Sala 214
Po siedemnastej korytarze Collegium Meridianum cichły jak oddech uśpionego zwierzęcia. Zza okien, porosłych bluszczem, wpadał podłużny, chłodny zmierzch; na parterze portiernia świeciła jednym żółtym oczkiem lampki, a klucze na metalowych haczykach brzęczały raz po raz, gdy ktoś z wykładowców wychodził wcześniej. Pachniało pyłem, kredą i woskiem do parkietu.
— Tylko do dziewiątej — mruknął pan Grzelak, portier, podając Lenie pęk ciężkich kluczy. — Po remoncie czwartego piętra alarm lubi wszczynać wybryki. Nie pchać się tam, gdzie wiszą taśmy.
— Jasne. Tylko notes — obiecała Lena, zaciskając palce na zimnym metalu. — Pani doktor Niegoda jutro robi kolokwium. Bez notatek jestem ugotowana.
Miała dwadzieścia lat, za duże, sprane swetry po ciotce i nawyk zapisywania wszystkiego: dat, nazwisk, zdań rzuconych mimochodem. Notes był jej drugą pamięcią. Zostawiła go, roztargniona, w sali projekcyjnej na drugim piętrze, gdy pomagała Michałowi testować mapowanie na stare freski w auli. Wyszła na pięć minut po kawę i... pięć minut zmieniło się w cały dzień.
Michał czekał już przy windzie, oparty o ścianę z tablicą ogłoszeń. Miał nieprzyzwoicie dobry humor jak na koniec zajęć i plecak wypchany kablami. Obok jego buta leżał rulon białej taśmy malarskiej.
— Pojedziemy na górę? — skinął głową. — W auli jeszcze wszystko stoi. Chcę wrócić rzutnik do pracowni, zanim ktoś go „pożyczy na chwilę”.
Winda westchnęła, zatrzasnęła się z oporem, powiozła ich powoli w górę, trzeszcząc w szybie jak stare drzewo na wietrze. Lena patrzyła na swoje odbicie w metalowych drzwiach: rozczochrana, z czerwonym szalikiem, z cieniem niepokoju pod oczami, który pojawiał się zawsze przed sprawdzianami. Drzwi się rozsunęły.
Drugie piętro było prawie ciemne; światła zapalały się sekcjami, reagując ospale na ruch. Korytarz skręcał w literę U, pół ściany zajmowały gabloty z pożółkłymi zdjęciami. Dzień Naukowca sprzed dekady, wstążki, uśmiechy przyciśnięte szkłem. Dalej biegły białe taśmy „UWAGA – REMONT” oddzielające nowe skrzydło.
— Notes zostawiłam w auli 206 — powiedziała, przechylając klucz w zamku. Zamek zaprzeczył, stukając sucho. — Albo w 208, przy kablach.
— Albo w 214 — zażartował Michał pod nosem, ale jego śmiech zagubił się w pustce.
Drzwi ustąpiły. Aula zaszeleściła ciemnością. Na katedrze leżały porzucone wydruki, ściana była jeszcze zaklejona kwadratami taśmy. Rzutnik stał na środku jak milczący świadek wcześniejszego zamieszania. Lena przeszła między ławkami, szukając znajomego grzbietu notesu. Zajrzała pod krzesła, pod przewrócone kartony. Nic.
— Może zostawiłaś go u Niegody? — podpowiedział Michał, przeglądając kabel po kablu, aż wreszcie odetchnął z ulgą i schował rzutnik do torby. — Dzwoniłaś do niej?
— Pisałam — odpowiedziała Lena, wyjmując telefon. Dwie nieprzeczytane wiadomości. Pierwsza: „Klucze w portierni. Proszę, nie szaleć po remontowanym skrzydle. H.N.” Druga: „I pamiętać o cytatach z wykładu, to będzie w zadaniu.” Lena prychnęła. — Och, pani doktor…
Wyszli na korytarz. Automatyczny wentylator zamruczał gdzieś nad głową. Po lewej, za taśmą, zaczynało się nowe skrzydło: świeże ściany, sensowna liczba gniazdek, pachniało farbą i metalem. Za taśmą, mniej więcej na wysokości połowy U, wisiała tabliczka „Sala 214”. Drzwi błyszczały nowym lakierem. Klamka miała plastikową osłonę jak opatrunek.
