Pokój bez numeru
Deszcz wsiąkał w bruk przy Garncarskiej, a kamienica pachniała mokrą cegłą i kurzem. Kiedy Lena dotarła do skrzynki, wypadła z niej koperta bez znaczka, z charakterystycznym, granatowym stemplem poczty: „12 X 1984, Kraków 1”. Papier był zaskakująco gładki, jakby nigdy nie leżał trzydzieści dziewięć lat w czyjejś szufladzie.
W windzie dogonił ją pan Szpak, sąsiad w wełnianym płaszczu, który pamiętał jeszcze czasy, gdy w tej kamienicy piec opalano koksem.
„Znowu szwankuje światło w piwnicach” – mruknął. – „Wieczorem lepiej tam nie schodzić. I proszę nie denerwować Pepika, bo ostatnio syczy na drzwi na końcu korytarza.”
„Na które?” – zapytała Lena, a winda zatrzymała się na trzecim piętrze z lekkim jękiem.
„Te bez numeru” – odparł, jakby to było najnormalniejsze na świecie, po czym wysiadł i zniknął za swoim zielonymi drzwiami.
W mieszkaniu Lena rozerwała kopertę dopiero po zdjęciu przemoczonych butów. W środku był cienki arkusz papieru, zapisany pismem, które znała z przepisów na drożdżowe i z kartek świątecznych: pismo jej babki, Lidii. „Leno. Jeśli to czytasz, znaczy, że list dotarł o czasie. Nie schodź po zmroku na dół. Jeśli usłyszysz zegar, wracaj. Pokój bez numeru nie lubi gości.” Na dole, jak podpis, widniała tylko litera „L.”
Lena, archiwistka z Uniwersytetu, miała w zwyczaju odpowiadać na nieprawdopodobne rzeczy porządkiem i źródłami. Następnego dnia w przerwie pracy pojechała do Archiwum Narodowego na Rakowicką. W katalogu planów budynków przy Garncarskiej znalazła teczkę z wyblakłą etykietą. Plan z 1939 roku pokazujący układ piwnic urywał się przy ścianie nośnej; ktoś ołówkiem, dawno temu, domalował krótką kreskę, jakby korytarz biegł jeszcze dalej. Przy marginesie odbijała się pieczątka: „NIE UDOSTĘPNIAĆ”. A na karcie korespondencji administracyjnej z 1984 roku trafiła na kilka wierszy o „awarii instalacji i zamknięciu pomieszczenia technicznego (bez numeru) do odwołania”. Bez podpisu, bez dalszych wyjaśnień.
Wieczorem mgła była gęsta jak mleko, a sygnał dzwonu z kościoła Mariackiego rozlewał się nad dachami. Lena wsunęła latarkę do kieszeni płaszcza. Pepik, czarno-biały kot pana Szpaka, przeciął jej drogę u dołu schodów, zawahał się i zniknął, kiedy otwierała stalowe drzwi do piwnic. Smród nafty, rdzy i starego prania uniósł się łagodną falą.
Żarówka przy wejściu migała, ale latarka ekspercko przeszyła mrok. Lena liczyła kroki: siedem do rozjazdu korytarzy, czternaście do metalowej kraty, dziewiętnaście do swojego boksu. Przy dwudziestym trzecim zatrzymała się na chłodnej kropelce, która spadła jej na dłoń z sufitu – choć sufit był suchy.
Z boku, za skrzynią z kaflami, cegła w ścianie odstawała. Lena wsunęła paznokcie i poruszyła ją delikatnie; cegła wyszła bez oporu, a za nią w szczelinie czekało coś płaskiego. Wyciągnęła polaroida. Na fotografii widać było ten sam korytarz, ten sam zacieki na tynku. Na końcu – drzwi. Gładkie, jak świeżo malowane. Bez tabliczki, bez numeru. Na odwrocie ktoś napisał ołówkiem: „Punkt ósma.”
Zegarek Leny wskazywał 19:57. Poczuła, jak w gardle rośnie jej wąski, niewygodny susz. Czy to głupie? – pomyślała. – Pewnie tak. A jednak jej ręce już kierowały światło latarki na koniec korytarza. Drzwi, które znał Pepik i o których mruknął pan Szpak, były tuż przed nią. Farba na nich połyskiwała pod światłem, odrapana przy krawędziach. Klamka – matowa, mosiężna – była chłodna.
19:59. Z głębi, zza drewna, dobiegło ją delikatne tykanie. Nie jak w starych zegarach, które rąbią powietrze ciężkim metalem, raczej jak dyskretne, eleganckie „tik”, sklejone z ciszą. Z każdym uderzeniem czuła wyraźniej, że to nie płynie z rury, nie z przewodu, tylko z miejsca po drugiej stronie drzwi.
20:00. Tykanie ucięło się, jakby ktoś zdjął igłę z płyty. W tej samej chwili coś po tamtej stronie poruszyło się cicho, a potem nadszedł dźwięk, którego nie dało się pomylić z niczym innym: krótki, mechaniczny klik. Ktoś od środka właśnie przekręcił zamek.
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?