Did You Know?

Pod regałami


Pod regałami
Pierwszy raz, gdy Barrowfield High nabrało dla mnie osobowości, przypominało nauczyciela na zastępstwie, który nie zna jeszcze żadnego imienia i wszystkich woła „mistrzu”. Budynek był zlepkiem dziwnych decyzji — aula dudniąca jak jaskinia, skrzydło naukowe pachnące gorącymi monetami i biblioteka na trzecim piętrze, bo ktoś kiedyś stwierdził, że książki powinny być bliżej idei. Bibliotekę lubiłam mimo wszystko. Miała ruchomą drabinkę, która skrzypiała jak uprzejme skrzypce, i miała panią Campo, bibliotekarkę, która potrafiła uciszyć nawet chmurę burzową. Kiedy zatrudniła mnie na jesień jako pomoc bibliotekarską — „bo alfabetujesz jak maszyna i zadajesz za dużo pytań” — wręczyła mi zalaminowaną kartkę z zasadami. Czcionka była ładna. Zasady nie. 1. Nie dzwonić małym srebrnym dzwonkiem na biurku. 2. Nie odkładać niebieskiego atlasu. 3. Nie karmić katalogu. — Czuję, że trójka to przenośnia — przeczytałam na głos, podczas gdy Malik leżał rozwalony na pufie jak emerytowana rozgwiazda. Pani Campo poprawiła okulary i spojrzała ponad nimi. — Jestem bardzo dosłowna, Zadie. Zostawiam was dwoje do inwentaryzacji po godzinach, bo drużyna od quizów błagała o spokojne miejsce do nauki. Zamknijcie, gdy skończycie. Nikt inny nie powinien być na tym piętrze. — Zerknęła na Malika, który obracał ołówek przez wszystkie jego egzystencjalne fazy. — I absolutnie nie dzwonić dzwonkiem. — A co się stanie, jeśli zadzwonię? — zapytałam, bo oczywiście, że zapytałam. — Będziesz rozczarowana swoimi wyborami — powiedziała i zniknęła między „Reference” a „Romance”, jakby zawsze miała zaplanowane takie wyjście. Malik przewrócił się i usiadł. — Absolutnie zadzwonimy tym dzwonkiem. — Absolutnie nie — odparłam, bo połowa mojej osobowości to mówić Malikowi „nie”, a druga połowa to on i tak to robiący. Był wtorek, najgorszy dzień na robienie czegokolwiek, i całe liceum miało kiepski nastrój. Klimatyzacja utknęła na „arktyczna tundra” od lipca, a jarzeniówki bzyczały jak pszczoły z opiniami. Na zewnątrz boombox drużyny lekkoatletycznej próbował w kółko zagrać ten sam refren i się poddawał. W środku Malik i ja zbudowaliśmy fortecę z podręczników i zakazanych przekąsek. Turniej drużyny od quizów miał być za cztery dni i postanowiliśmy spróbować niemożliwego: naprawdę się przygotować. — Mówię ci — Malik wertował książkę o rzadkich stolicach — zapytają o coś takiego jak fińska koncepcja *sisu*, i będę musiał zdobyć puchar na podstawie samych wibracji. — Wibracje mają trzydzieści procent skuteczności w taką pogodę — powiedziałam. — Poza tym twój ołówek umarł. Spojrzał na starte drewienko w ręce. — Przeżył pełne życie. — Sięgnął po kolejny i odkrył, że cały jego piórnik to cmentarzysko. — Pomyślałaś kiedyś, że ołówki to po prostu drzewa, które tresujemy do odrabiania pracy domowej? — Możemy je wytresować też do zdania geometrii? Pracowaliśmy w rytmie: ja skanowałam kody, Malik zadawał coraz dziwniejsze pytania w rodzaju „Ile mandarynek to za dużo mandarynek na raz? Hipotetycznie.” Biblioteka miała swoje zwykłe nocne odgłosy: westchnienia wentylacji, zegar tykający zgryźliwie, drabinka czasem przesuwająca się, choć nikt na niej nie stał. Dywan miał kolor optymistycznego siniaka. Za każdym razem, gdy podnosiłam wzrok, regały wydawały się o krok bliżej, jakby podsłuchiwały. O 20:13, po tym jak Malik pochłonął bohaterską liczbę mandarynek i ochrzcił je „pomarańczami do nauki”, podszedł do głównego biurka i spojrzał na mały srebrny dzwonek z uniesioną brwią. — Nie — powiedziałam, nawet nie podnosząc