Did You Know?

Ścieżka wśród bagien


Ścieżka wśród bagien
Wieczór spłynął na bagna jak chłodny atrament, z którego wysnuwały się pasma mgły. W listopadowym powietrzu czuć było torf, chłód wody i daleki dym, tak cienki, że bardziej domyślny niż obecny. Hanka wsunęła dłonie głębiej w rękawy kurtki i przystanęła na drewnianej kładce, która drżała lekko pod jej krokiem. Przed nią rozpościerał się płaski świat trzcin, turzyc i olchowych kęp, a nad nim szarzało niebo bez gwiazd. Towarzyszyła jej Trufla — czarno-biała suczka, której każdy krok był miękki, uważny, jakby stawiany na dłoni. Po lewej, na pochyłym paliku kładki, przysiadł Koral, kruk o lśniącym piórze i oczach jaśniejszych niż się wydaje w świetle czołówki. Koral miał zwyczaj pojawiać się „sam z siebie”, kiedy Hanka szła w teren. Przylatywał jak cień, kręcił się w pobliżu, komentował świat swoim gardłowym „kra”, a potem znikał, kiedy uznał, że zrobił swoje. — Jeszcze kawałek i będziemy na miejscu — mruknęła Hanka, choć mówiła to bardziej do siebie niż do nich. Trufla podniosła łeb, słysząc jej głos, i machnęła ogonem. Koral przechylił głowę. Telefon w kieszeni piknął krótko. Sygnał obroży rysicy, Liry, pojawił się znowu. Przez trzy dni milczał, jakby ktoś wyłączył kluczową lampkę w schowku pełnym danych. Teraz ikonka na mapie znowu pulsowała, wyświetlając współrzędne, które niczym klin wbijały się w płachtę zieleni oznaczającą torfowisko. Tam, gdzie nawet łosie wybierały objazd, a zimą śnieg nie chadzał na własnych nogach, tylko zapadał się bezradnie w miękkość. „To nie jest normalne” — pomyślała Hanka, mrużąc oczy. Znała Lirę od wiosny, kiedy zespół założył rysicy obrożę. Młoda, czujna, ostrożna aż do przesady, trzymała się z dala od ludzi. Jej ścieżki były logiczne jak mapa myśli drapieżnika: skraje łąk, gęste młodniki, śródleśne łąki. Nigdy rozległe mokradła w środku doliny. Kładka skręciła, przeszła ponad ciemnym rowem pełnym nieruchomej wody i znów się wyprostowała. Trufla obwąchiwała krawędzie desek, zatrzymywała się przy każdej grudce błota, jakby czytała listy zostawiane przez niewidzialnych autorów. Hanka nachyliła się do świeżego odcisku. Cztery palce, pazury odciśnięte słabo, bo torf miękki. Lis? Za duży. Pies? Układ zbyt sprężysty, krok równy. „Wilk” — przemknęło jej, ale zaraz odgoniła myśl; w tej części doliny wilki rzadko zapuszczały się aż tak daleko w trzcinę. — Pokaż — szepnęła, przykładając dłoń obok śladu. Paznokcie pobrudziła czernią torfu. Ślad był świeży, miękki brzeg jeszcze się osuwał. Koral zakrakał krótko, jakby zauważył coś wcześniej od nich. Hanka podniosła wzrok. Na prawo od kładki trzcinowisko pofalowało, ale nie jak na wietrze: jakby ktoś przesunął dłonią pod kołdrą. Trufla zesztywniała, nasłuchując. Przez ułamek sekundy Hanka miała wrażenie, że cały pejzaż wstrzymał oddech — i nawet woda w rowie przestała szeptać. Mapa w telefonie pokazała, że do punktu zostało trzysta metrów. Kładka tu była stara, zrobiona z nierównych desek, którym dawno skończyła się gwarancja. Wśród olch ktoś kiedyś ustawił prowizoryczne ogrodzenie z drutu, może dla krów. Teraz drut wisiał poszarpany i zardzewiały, jak zły nastrój. Hanka dostrzegła na nim kłaczek sierści. Złotobrązowy, krótki, z połyskiem. Do tego kilka włosów szarych, dłuższych, z ciemną końcówką. Przez lupę, którą nosiła na sznurku, włosy wyglądały jak maleńkie pióra. Dwa różne kolory splecione jednocześnie na jednym zygzaku drutu. Dwa ciała w jednym punkcie, dosyć blisko, by zostawić wspólny ślad. Przez głowę Hanki przeleciał chłodny dreszcz. To nie był zwykły przeskok przez płot. — Trufla, zostaw — ostrzegła, bo suczka już pchała nos w rdzę. Pies podniósł łapy na kładkę, zerkając w ciemność po obu stronach. Koral, zamiast trzaskać dziobem, zsunął się z palika i rozpostarł skrzydła. Chwycił powietrze, zrobił pętlę nad głową Hanki i opadł za drut, gdzie zniknął w trzcinie. Gdy stanęli przy kępie olch, sygnał na mapie zatrzymał się. Współrzędne już nie płynęły, tylko tkwiły w miejscu jak wbity patyk. Hanka wyłączyła ekran, bo światło przeszkadzało oczom, i odczekała. Szum trzciny powrócił, ale