Did You Know?

Puls latarni


Puls latarni
Wiatr od morza pachniał metalem i mokrym sznurem. Od wiosny latarnia na skraju klifu nie świeciła, jakby ktoś wcisnął pauzę na najważniejszym guziku miasteczka. Mówili, że to przez oszczędności, że teraz wszystko robią drony, syreny i aplikacje, ale kiedy widziałam ciemną wieżę na tle nieba, czułam się, jakby w środku mnie też zgasło jakieś małe, uporne światło. Szafki w naszej szkole brzęczały jak rój stalowych pszczół. Kiedy otworzyłam swoją, z książek wysunęła się biała koperta. Trzecia w tym tygodniu. Kartka w środku była wydrukowana, bez podpisu, bez ozdobników. Litery równe, cierpliwe: „Wczoraj policzyłaś oddechy do czterech. Cztery wdech, cztery pauza, cztery wydech. Nikt nie zauważył, jak trzymałaś kciuk w kieszeni. Złość w Tobie jak napięta cięciwa, której boisz się dotknąć. Nie musisz być dzielna na pokaz. Dziś o zmierzchu — klif. Latarni brakuje ciebie tak samo, jak Tobie brakuje jej.” Zatrzasnęłam drzwi szafki i poczułam, jak krew zaczyna mi huczeć w uszach. Oparłam czoło o zimny metal. To zdanie o oddechach było jak dotknięcie w miejsce, którego pilnowałam, żeby nikt nie widział. Odkąd tata wyjechał do pracy do Gdańska, wszystko we mnie było albo za ciche, albo za głośne. Mama wracała z dyżurów w szpitalu zmęczona jak stare koce, a ja… ja liczyłam do czterech i udawałam, że mam wszystko pod kontrolą. — Znowu? — Marcel stanął obok, jak zwykle z kapturem zsuniętym na jedno oko i słuchawkami na szyi. — Daj. Podałam mu kartkę. Przeczytał raz, potem drugi, jakby literki mogły mu za drugim razem wyjaśnić, kto to jest. Marcel zawsze zbierał rzeczy, które inni wyrzucali — stare tranzystory, kasety, mapy, a ostatnio nawet gałkę od pieca, która kręciła się gładko jak myśl przed zaśnięciem. Miał dar: wszystko, co dotknął, od razu chciało opowiedzieć mu swoją historię. — To ktoś, kto cię zna — mruknął w końcu. — Albo obserwuje. Ale to brzmi… — zawiesił głos i wywrócił oczami. — Prawie poetycko. No i „dziś o zmierzchu — klif”? Serio? — Nie pójdę sama — powiedziałam szybciej, niż pomyślałam. Wzruszył ramionami i wsunął kartkę do kieszeni bluzy, jakby była jego. — Jasne, że nie pójdziesz sama. Tylko wiesz, że nie mogę na długo, babcia ma urodziny. Ale sprawdzimy. Może ktoś robi sobie żarty. Do ostatnich lekcji siedziałam jak na igłach. Nauczycielka od polskiego zadawała nam temat wypracowania o bohaterach, którzy wybrali dobrą drogę, choć była trudniejsza. Brzmiało to jak coś z plakatu na korytarzu. Wolałabym napisać o bohaterach, którzy nie wiedzą, czy są bohaterami, bo czasem płaczą w łazience i liczą kafelki. Albo o dziewczynach, które boją się, że pewnego dnia zostaną z tym wszystkim same i nawet nie będą umiały poprosić o pomoc. Po lekcjach poszliśmy na falochron. Siedzieliśmy na betonie, nogi zwisały nam nad spienioną wodą. Marcel rzucał kamyki, a ja patrzyłam, jak szybują lekko i gwałtownie jednocześnie. Cztery wdech, cztery pauza, cztery wydech. Morze robiło to samo, tylko bez liczenia. — Może to ktoś, komu kiedyś pomogłaś — powiedział, nie patrząc na mnie. — Albo ktoś, kto czyta to, co zapisałaś w sieci. — Nic nie zapisałam — odpowiedziałam. — Pamiętasz, jak zrobiłam ten pseudonim? Nie mam tam nic o… — zatrzymałam się. O tym, jak zaciskam palce w kieszeni, gdy nauczycielka pyta, gdzie jest mój ojciec. O tym, że w nocy czuję się jak pusta szafa. — No to mnie ktoś okropnie zdenerwuje — mruknął. — Bo to wchodzenie komuś do głowy bez pukania jest słabe. Słońce zachodziło ostro, pomarańczową żyletką przecinając chmury. Latarnia była cieniem na tle nieba, gruba, z metalowym balkonem pod lampą, która miała dawno temu zostać zdemontowana. A jednak niektórzy mówili, że czasem, gdy jest mgła, widać błysk — nie światło, bardziej jak odbicie, jak ktoś migający latarką z bardzo daleka. — Dobra — Marcel wstał. — Idziemy zanim zrobi się całkiem ciemno. Pokażemy się, zobaczymy, czy ktoś przyjdzie. Jak to jakiś pajac, to zrobię mu zdjęcie i powiem, że ma poważny problem z prywatnością. Ścieżka na klif była wąska, wiodła przez krzaki tamaryszku, które szumiały jak rozmowy dorosłych za zamkniętymi drzwiami. Szłam i czułam, jak serce mi skacze, nie tylko z wysiłku. Cztery wdech. Cztery pauza. Cztery wydech. Miałam w plecaku latarkę, wodę i notatnik, ten, w którym od czasu do czasu pisałam zdania, których nie umiałam powiedzieć na głos. Na pierwszej stronie wciąż