Rogaliki w ucieczce
W miasteczku Migdałki poranki pachniały tak, jakby słońce wstawało z posypką. To wszystko przez piekarnię Pani Migdałowej. Sklepik miał szyld w kształcie rogalika, a w gablocie siedziały na półkach pączki jak księżyce w futerkach z cukru.
Zosia miała sześć lat, włosy związane gumką w kolorze cytrynowego loda i kotka w paski o imieniu Rabarbar. Rabarbar był kotem uczonym: umiał otwierać szufladę na skarpetki i doskonale wiedział, gdzie trzyma się najlepsze chrupki. Niestety, nie umiał pisać, więc swoje najważniejsze sprawy załatwiał mruczeniem.
Tego dnia Zosia wpadła do piekarni, a za nią wturlał się Rabarbar. Dzwoneczek nad drzwiami zadźwięczał jak łyżeczka o szklankę herbaty.
— Dzień dobry, Pani Migdałowa! — zawołała Zosia. — Czy są rogaliki z dżemem?
— Oczywiście, że są — odparła Pani Migdałowa, poprawiając czapkę w groszki. — A właściwie… były. Przed chwilą wyjęłam dwie blachy. Jedna stoi tu, ale gdzie druga…
Pani Migdałowa spojrzała na pusty stół. Został na nim tylko ślad z cukru pudru, jak biała ścieżka narysowana palcem.
— Przecież ja je… — zaczęła, po czym odchyliła się i kichnęła: — A-psiu! — bo cukier puder zakręcił jej w nosie.
Zosia spojrzała na podłogę. Biała ścieżka nie kończyła się na stole. Wiodła przez blat, spływała po krzesełku, robiła hop przez dywanik i prowadziła prosto do drzwi.
Rabarbar wciągnął nosem, aż mu wąsy zatańczyły.
— Mrrau? — powiedział, co znaczyło: „To pachnie jak przygoda”.
— Pani Migdałowa, czy my możemy… — Zosia wskazała ślady. — Tylko zobaczyć, dokąd to idzie?
— Idźcie, idźcie, złote dzieci! — westchnęła Pani Migdałowa. — Tylko uważajcie, żeby się nie poślizgnąć. I odprowadźcie rogaliki do domu, proszę.
Zosia uchyliła drzwi, a dzwoneczek zadzwonił bardziej niż zwykle, jakby też chciał iść. Ślad z cukru pudru biegł ulicą Piegową, obok sklepu z miarą i guzikiem, aż do rogu, gdzie mieszkał Pan Marchew, który nawoływał pomidory na balkon. Tam ścieżka skręcała i robiła dwa malutkie kółka, zupełnie jakby rogalik zatańczył piruet.
— Ktoś je prowadzi — szepnęła Zosia. — Albo same wiedzą, dokąd iść.
— Mrrauu — zamruczał Rabarbar, co znaczyło: „A może po prostu uciekają na drugie śniadanie?”.
Pod szkołą podstawową ślady zrobiły „hop-hop” przez płytki chodnikowe, jakby bawiły się w klasy. Pani Woźna zamiatała liście, a gdy zobaczyła biały ślad, uniosła brwi.
— O, śnieg w sierpniu? — zażartowała. — Dajcie znać, jak zobaczycie bałwana z lukru.
Zosia zaśmiała się i pomachała. Rabarbar uważnie stawiał łapki, co chwilę otrzepując futerko z bieli. Wyglądał, jakby ktoś posypał mu grzbiet gwiezdnym pyłem. Gdy kichnął, z nosa poleciała mała chmurka cukru. Kich! Rabarbar spojrzał na nią z takim zdumieniem, jakby właśnie sam siebie obsypał brokatem.
Ślady biegły dalej do parku Chlapu-Chlap. Tu zawsze słychać było chlupot fontanny Bulbulka, który pluł wodą wysoko, jakby chciał dosięgnąć chmur. Po drodze Zosia zauważyła śmieszny szczegół: co kilka kroków ścieżka robiła się szersza, jakby ktoś odcisnął nie tylko rogalikowe kroki, ale i polizania. Obok leżał porzucony widelec z zieloną rączką.
— Hm — powiedziała Zosia, marszcząc nos. — Widelec nie pasuje do rogalikowego biegu.
— Mrr — mruknął Rabarbar. — Widelec pasuje do rogalikowego jedzenia.