— A może… — Michał przyłożył dłoń do włosów, jakby próbował wygładzić myśl. — Wchodziliśmy tamtędy wczoraj z ekipą od świateł. Mieli przepustki. Może wtedy zgubiłaś.
— Pan Grzelak mówił, żeby nie — przypomniała Lena, ale jej własny głos zabrzmiał bez przekonania. Znajomy dyskretny wstyd: nieumiejętność zostawiania rzeczy na swoim miejscu. Zbliżyła się do taśmy i zajrzała przez mleczną szybkę w drzwiach. W środku było pusto. Nowe ławki, czarna tablica lśniąca jak tafla wody. Zegar nad katedrą wskazywał 21:14 i stał.
— Zegar utknął — mruknął Michał półgłosem, jakby fakt ten był ważniejszy niż był. — Dziwne.
— Wszystkie zegary tu wariują — stwierdziła Lena, obracając klucz w ręce. — Pamiętasz anglistykę? Nigdy nie zgadzają się z rzeczywistością.
Zanim zdążyli odejść, z wnętrza — tak im się zdawało — dobiegł krótki, metaliczny dźwięk. Nie dzwonek. Raczej miękkie brzęknięcie, jakby ktoś usiadł zbyt mocno na krześle, dotykając nogą kaloryfera. Oboje zamarli, nasłuchując. Dźwięk się nie powtórzył, ale wyostrzył krawędzie ciszy.
— Słyszałaś? — zapytał Michał, a Lena skinęła głową. Spojrzała znów przez szybkę. W dalszym kącie, pod tablicą, leżał jasny prostokąt. Karta papieru. Mogła być jej. Mogła być zwykłą kartką z drukarki. Mogła być wszystkim.
— Szybko wejść, szybko wyjść — zdecydowała, pociągając za fragment taśmy. Taśma kleiła się do palców, miękko szeleszcząc. — Zanim pan Grzelak zauważy.
Korytarz odpowiedział tylko echem. Drzwi 214 nie miały jeszcze zamontowanego zamka docelowego, ktoś wsadził w nie tymczasowy wkład ze standardowym kluczem. Lena próbowała po kolei z pęku. Jeden nie pasował. Drugi… Trzeci ustąpił nagle, z zaskakującą łatwością. Klamka ruszyła w dół, drzwi rozchyliły się i wpuściły do środka szary, obojętny chłód.
Sala pachniała nowym plastikiem i kredą. Fluorescencyjna lampa mrugała dwa razy, nim zaskoczyła na stałe, roztaczając blade światło. Ławki stały w równych rządkach, ani jednej rysy. Pod tablicą leżała karta papieru, ale nie była biała; miała kremowy odcień i cienkie, drobne linie. Zbliżyli się. Na środku kartki ktoś napisał datę dzisiejszą, ołówkiem. Pod datą, dwie linie niżej, stało: „Lena Nowak, Michał Bednarski”. Długopisem. Zbyt pewną, nieprzesadnie ozdobną ręką.
— To jakiś żart? — zaszeptał Michał. Odruchowo spojrzał w górę, jakby ktoś mógł wisieć pod sufitem i go obserwować. — Nie zostawiałem nikomu naszych nazwisk.
Lena miała wrażenie, że jej własne litery patrzą na nią jak oczy. Przecież nigdy by nie napisała tak równo. Głos rozsądku podpowiedział: lista obecności, ot tak. Odmiana potrzeby sensu: ktoś ćwiczył pismo. A jednak coś w krągłości „L” i w niewidocznej jeszcze kropce nad „i” sprawiało, że jej skóra ścierpła. Wyciągnęła rękę i dotknęła papieru opuszkami. Był suchy, chłodny. Świeży.
— Patrz — powiedział cicho Michał, wskazując tablicę. Ktoś kreską kredy narysował tam schemat. Nie przypominał rysunku do fizyki ani planu ewakuacyjnego. Kilka linii zbiegających się w punkt pośrodku, coś, co mogło być szkicem wnęki albo okienka, strzałka, wąskie odręczne cyfry. Pod spodem zapis: „21:14 – nie spóźnić się”.
Zegar nad katedrą nadal tkwił przy tej godzinie, jak zamrożony. Lena poczuła, jak w przełyku robi się sucho, jakby połknęła grudkę powietrza. Wyjęła telefon i zerknęła na godzinę. 20:53. Jeszcze dwadzieścia jeden minut. Absurd myśli zderzył się z własną logiką: co, niby mamy czekać?