było zdanie: „Czego chcę się nauczyć: nie przepraszać za to, że czuję.” Latarnia z bliska była większa, niż pamiętałam. Jej tynk, obsypany solą i wiatrem, miał kolor nieba po burzy. Drzwi były zamknięte na łańcuch, ale jedno skrzydło odstawało jak brwi kogoś, kto nie wie, czy się uśmiechnąć. Kiedy podeszliśmy, z środka dobiegł nas chłodny zapach starego metalu i wilgotnego betonu. — Sprawdź — Marcel nachylił się i pociągnął za łańcuch. Zaskrzypiał nieprzyjemnie, ale… puścił. Jakby ktoś go zapiął tylko „na pokaz”. Wewnątrz było półciemno, jak w kinie tuż przed rozpoczęciem filmu. Schody kręciły się do góry w wąskiej spirali. Na ścianie, przy pierwszym zakręcie, wisiał stary plakat informujący o konserwacji. Datę zasłaniała plama, która wyglądała jak rozmazany palec. Marcel włączył latarkę w telefonie. Pęknięcia w tynku układały się w delikatne żyłki, jak w liściu pod światło. — Halo? — zawołał cicho. Echo odpowiedziało nam głosem, którego nie da się przypisać do żadnej osoby, bo należy do miejsca. — Ktokolwiek to jest, niech nie udaje duchów, dobra? Mamy tylko dwie siły — moją i Leny — i obie wolimy rozmawiać normalnie. Na drugim piętrze znaleźliśmy stół z metalowymi nogami i rozrzucone kartki. Równiutkie wydruki, takie jak te w mojej szafce. Na pierwszej stronie było napisane: „To nie żart. Potrzebujesz usłyszeć, że to, co czujesz, jest realne. Morze reaguje na wiatr, a ty na to, co przeżywasz. Nie udawaj, że wczoraj położyłaś się spać bez łez.” Zadrżała mi ręka. Nie mówiłam o tym nikomu. Nawet sobie nie chciałam do końca przyznać. Marcel położył mi dłoń na ramieniu. Nie patrzyliśmy sobie w oczy, bo wtedy wszystko byłoby za bardzo. Zamiast tego odchrząknął i wskazał następną kartkę. „Wiem, że boisz się, że już nie wrócisz do tej osoby, którą byłaś rok temu. Ale wracanie nie zawsze jest potrzebne. Czasem idzie się do przodu, jak światło, które okrąża horyzont i wraca przy następnej fali. Dzisiaj latarnia odpowie. Dzisiaj ją usłyszysz.” — „Odpowie”? — powtórzył Marcel. — Komu? Nam? Był chłodniejszy podmuch. Schody wyżej zaszumiały. Z góry dobiegło coś jak lekki stuk, jakby ktoś bose stopy postawił na szkle. Spojrzałam na latarkę Marcela. Krąg światła drżał, jakby trzymała go ręka nie do końca zdecydowana. — Chodźmy — powiedział spokojniej, niż się czułam. — Sprawdzimy, co to. I jeśli to jakieś dziecko, które się tu bawi w straszenie, to odprowadzimy je do domu, dobra? Każdy stopień skrzypiał inaczej. Czułam zapach soli i czegoś jak stary olej. Na trzecim piętrze była mała wnęka, a w niej coś jeszcze: kredą narysowane kreski na ścianie. Cztery długie, jedna przekreślająca. Pięć. W kolejnym rzędzie cztery długie, jedna przekreślająca. I znowu. Odruchowo położyłam palce na kreskach. Miały proszkową gładkość tablicy. Przeliczyłam: cztery, pauza, cztery. Nagle poczułam, jakby ktoś dotknął we mnie tego samego rytmu, który liczyłam w nocy. Nie wiedziałam, czy to mnie uspokaja, czy przeraża. — Uważaj — Marcel chwycił mnie za łokieć. — Ktoś tu był niedawno. To świeża kreda. Tuż pod szklaną latarnią sufit był niższy. Zajrzałam do góry. Z ponad nami sączył się mleczny blask. Nie był mocny, nie oślepiał. Nie powinno go w ogóle być, bo latarnia była odłączona. A jednak światło było, jak oddech za drzwiami. Wtedy zawibrował mój telefon. Wyjęłam go, a ekran rozjaśnił mi dłonie jak latarnia małym statkom. Jedna wiadomość. Nadawca: Ja. Serce zacisnęło mi się w piąstkę. „Jesteś blisko. Nie rób hałasu.” Marcel spojrzał na mój ekran, potem na mnie. Jego brwi uniosły się o milimetr — ten milimetr, po którym zaczynają się inne plany niż to, co zakładaliśmy. Z góry znów dobiegł delikatny odgłos. Jakby ktoś przesunął po szkle dłonią w rękawiczce. Światło nad nami przygasło na sekundę i wróciło w równym, spokojnym rytmie. Cztery błyski. Pauza. Cztery błyski. — Lena… — szept Marcela był prawie bezgłośny. — Ktoś jest na górze. Schody pod moimi stopami drgnęły, jakby ktoś postawił ciężar nad nami, tuż przy metalowej drabinie do galerii. Przełknęłam ślinę, smakowała jak rdza. Znałam to uczucie dobrze: strach i ciekawość, które przepychają się w wąskim przejściu, żadne nie chce przepuścić drugiego. Zrobiłam krok. I jeszcze jeden. A wtedy nad nami coś poruszyło się przy szybie, cieniem przecinając mleczny blask.


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 33
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.