Rakieta w Doniczce
Był ciepły wieczór i pachniała mięta. Maja i Staś siedzieli na balkonie i liczyli satelity. Nad nimi świeciły lampki jak drobne gwiazdki. Kot Pączek rozlał się jak ciepły naleśnik na krześle i mruczał cicho.
– Widzę jedną! – zawołał Staś i przycisnął do oka rurkę z kartonu. – O, tam! Leci powoli!
– To pewnie kosmiczny pociąg – zażartowała Maja. – A może listonosz z gwiazd.
Pączek podniósł ucho. Coś delikatnie stuknęło w doniczkę z miętą, jak kropla deszczu. Nikt nie widział, żeby padało. Maja pochyliła się i rozsunęła liście.
W ziemi leżało coś srebrnego. Było gładkie i połyskiwało jak rybia łuska. Wielkości kubka. Miało malutkie okienko i trzy punkciki na wierzchu. Jeden błyskał w rytmie: bzyt… bzyt… bzyt.
– Co to? – szepnął Staś.
– Wygląda jak… statek? – Maja nie była pewna. – Tylko bardzo, bardzo mały.
Pączek wcisnął nos między liście. Srebrna rzecz zabrzęczała i wyświetliła na swoim okienku świetlny obrazek. Jakby mapę. Był tam nasz blok, ich balkon, a nad nim niebo z dużą, migającą gwiazdką.
– Widzisz? – Maja aż wciągnęła powietrze. – Ono zna nasz balkon!
Staś dotknął jednego z punktów. Srebrna rzecz drgnęła i wysunęła cienki pasek ze świateł, jak metr krawiecki, tylko świecący. Na pasku pojawiły się literki: MAJA. Potem STAŚ. Potem, ku wielkiej dumie Pączka, słowo PĄCZEK.
– Skąd ono zna Pączka?! – Staś zadarł głowę i zachichotał, ale oczy miał duże i okrągłe.
Pasek schował się, a srebrna rzecz zaczęła cichutko składać się i rozkładać, jak papierowy ptak. Z jej boków wysunęły się dwa skrzydełka, na dachu rozkwitły płatki jak z paneli słonecznych. Całość urosła odrobinkę, potem jeszcze troszkę, aż do wielkości małej budki dla ptaszków. W doniczce zrobiło się ciasno.
– To naprawdę rakieta – powiedziała Maja bardzo powoli. – Rakieta w naszej doniczce.
Srebrna rakieta zamrugała do nich okienkiem. W środku pojawił się błękitny blask, a na balkonie, nad stolikiem z sokiem, zawirowało powietrze. Z wiru wyskoczyła sylwetka złożona ze światła – malutki pilot. Był okrągły, miał dwie iskierki zamiast oczu i uśmiech jak półksiężyc.
– Halo! – odezwał się głosem, który brzmiał jak dzwoneczek i bąbelek razem. – Tu Kropka, pilot pierwszej klasy. Sygnał przyjęty. Szukam załogi małej, ale bystrej.
Staś zakrył usta dłonią. – On mówi!
– A ja słyszę! – Pączek miauknął, co brzmiało jak: Miau!
Kropka pomachał. Obok niego rozwinął się następny obrazek. Była na nim ścieżka świetlna prowadząca z balkonu wprost do gwiazdy, tej, która migotała nad blokiem. Nad gwiazdą rysowała się chmurka z trzema pytajnikami. Kropka dotknął chmurki i skrzywił się troszkę, jakby czegoś mu brakowało.
– Mam do was prośbę – powiedział. – Moja rakieta szuka zaginionego… hmm… błysku. Bez niego nie polecę. Potrzebuję odważnych oczu i szybkich rąk. Pomożecie?
Maja spojrzała na Stasia. Staś spojrzał na Maję. Oboje spojrzeli na Pączka, który akurat próbował polizać panel słoneczny.
– To brzmi jak… przygoda – powiedziała Maja, a serce skakało jej jak piłeczka. – Ale jak mamy wejść do takiej małej rakiety?
Kropka klepnął się świetlną dłonią w czoło. – O, racja! Już, już!
Rakieta zadrżała. Płatki na dachu rozsunęły się szerzej. Skrzydełka wyprostowały jak ręce. Boki zaczęły się rozsuwać, jakby ktoś zjadał bułkę i odkładał okruszki, tylko że w odwrotnej kolejności: z okruszków robiła się większa bułka. Srebrne ścianki rosły cicho, bez szelestu. Lampki na balkonie zadrżały i mrugnęły, a potem znów świeciły normalnie.
Już po chwili rakieta miała wysokość krzesła. W jej boku pojawiła się smukła klapka. Z środka wysunęła się rampka, jak bardzo grzeczny język pieska. Na końcu rampki błyszczały dwa małe kaski – jeden z naklejką w kształcie chmurki, drugi z naklejką w kształcie kotka. Trzeci, malutki, miał nadrukowaną… rybkę.
– Te kaski są dla was – oznajmił Kropka, zadowolony. – I dla pana Pączka, jeśli… jeśli pan Pączek zechce.
Pączek obwąchał swój kask i zamrugał poważnie, jakby mówił: Jestem gotów.
Nagle z wnętrza rakiety popłynęło cichutkie pikanie. Na drzwiach pojawiły się trzy punkciki. Pierwszy zapalił się na czerwono. Drugi zamrugał na pomarańczowo. Trzeci czekał, blady i zielony.
– Co to znaczy? – spytał Staś, przytrzymując kask.
– To odliczanie – szepnął Kropka, a jego świetlne oczy zrobiły się okrągłe jak guziki. – Gotowość, gotowość… prawie gotowość!
Powietrze pachniało miętą i czymś nowym, wagą świeżej przygody. Maja wzięła głęboki oddech. Serce znowu skakało, ale przyjemnie. Wyciągnęła dłoń. Dotknęła rampki. Była gładka i ciepła.
W tym samym momencie pierwszy punkcik zmienił kolor z czerwonego na różowy i rozległo się: – Trzy…
Lampki na balkonie zamigotały.
– Dwa…
Klapka w rakiecie drgnęła, zielone światełko mrugnęło i drzwi zaczęły się rozsuwać coraz szerzej, a z wnętrza popłynął szum, jakby ktoś właśnie otwierał niebo
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?