głowy. Stuknął w niego delikatnie jak motyl. Dzwonek nie wydał dźwięku. Stuknął mocniej. Nic. Potrząsnął. Cisza. Malik spojrzał na dzwonek tak, jak patrzy się na zawieszony komputer. — Widzisz? — powiedziałam. — Rozczarowany swoimi wyborami. — Może to metaforyczny dzwonek — stwierdził. — Dzwonisz nim w sercu. Otworzyłam usta, by powiedzieć, co mi dzwoni w sercu, i wtedy drabinka się przesunęła. Nie skrzypnęła, dlatego wiem, że zrobiła to celowo. Sunęła grzecznie wzdłuż toru na wschodniej ścianie i zatrzymała się przy dziale atlasów, jakby została przywołana. Malik i ja zrobiliśmy tę rzecz, gdy patrzysz na coś ruchomego i wmawiasz sobie, że to wiatr, a potem pamiętasz, że jesteś w środku. — Widziałeś to, prawda? — spytał. — Zdefiniuj „widziałam” — odparłam, już idąc w stronę drabinki, bo ciekawość to choroba, na którą nie ma szczepionki. Dział atlasów znajdował się pod wąskimi oknami wpuszczającymi tylko kawałek wieczornego nieba. Półki były pełne map ciężkich jak średniej wielkości pies. Na środku była luka — dokładnie szerokości drabinki — gdzie regały się nie stykały. Kiedy się nachyliłam, zobaczyłam ścianę. Tylko że to nie była ściana. To były drzwi. Drzwi, których nigdy wcześniej nie widziałam. Miały tupet mieć przyklejoną kartkę z napisem: *Piwnica.* — Bardzo śmieszne — powiedziałam do świata. — Jesteśmy na trzecim piętrze. — Może budynek identyfikuje się jako wyższy — stwierdził Malik, jak zwykle kompletnie niepomocny. Drzwi nie były ani stare, ani nowe. Miały ten instytucjonalny beż, który nakłada się na rzeczy, by ludzie je ignorowali. Miały klamkę, czarną metalową rączkę i żadnego zamka. Mój żołądek zrobił salto. — Nie powinniśmy — powiedziałam, łapiąc już klamkę. — Zgadzam się — odparł Malik, wchodząc na drabinkę obok mnie, pachnący mandarynkami jak cytrusowa aura. Klamka się obróciła. Drzwi otworzyły. Za nimi: wąska klatka schodowa, niepasująca do żadnej części Barrowfield High, jaką znałam. Oświetlał ją sznur nagich żarówek, każda bzyczała osobno, jakby miała własną urazę. Powietrze było chłodne, papierowe, smakowało jak wnętrze książki, która ma o tobie opinię. Spojrzeliśmy na siebie z Malikiem. Mieliśmy dokładnie tę samą myśl i powiedzieliśmy ją jednocześnie: — Na pewno tam zejdziemy. — Tonem ludzi, którzy wiedzą lepiej. Schodziliśmy po schodach, zanim zdążyłam wymienić wszystkie powody, dla których to zły pomysł. Na dole świat otworzył się w pomieszczenie jak każde zaplecze: biurko identyczne jak to u góry, tyle że ze szklaną kopułką przykrywającą ideę kurzu. Obok wlot zsypu na książki. Na ścianie neon: OPEN. Niepodłączony do niczego. Na biurku leżała koperta z moim imieniem: *ZADIE JIN.* W środku karta plastikowa z napisem *ACCESS: ARCHIVE — LEVEL B.* Była ciepła, jakby ktoś dopiero co miał ją w kieszeni. Nie zdążyliśmy się zastanowić, bo Malik wskazał atlas stojący na stojaku. Niebieski jak północne jezioro. Zakładka: *NIE ODKŁADAĆ.* Otworzyliśmy. To była mapa… tego miejsca. Nie plan budynku. Żywa mapa. Na niej czerwony punkt z podpisem *ZADIE.* Drugi z podpisem *MALIK.* I trzeci. Pojawił się na korytarzu. Najpierw bez imienia. Potem atrament drgnął i napisał: *NADCHODZĄCY.* Coś zadudniło w zsypie. Neon mrugnął jaśniej. Dzwonek pod kopułą zadźwięczał raz, drugi, trzeci. Punkt *NADCHODZĄCY* poruszał się ku drzwiom. Klamka od strony korytarza zaczęła się obracać. A my mieliśmy jeden oddech, by zdecydować, czy uciekamy, czy udajemy meble. Drzwi zaczęły się otwierać.


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 25
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.