Na placu zabaw huśtawka skrzypiała sama, chociaż nikt na niej nie siedział. Ślady cukru pudru wiodły pod nią, potem pod drabinkę, zrobiły okrążenie wokół karuzeli i wreszcie zatrzymały się przy ławce w kratkę. A właściwie nie tyle przy ławce, co przy pudełku, które stało pod ławką.
Pudełko było w kratkę biało-czerwoną, jak obrus na pikniku. Na jego wieku ktoś nakleił naklejkę: „Proszę NIE przewracać do góry nogami”. Oczywiście stało do góry nogami. Z jednej strony widać było maleńką dziurkę, a z dziurki wydobywał się dźwięk: chrup… chrup… chrup.
— Słyszysz? — Zosia pochyliła się, a kucyk opadł jej na czoło. — Ktoś chrupie.
Rabarbar położył się na brzuchu i wsadził wąs do dziurki. Dźwięk natychmiast ucichł. Potem rozległo się ciche „mlask”, a kot aż podskoczył, bo ktoś najdelikatniej na świecie polizał mu wąsa.
— Mrrau! — oburzył się. To znaczyło mniej więcej: „Proszę nie lizać mi wąsów bez zaproszenia!”.
Nagle z krzaków po prawej stronie wysunął się długi patyk. Za patykiem pojawiła się ręka w rękawiczce ogrodowej, a za ręką Pan Dudek, ogrodnik. Miał czuprynę jak zielony szczypiorek wystający z czapki.
— O, dzieci! — uśmiechnął się. — Szukacie czegoś? Bo jeśli zgubiliście pieroga, to widziałem go rano pod huśtawką. Chociaż teraz myślę, że to był kamyk w kształcie pieroga.
— Nie, dziękujemy — odparła grzecznie Zosia. — My mamy sprawę rogalikową.
— Ach, rogaliki! — Pan Dudek zamrugał. — Dzisiaj fontanna Bulbulek bąbluje coś słodszego niż zwykle. Może to syrop malinowy, a może komar miał urodziny i dostał tort.
Zosia spojrzała znów na pudełko. Chrup… chrup… A potem stuk, jakby coś w środku podskoczyło i stuknęło o tekturę. Ślad cukru pudru kończył się tu idealną kropką. Rabarbar postawił łapę na wieku, a pudełko lekko się poruszyło.
— Może to rogaliki się schowały, bo… — Zosia ściszyła głos. — Bo nie chcą, żeby je zjedzono?
— Albo ktoś urządza piknik pod ławką — zasugerował Pan Dudek. — W każdym razie pudełka nie trzyma się do góry nogami. To bardzo drażni kanapki. Kanapki lubią mieć horyzont w porządku.
— To ja przewrócę — zdecydowała Zosia, kucając. — Ale delikatnie.
Złapała pudełko za boki. Rabarbar usiadł obok i nadął ogon jak pióropusz. Pan Dudek nachylił się z ciekawością, a fontanna Bulbulek akurat zrobiła „Plum!” tak głośno, jakby chciała zaklaskać. Zosia odwróciła pudełko prawą stroną do góry i ułożyła je powoli na ziemi.
W środku znów coś zaszeleściło. Potem usłyszeli bardzo ciche: „Ty-tam… ty-tam…”, jak małe kroki na papierze.
— Halo? — zapytała Zosia. — Czy w pudełku mieszka ktoś grzeczny? Bo jeśli tak, to możemy porozmawiać.
— Mrr — dodał Rabarbar, co miało oznaczać: „I proszę oddać mój wąs”.
Zosia podważyła wieko jednym palcem. Ktoś z środka odpowiedział nagle energicznym „chrup!”, a potem — ojej! — z pudełka wypłynął zapach ciepłego masła i malin, tak gęsty, że Rabarbar przewrócił się z rozkoszy na plecy. Pudełko drgnęło tak, że wieko uniosło się jeszcze trochę. Kawałeczek dżemu zamigotał jak rubin.
— Gotowi? — szepnęła Zosia, posyłając Rabarbarowi spojrzenie odkrywcy. Kot przytaknął poważnie, jak profesor od kocich chrupków.
W tej samej chwili coś od spodu pudełka zapukało trzy razy: puk, puk, PUK! Ławka zadrżała. Fontanna wydała z siebie przeciągłe „Bul-bul-bul-buuul…”, jakby też wstrzymała oddech. Zosia wsunęła palce pod wieko i zaczęła je podnosić, gdy nagle po drugiej stronie parku rozległ się okrzyk:
— Hej! Ktoś widział moje…
Głos urwał się, bo z pudełka wysunęło się coś połyskującego, okrągłego i bardzo, bardzo rogalikowego…
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?