Did You Know?

Sala, której nie ma w planie


Sala, której nie ma w planie
Deszcz uderzał w wielkie okna starego liceum, jakby próbował zagrać na nich niecierpliwą perkusję. Zapach mokrej kredy mieszał się z wonią farby olejnej i politury, a w przeszklonych gablotach na korytarzu stały pochylone puchary, na których wyryto daty sprzed dekad. Na ścianie przy wejściu wisiał portret patrona — surowy Erazm w czarnym birecie — który, zdaniem uczniów, potrafił patrzeć tak, że człowiek zaczynał prostować plecy bez pytania. Kaja szła szybko, choć niby się nie spieszyła. Plecak obijał jej biodro, szkicownik w środku stukał rytmicznie o bidon. Trzecia klasa oznaczała nieszablonowe projekty, stypendia, portfolia i cały ten wielki, niewygodny pakiet z napisem „przyszłość”. Lubiła to, co nie mieściło się w prostym planie lekcji. Dlatego kiedy e‑dziennik wysłał powiadomienie o dodatkowej fizyce rozszerzonej w sali 213b, prychnęła śmiechem: numery w tym skrzydle skakały z 213 od razu na 214. 213b nie istniała. — Ty też to masz? — Maks dołączył do niej przy schodach, kręcąc w palcach pałeczki perkusyjne. Nie rozstawał się z nimi nawet w bibliotece, co regularnie doprowadzało panią Grodecką do teatralnych westchnień. — 13:13, sala 213b. Brzmi jak żart informatyków — odpowiedziała Kaja, zerkając na ekran telefonu. — Chyba że ktoś postanowił nas sprawdzić. — Dr Radecki — wyszeptał dramatycznie Maks. — Podobno przyszedł z politechniki, robił jakieś pokręcone projekty z optyki. I wczoraj powiedział, że będzie nas uczył „myślenia przestrzennego”. Nie wiem, czy mam się bać. W holu na parterze stał wielki, okrągły zegar — stary, z wypukłą szybą i czarnymi wskazówkami. Odkąd Kaja pamiętała, był zepsuty. Zatrzymał się dawno temu na 13:13 i od tej pory pełnił funkcję dekoracji i żartu pierwszaków. Tego ranka jednak wskazówki drgnęły. Ledwie, prawie niedostrzegalnie, ale drgnęły. Ktoś to zauważył — szepty rozlały się jak fala po płytkich wodach. — Patrz — tknął ją łokciem Maks. — Albo mi się wydaje, albo ten trup właśnie mrugnął. Kaja przystanęła pod zegarem, czując, jak jej własne serce dostosowuje się do niesłyszalnego tik-tak. Przez chwilę świat zwęził się do okrągłej tarczy i odbicia lampy w wypukłej szybie. Potem ktoś szturchnął ją w plecy i z mętliku głosów wynurzył się szkolny gwar: plan lekcji, dzwonki, sprawdziany, ktoś zgubił piórnik, ktoś biegnie na kółko filmowe. Biblioteka pachniała kurzem i herbatą. Pani Grodecka, bibliotekarka o brodzie drgającej przy każdym „dzień dobry”, opiekowała się nie tylko książkami, lecz także plikami planów i rycin przedstawiających historię budynku. Liceum stało na miejscu dawnej willi z oranżerią, potem dobudowano skrzydło z salą gimnastyczną, a gdzieś nad tym wszystkim wisiała historia nieco zbyt poważna jak na korytarz z plakatami o konkursie z biologii. — Pani Grodecka — zaczęła Kaja, opierając się biodrem o blat wypożyczalni. — Ma pani może plan naszej szkoły? Taki starszy. Szukam sali 213b. — Dziecko drogie — przewróciła oczami bibliotekarka, ale już sięgała po teczkę. — 213b nie ma. Była kiedyś druga 213, bo coś pomylili przy numeracji, ale to było lata temu. Potem zamurowali przejście, bo robiło przeciąg. Po co ci to? — E‑dziennik twierdzi, że mamy tam dziś fizykę — dodał Maks, kładąc na blacie pałeczki, jakby w depozycie. — 13:13. Taka… symbolika. Pani Grodecka zatrzymała się w pół ruchu. Spojrzała na nich inaczej, jakby wreszcie zobaczyła nie tylko plecaki i kubki termiczne, ale i dwie ciekawskie głowy. Odsunęła teczkę, wyjęła z niej zżółkły rysunek techniczny. — To plan sprzed… hmmm… siedemdziesiątego któregoś. Wtedy dobudowali północny korytarz. Zobaczcie — wskazała ołówkiem cienką kreskę między salami 213 i 214. — Tu jest wnęka. Tyle że dostęp był od drugiej strony. Kiedyś podobno trzymali tam modele do fizyki. A potem zrobiono z tego składzik. Albo i nie. Nikt nie lubi otwierać drzwi, za którymi wieje. — Wieje? — powtórzył Maks z przekorną ciekawością. — W przenośni, Maksie. I trochę dosłownie. Stare mury lubią przeciągi — ucięła pani Grodecka, ale już zapisywała na karteczce: północny korytarz, obok gabloty z medalami szachistów, za ogłoszeniami. Z dzwonkiem na trzecią lekcję Kaja przestała myśleć o planach budynku. Pani od polskiego kazała pisać krótką scenę z inwersją, której sens zmienia się wraz z punktem widzenia. Później biologia, krótkie sprawdzanie z mitozy. Potem przerwa, kawa z automatu, rozmowa na szybko z Zosią ze szkolnego radia, która już wiedziała o „budzącym się zegarze” i