Schody, których nikt nie widział
Pod koniec sierpnia, kiedy miasteczko zbyt długo trzymało powietrze w płucach i wiatr przestał mówić do drzew, rzeka Rdzawa skurczyła się jak ktoś, komu nagle zabrakło odwagi. Woda spływała leniwie, powolna i płaska, odsłaniając kamienie, które zawsze wydawały się zbyt ostre, by w ogóle istnieć. Nina stała na betonowym brzegu, palcami ściskała pasek futerału po wiolonczeli, chociaż w środku było pusto. Grać przestała trzysta dwanaście dni temu. Liczyła, nie potrafiła przestać.
— Pokaż jeszcze raz — powiedział Iwo, podchodząc tak, żeby stanąć równo z nią. Pachniał czymś miękkim, jak świeżo wyprana bluza, a jego obecność rozsuwała w niej ciemność na kształt kurtyny.
Nina wyjęła z kieszeni kopertę, tę z cienkiego papieru, w której znalazła zasuszony, żółty liść klonu i kartkę z trzema słowami: Piątek. 23:17. Most. Charakter pisma był obcy, ale równy, spokojny. Jakby ktoś pisał na ruchomym stole, a i tak mu nie drżała ręka.
— To nie jest śmieszne — mruknęła, zanim znów poczuła ukłucie, to z rodzaju tych, które nasłuchują. Nadzieja jest drapieżna. — Mogłabym to spalić, wyrzucić, ale… — zamilkła, bo nie potrzebowała kończyć. Iwo wiedział.
Aleks zostawił im w zeszłym roku tylko nagłą ciszę, wiszącą w domu jak ciężki, niedokończony akord. Starszy o trzy lata, rozgadany, z imponującą kolekcją naklejek na futerale od wiolonczeli, w której wszystkie naklejki były równie ważne, choć żadna nie pasowała do drugiej. Pewnego dnia spakował się i wyszedł, mówiąc „wrócę”, tak zwyczajnie, jakby szedł do sklepu po pieczywo. Nie wrócił.
— Usiądziemy, poczekamy — powiedział Iwo, wskazując na ławkę przy balustradzie. — Jeśli to jakiś głupi żart, to przynajmniej przegadamy to do końca. Jeśli nie… — urwał, jakby nie chciał kusić.
Niebo przyjęło kolor czyjegoś zapomnianego swetra, przecieranego w miejscach, gdzie najczęściej dotykało się go dłonią. Latarnie na moście uśpiły świat, i tylko komary odmawiały snu. Nina musiała co jakiś czas zmieniać pozycję, żeby wygodniej oddychać. W jej zegarku tykał równy, elektroniczny czas, ale w niej samej płynęła inna rzeka, co raz przyspieszała, raz hamowała.
— Pamiętasz — zaczęła — jak Aleks wymyślił, że będziemy zgadywać ludziom marzenia po butach?
Iwo się uśmiechnął. — I jak wszystkie twoje typy były o dzieciach i psach.
— A twoje o podróżach i bieganiu. — Nina przechyliła głowę. — A jego? Zawsze mówił o dźwiękach.
— Że człowiek, który chodzi w białych trampkach w listopadzie, chce grać tak cicho, żeby nikt nie musiał kaszleć.
Śmiali się krótko, szeptem, żeby nie zbudzić zbyt wielu przeszłości. Minuty zaczęły mieć inny kształt. O 23:12 woda poruszyła się dziwnie, jakby ktoś pod spodem pociągnął za cienką nitkę. O 23:14 z północnej strony mostu rozległ się metaliczny zgrzyt. Pokręcone barierki zapiszczały, a Nina poczuła jak ten dźwięk wkręca się w nią, aż tam, gdzie serce było ostatnio miękkie jak miękisz chleba.
— Słyszysz? — Iwo wyprostował się, już bez tego miękkiego zapachu, za to cały z nerwów.
Słyszeli. Zgrzyt powtórzył się, dłuższy, bardziej pewny. Pod mostem, gdzie zwykle rozbijały się gałęzie i butelki, nisko przy filarze wyłoniło się coś prostokątnego i ciemnego. Wyglądało jak klapa z metalu, dotąd schowana pod wodą. Teraz połyskiwała na brudny srebrny kolor, ociekając. Obok, w cieniu, rysowały się schody. Kilka stopni z surowego kamienia, tak zwietrzałych, że zdawały się pamiętać inne miasta.