falował nierówno; między pasmami szumu układały się przerwy, jak zbyt regularny rytm, który przestaje być przypadkiem. Krok w bok. Jeszcze jeden. Pod butem chrupnęła cienka gałązka. Hanka klnęła w duchu na zbyt głośne buty, na skrzypienie kładki, na to, że noc nigdy do końca nie daje się oswoić. Trufla szła teraz przy nodze, prawie bezgłośnie. Nagle pies zatrzymał się i uniósł wargi, odsłaniając zęby, nie warcząc jeszcze, ale informując świat, że to już granica. — Spokojnie — wyszeptała Hanka, jakby to słowo mogło cokolwiek zmienić. Na wejściu między dwie olchy, w których korzenie wyglądały jak dłonie starych kobiet, zobaczyła coś, co sprawiło, że serce zabiło jej szybciej. Na wystającej z pnia gałęzi wisiał skórzany pasek. Na końcu pasek urywał się równo, nie poszarpany. Obok tkwił czarny fragment plastiku, w który wtopione były drobne, metalowe literki. „LIRA 07”. Obroża. Lżej niż sądziła, zimna od wilgoci, a jednak — kiedy dotknęła plastiku gołą skórą — poczuła pod palcami ciepło. Jak puls. Jakby elektronika trzymała w sobie odrobinę dziennego słońca albo… coś innego. Spojrzała na telefon. Ikonka nadal pulsowała, ale już nie tu, gdzie trzymała obrożę. Dwadzieścia metrów dalej, głębiej w trzcinę. — Niemożliwe — powiedziała do głuchego powietrza. Koral odpowiedział gdzieś z boku krótkim, urwanym „kra”, tylko że brzmiało to bardziej jak ostrzeżenie niż komentarz. Hanka wsunęła obrożę do tylnej kieszeni kurtki i zrobiła krok w kierunku, który wskazywał telefon. Woda pod kładką zadygotała od czegoś ciężkiego, co musnęło powierzchnię. Trufla obróciła łeb w tamtą stronę i wydała z siebie półgłos, coś pomiędzy szczeknięciem a westchnięciem. Zapach zmienił się nagle — oprócz wilgoci i torfu pojawiła się nuta, której nie umiała nazwać. Metaliczna? Jak powietrze tuż po burzy, choć niebo było od kilku dni bez piorunów. Drzewa skończyły się, a kładka przeszła nad szeroką rynną wody. Na czarnym lustrze mignęły dwa punkty, jak odbicie światła, ale nie było skąd odbić. Hanka przystanęła. Było coś w sposobie, w jaki te punkty nie mrugały i nie płynęły z prądem. Koral zawisł nad wodą, trzepocząc skrzydłami tak cicho, że można było zapomnieć, iż jest ptakiem tej wielkości. — Jeśli to żuraw, dawno by nas zmył skrzydłami — przemknęło jej przez głowę. — A jeśli to ryś… rysie nie świecą po wodzie. Sygnał znów drgnął. Pięć metrów w lewo. Telefon wibrował co kilka sekund, rytmem, który wchodził pod skórę. Trufla podniosła łapy na samą krawędź kładki, wciągając powietrze krótkimi seriami. Potem odwróciła się gwałtownie w przeciwną stronę — jakby uszy, które dotąd słuchały wody, naraz usłyszały coś za plecami. Hanka poczuła to nie uszami, tylko kręgosłupem. Powietrze za jej plecami zgęstniało, przestało być tylko tłem. Jakaś łodyga trzciny ułamała się z dźwiękiem tak cichym, że aż przeciął ciszę. Koral zagulgotał nisko, zrywając się gwałtownie w górę. Trufla odwróciła się na pięcie i stanęła bokiem, jak uczą psy, kiedy chcą być jednocześnie gotowe do skoku i do wycofania. Hanka odwróciła głowę, bardzo powoli, żeby starsze mięśnie miały szansę dogonić młodsze instynkty. Na kładce, trzy metry za nią, coś stało. Nie widziała kształtu w całości — tylko cień pociemniejszy od ciemności, z zarysem łopatek i głowy ustawionej zbyt nisko jak na człowieka, zbyt wysoko jak na lisa. Dwa błyski znów zamigotały. Tym razem nie nad wodą. W bezruchu, w którym każdy atom wydawał się czekać na sygnał, Hanka usłyszała oddech. Nie ciężki, nie sapiący. Cichy, równy, pewny. Koral, zamiast krakać, wydał krótki, metaliczny dźwięk, jakby ktoś potrącił strunę. Trufla, nie spuszczając wzroku z cienia, zrobiła pół kroku do przodu. Hanka ścisnęła w palcach pasek obroży Liry, czując, jak plastik tętni ciepłem w jej dłoni, i uniosła wolną rękę, żeby powoli sięgnąć do czołówki. Nie zdążyła wcisnąć przycisku. Coś — chłodne, wilgotne — musnęło róg jej kurtki, a kładka pod jej stopami drgnęła, jakby ktoś lub coś stanęło na niej pełnym ciężarem.


Author of this ending:

Age category: 18+ years
Publication date:
Times read: 37
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.