planowała felieton. Kaja lubiła ten rytm: zakreślony, nerwowy, żywy. A jednak co kilka minut wracała myślą do cienkiej kreski na planie i obietnicy czegoś, co puka zaledwie szeptem w mur. Na długiej przerwie wrócili pod gablotę z medalami szachistów. Z tyłu wisiały szkolne plakaty: nabór do chóru, wymiana z Barceloną, ogłoszenie o zagubionej czapce z rudym pomponem. Kaja wsunęła palce pod krawędź ramy i poruszyła nią lekko. Cała konstrukcja zaskrzypiała i odchyliła się jak drzwiczki, odsłaniając wąską szarą płaszczyznę ściany. Na wysokości biodra widać było zarys prostokąta — stare, zamurowane przejście obite tynkiem, na którym czas zostawił mapę pęknięć. — To jest ten moment, kiedy mądry człowiek idzie na stołówkę — stwierdził Maks. — A ciekawski szuka łyżki do zupy, żeby dłubać w murze. — Stołówka dziś ma krupnik. Wygrał mur — mruknęła Kaja. Przesunęła dłonią po tynku. W jednym z pęknięć wyczuła chłód i coś metalicznego. — Jest tu zawias. Tylko… zaszpachlowany. Do ich skradania dołączyła się nagle cisza. Korytarz po drugiej stronie skrętu milczał, jakby całe liceum wzięło haust powietrza. Świadomość, że robią coś między „wolno” a „nie wolno”, sprawiła, że serce Kaji przyspieszyło. Od dziecka nie znosiła kłamać, ale pociągało ją sprawdzanie, dokąd prowadzą zamknięte drzwi. — Przesuń tę tablicę z ogłoszeniami — szepnęła. — Jakby… tak… o centymetr. Wtedy usłyszeli dźwięk, który przeszył ich do środka. Zegar w holu na parterze — ten nigdy nienaprawiony, z wypukłą szybą i czarnymi wskazówkami — uderzył. Jeden raz. Drugi. Trzeci. A potem zawisła w powietrzu krótka cisza, jakby ktoś zamknął książkę tuż przed ostatnim akapitem. — 13:13 — powiedział półgłosem Maks, bez żartu. W pęknięciu tynku coś drgnęło, jakby mur wziął płytki oddech. Kaja cofnęła rękę i poczuła, że palce ma białe od pyłu. Wtedy, bardzo powoli, z tego samego pęknięcia wysunął się cienki skrawek papieru. Jak list, który ktoś stamtąd przepychał z cichą determinacją. Maks zamienił się w posąg. Kaja chwyciła za krawędź kartki, ostrożnie. Na wierzchu, rozmazanym ołówkiem, ktoś napisał dzisiejszą datę. Poniżej trzy słowa: „Kaja, nie spóźnij się”. Jej imię było zapisane pismem, które aż za dobrze znała — swoim. — Nie — wyszeptała, czując, jak przez skórę na karku przechodzi zimno. — To jakiś żart. — Zosia? — zgadywał Maks. — Albo ten od pracowni technicznej, co umie podrobić wszystko? Kaja odwróciła kartkę. Na odwrocie, cienkim jak mgła pismem, dodano: „Sala 213b. Jedno wejście. Bądź przed drugim dzwonkiem”. — Drugi dzwonek to przerwa przed fizyką — powiedział Maks, patrząc na ekran. — Za dziewięć minut. To nie był czas na dyskusje. Kaja wsunęła kartkę do kieszeni bluzy, wytarła dłonie o dżinsy i rozejrzała się. Za gablotą z medalami był słupek, a na nim mała, prawie niewidoczna klamka — otwór w tynku, który wyglądał jak przypadkowe wyszczerbienie. Pociągnęła. Nic. Pchnęła. Nic. Zamiast tego poczuła, jak klamka lekko drży, jakby ktoś po drugiej stronie trzymał ją w palcach i czekał na odpowiedni sygnał. — Nie wiem, czy to jest mądre — oddychał nierówno Maks. — Ale jeśli to głupi pomysł, to przynajmniej spektakularny. Kaja spojrzała na niego z mieszaniną strachu i ekscytacji. W głowie miała schematy, rysunki, ciche przeczucie, że to może być coś na granicy konstrukcji i wyobraźni. Zegar milczał. Korytarz szumiał jedynie światłem świetlówek. Gdzieś daleko zamknęły się drzwi klasy i ktoś prychnął śmiechem. — Jeśli zaraz wpadnie woźny, mówimy, że szukamy rur — wyszepnął Maks. — Albo że uciekł nam hamak historii. — Hamak? — Kaja parsknęła, ale szybko odnalazła spokój. Wyciągnęła rękę jeszcze raz, mocniej, pewniej. — Dobra. Trzy… dwa… Nie zdążyła powiedzieć „jeden”. Zamek po drugiej stronie zaskoczył sam. Tynk zarechotał cicho, jak stary, zadowolony kot. Przejście poruszyło się o włos. Z ciemności za ścianą powiało chłodem i zapachem kredy, tak wyraźnym, jakby ktoś przed momentem przestał pisać na tablicy. A potem, gdzieś w środku tej niewidocznej przestrzeni, coś zazgrzytało, ktoś przesunął krzesło i usłyszeli szept: imię Kaji, wymawiane tonem, którego jeszcze nigdy w tym budynku nie słyszała. Kaja zacisnęła palce na klamce i spojrzała na Maksa. Ten skinął głową, raz, bardzo powoli. Wtedy w ciemności mignęło cieniutkie światło, jak włączony na sekundę wskaźnik laserowy, i zatrzymało się dokładnie na krawędzi przejścia, jakby wskazywało miejsce, w którym…


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 36
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.