Nina nie wiedziała, czy bardziej chce uciec, czy dotknąć tego wszystkiego. Wstała pierwsza. Czuła drżenie w kolanach, nieznośnie swoje, a jednocześnie nie do końca własne.
— Rozumiesz, że to może być pułapka? — Iwo nie zadawał pytań, które zatrzymują. Raczej te, które pozwalają lepiej widzieć. — Jeśli schodzimy, to razem.
— Wiem. — Nina skinęła głową. — Iwo… jeśli to on… — To „jeśli” nie miało końca. Unosiło się w powietrzu jak peleryna, która nie chce opaść.
Zeszli z mostu po nasypie, ostrożnie, jak w filmie, który lepiej oglądać bez dźwięku. Byle nie przestraszyć rzeczywistości. Kamienie strzelały pod butami, błoto chrobotało cicho. Klapa nie była zamknięta, jakby ktoś, kto ją otwierał, nie miał czasu zamknąć albo chciał, żeby ktoś inny ją otworzył do końca. Iwo podniósł ją dwoma palcami, jak podnosimy coś, co nie należy do nas, ale musimy to zrobić.
Powiało chłodem. Schody, z bliska, wyglądały na wykute ręcznie. Każdy stopień był inny, każdy palił w łydkach inaczej. Pod spodem pachniało wilgocią, algami i rdzawą wodą, tak intensywnie, że wspomnienia przychodziły same. Wspomnienia, w których śmiech Aleksa odbijał się od ścian tak samo jak ich kroki teraz.
— Daj — powiedział Iwo i wyciągnął telefon, włączając latarkę. Stożek światła przeciął powietrze i rozlał się po ścianie. Cegła, tu i tam nadgryziona czasem. Jakieś napisy, zmazane, nieczytelne. Rurka, która nie prowadziła nigdzie. Ostatni stopień był niższy, niebezpiecznie śliski.
— Spokojnie — mruknął, cofając się o pół kroku. — Ktoś tu był. Niedawno.
W rogu, pod ścianą, stało coś czarnego. Podłużnego. Nina zobaczyła to w tym samym momencie, w którym żołądek zrobił coś bardzo konkretnego, ten ruch, który mówi nam: pamiętam. Futerał. Czarny, porysowany, z naklejką przedstawiającą żółtą kasetę magnetofonową i wytartym napisem. Ten napis zawsze ich bawił, bo był po angielsku i brzmiał jak nazwa czegoś z innego świata. Futerał był zamknięty, ale zamek miał tę samą, głupią rysę, którą kiedyś zrobiła, kiedy uczyła się niecierpliwości.
— To nie musi być… — zaczął Iwo, ale głos ugrzązł mu w gardle.
Nina położyła palce na uchwycie, a potem cofnęła je, jak parzyła ją przeszłość. Krew pulsowała jej w policzkach. W ustach czuła metal. W głowie skrzypnęły dawne sceny: ich trójka w kuchni, słońce na płytkach, Aleks z wiolonczelą, śmiejący się, że smyczek to miecz, tylko że mądrzejszy.
— Jeśli to nie on, i tak muszę to wiedzieć — powiedziała cicho. — Jeśli to on… — Znów zawisła.
Nad nimi, jakieś trzy metry wyżej, przejechał samochód, a drgania mostu przesunęły się po ścianach jak język po szkle. Woda skropliła się na krawędziach i spadła na ich ramiona. Nina nie drgnęła. Wzięła oddech, ten najgłębszy, jak przed wejściem na scenę, kiedy światło jeszcze nie wie, że za chwilę będzie musiało przestać mrugać.
— Raz, dwa… — zaczęła, bez sensu licząc, bo przecież nie biegła, a jednak całe ciało wykonywało ruchy znajome z biegu. — Trzy.
Dotknęła zamka. W tej samej sekundzie w kieszeni jej kurtki zawibrował telefon. Dźwięk przeciął ciszę, niepewny i ordynarnie współczesny. Prawie upuściła futerał. Spojrzała na ekran, jeszcze nie wierząc, że widzi to, co widziała. Litery były zwyczajne, białe na czarnym tle. Nic w nich nie błyszczało, oprócz znaczenia.
„Połączenie przychodzące: Aleks”
Palec Ninie zawisł nad zieloną słuchawką. W rogu, na futerale, kropla wody zamigotała i spłynęła wolno, jakby miała czas tylko dla nich. I wtedy, z ciemności po lewej stronie, gdzie światło latarki już nie sięgało, coś się poruszyło.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?