— To nienormalne — ocenił Michał. — Ktoś tu był. Przed chwilą albo niedługo. Może ekipa remontowa? Może…
Z korytarza dobiegł odgłos kroków. Nie szybkie, nie też powolne. Pewne. Jeden, drugi, trzeci, miarowe. Lena zamarła, marszcząc brwi. Kroków było jakby dwoje. A potem rozległ się brzęk kluczy — dźwięk zupełnie inny niż wcześniejszy: bardziej rozgadany, żywy, jak śmiech monet.
— Pan Grzelak — odetchnęła, czując ulgę przeplatającą się ze wstydem. Już miała ruszyć do drzwi, by tłumaczyć się z przecięcia taśmy, kiedy telefon zawibrował. Nowa wiadomość na ekranie. Numer nieznany.
„Nie wchodźcie.”
Michał spojrzał na nią pytająco. — Kto?
— Nie wiem — wyznała. — Może jakiś żart?
Stara czarna tablica cicho zaskrzypiała, jakby drgnęła od przeciągu. Kawałek kredy, leżący dotąd spokojnie na rynience, poruszył się i stoczył, zostawiając po sobie mały, jasny pył. W tej samej sekundzie światło mrugnęło, a potem wróciło, odrobinę bardziej białe, odrobinę zimniejsze.
— Zobacz — Lena weszła w głąb sali, zostawiając drzwi uchylone. Na końcu, tuż przy oknie, stała stara, metalowa szafka, ta z odzysku, wciśnięta w róg między grzejnikiem a ścianą. Drzwi szafki były uchylone na szerokość palca. W środku coś połyskiwało. — Tu jest…
Przykucnęła i wsunęła palce w szczelinę. Z materiału wysunął się rulon kalek, przewiązany czerwoną nitką. Na pierwszej kartce — jej pismo. Nie mogło być jej pismo. A jednak było. Nierówne, nawykowe spięcia liter, o których nie myślała. Wzdrygnęła się. Obok kalek leżała koperta bez znaczka. Na wierzchu ktoś napisał: „Dla tych dwojga z listy”.
— To musi być ustawione — upierał się Michał, chociaż jego głos stracił pewność. — Kampania integracyjna, dowcip starszych roczników. Wiesz, „witamy na wydziale”.
— Jakoś mi się nie śmieje — powiedziała Lena, a własne słowa brzmiały jej obco w uszach. Obróciła kopertę. Nie była zaklejona. Drgnęła, gdy znów usłyszała kroki na korytarzu. Tym razem bliżej. Przystanęły przy progu. Pchnęły lekko drzwi… które okazały się otwarte.
Drzwi drgnęły i stanęły. Ktoś musiał być tuż za nimi. Lena, z kopertą w dłoni, spojrzała pytająco na Michała. On bez słowa skinął głową. Przeszła dwa kroki. Złapała za klamkę, odsunęła drzwi szerzej, gotowa zalać portiera potokiem przeprosin i tłumaczeń.
Za progiem nie było nikogo.
Korytarz stał pusty, rozświetlony poszatkowanym przez czujniki światłem. Gdzieś na końcu mrugała dioda alarmu. Na podłodze leżał wąski pasek taśmy „UWAGA – REMONT”, przecięty równo nożem. Lena poczuła, jak skóra na karku robi jej się cienka jak papier.
— Chodźmy — szepnął Michał, nagle bez pieprznej odwaga. Wziął ją lekko za ramię. — Po klucze, portiernia, tłumaczymy. Nic głupiego.
Zanim zdążyli zrobić krok, zegar nad katedrą kliknął cichutko. Po raz pierwszy od kiedy tu weszli wskazówka sekundowa ruszyła, opadając o jedno oczko. 21:15. Jedna minuta za późno. Lampa nad ich głowami zasyczała i światło na sekundę zgasło.
W ciemności, tuż przy ich uchu, ktoś wypowiedział ich imiona, anemicznie, jakby z kartki: „Lena. Michał.”
Światło wróciło. Klamka po drugiej stronie drzwi przekręciła się powoli, sama z siebie, aż metal zaskrzypiał po raz drugi. Drzwi zaczęły się domykać, jakby ktoś, niewidoczny, odprowadzał ich z powrotem do środka.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?