty zaczęły odmierzać do nich odległość po kamiennych schodach.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 37
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.