Did You Know?

Pod kopułą Feniksa


Pod kopułą Feniksa
Rozkładali kopułę na błoniach przy rzece, tam gdzie tory wyjeżdżały z miasteczka w proste pole, jakby ktoś odrysował je linijką po trawie. Markizy trzepotały, sznurki śpiewały, a ciężkie belki zapadały w ziemię z głuchym, pewnym stukiem. Pachniało mokrym płótnem, popcornem i smarem z generatora. Niebo mieniło się łososiowym blaskiem, a w tej poświacie czerwono-niebieski namiot Cyrku Feniks wyglądał jak wielkie serce wszyte w łąkę. Lena siedziała wysoko na metalowej kratownicy, z nogami przewieszonymi nad manek, śrubokręt wystawał jej z tylnej kieszeni. Przed oczami miała akurat reflektor, który uparcie ciemniał, kiedy klaskała dwa razy—stary trik, żeby sprawdzić, czy reaguje. Była asystentką techniczną, co w Feniksie oznaczało wszystko i nic: raz o świcie malowała listewki, innym razem napinała liny, a czasem liczyła żarówki, z których połowa odmawiała posłuszeństwa akurat w deszcz. Nie narzekała. Od dziecka dorastała między przyczepami. Znała ścieżki między wozami lepiej niż ulice miasta, z którym cyrk nigdy nie wiązał się na dłużej niż trzy noce. Kiedy nikt nie patrzył, pozostawała sama na środku manieżu i stawała na cienkiej linie do ćwiczeń kilka centymetrów nad piaskiem. Bez chwytnych dłoni publiczności, bez fanfar. Tylko jej łydki, tyczka i oddech. Marcel mówił, że ma stopy urodzone do równowagi. Marcel, perkusista i żongler w jednym, zawsze pachniał kredą i miętą. Zawsze też pojawiał się w najmniej oczekiwanym momencie, jak teraz, kiedy wyłonił się z cienia przy maszcie i uniósł do góry bębenek. – Dyrektorka szuka cię wzrokiem – zawołał cicho. – W programie jest nowy numer, „Przejście nad Rzeką”. O dziewiątej. Lena zerknęła w dół. Dyrektorka Aurelia stała na środku manieżu, jakby wrosła w piasek. Miała włosy upięte w srebrny koczek i laskę zakończoną metalową gałką, która w świetle lamp wyglądała jak gwiazda. Jej głos rozdzielał przestrzeń jak trąbka w orkiestrze. – Próba światła za dwadzieścia minut! – wołała. – I niech nikt nie dotyka skrzyń z napisem „Zwierciadło Wędrowne”. Nie inwestowaliśmy w to szkło, żebyście na nim sprawdzali fryzury. W odpowiedzi ktoś parsknął śmiechem. Właśnie wtedy pod namiot wtoczyli wóz z czarną skrzynią oklejoną zmarzłymi naklejkami w różnych językach. Pan Kaut, iluzjonista o powiekach ciężkich jak zasłony teatralne, osobiście nadzorował przenosiny. Na wieku skrzyni bielił się napis: „Zwierciadło Wędrowne – nie przechylać. Nie dotykać gołymi dłońmi”. – Serio? – szepnął Marcel, kiedy podszedł bliżej do Lenę. – Lustro, które nie lubi ciepła. – Każde coś ma, żeby o nim mówić – odparła Lena. – A to podobno „połyka światło”. Nie zbliżyła się jednak. Odkąd Feniks kupił ten numer od pewnego teatru z południa, wokół lustra narósł szept. Że w blasku reflektorów odbija rzeczy, których nie ma. Że przyciąga spojrzenia. Że nie należy w nie patrzeć po północy. Lena nie była przesądna. Ale była ostrożna, jak każdy, kto chodzi po linie lub o tym marzy. O ósmej namiot oddychał inaczej: stale i cicho, jak wieloryb przed zanurzeniem. Wśród krzeseł kręciły się dzieci z watą cukrową, starzy kolejarze w czapkach, nastolatki, które chciały być bliżej światła. Matki poprawiały czapki, ojcowie sprawdzali zegarki. Pierwsze dźwięki orkiestry uniosły się spod estrady, miękkie i pewne. Tylko jeden dźwięk był nie na miejscu: lekkie mruczenie generatora, jakby zadrżał mu żołądek. – Trzymamy kciuki za prąd – mruknęła Lena, przechodząc obok skrzyni ze Zwierciadłem. Kawałek od niej Vera zakładała pończochy z połyskliwego materiału, a Ramos, napinacz, poprawiał śruby w węzłach liny. Nad manieżem rozciągała się lina właściwa – ta do numeru. Nie była wysoko: może pięć metrów nad siatką bezpieczeństwa. Wystarczająco, by oddech zatrzymał się na moment między „już” a „jeszcze”. Zoya, gwiazda przejść na linie, nie pojawiła się na popołudniowej próbie. Ktoś mruknął, że skręciła kostkę. Ktoś inny, że poszła do miasta po nowe baleriny i utknęła na moście. Aurelia wznosiła ręce, jakby chciała rozpędzić chmury. – Spacing zrobimy bez Zoi – zdecydowała. – Ktoś wejdzie na linę na trzy kroki. Dla światła, dla publiczności. Z siatką i asekuracją. Potrzebuję kogoś, kto nie zje mi programem nerwów. Lena poczuła, jak żołądek podnosi się do gardła, a potem płynie w dół. Palce same znalazły się w górze, zanim pomyślała. Marcel popatrzył na nią, i nie było w tym ani zachęty, ani sprzeciwu – tylko uważność. – Ja mogę – powiedziała. – Mam buty i tyczkę. – Z siatką i przypięciem – powtórzyła Aurelia, patrząc jej w oczy tak, że Lena poczuła, jakby przeglądali się sobie przez cienką warstwę powietrza. – Trzy kroki, nie więcej. Na znak bębna. I bez improwizacji. Lena skinęła głową. Ramos zapiął jej do pasa lekką lonżę, która przyczepiała się do prowadnicy nad liną. Dotknęła dłonią siatki, jakby sprawdzając, czy to naprawdę tu. Była jak ucho namiotu – miękka, rozciągliwa, gotowa do połknięcia strachu. Zwyczaj. Procedura. Bezpieczeństwo. Światła przygasły, kiedy manież wypełniły pierwsze numery: klaun w zbyt wielkich trampkach, który gonił papierowego pieska, dziewczyna na kole powietrznym, co wirowała wolniej niż latarnie na rzece, i para akrobatów, która składała się jak origami i rozkładała jak wachlarz. Publiczność chichotała, szeptała, klaskała. Marcel wybijał rytm: raz, dwa, trzy, pauza. Raz, dwa, trzy, pauza. Sygnały, które Lena znała lepiej niż własny puls. Za kulisami pan Kaut rozsznurował skrzynię i wyjął lustro. Trzymał je w rękawiczkach, jak lekarz instrument. Powierzchnia nie była idealnie gładka – coś w niej drgało, jakby między szkłem a powietrzem był jeszcze jeden, cienki oddech. Lena zerknęła tylko. W jej słabo oświetlonym odbiciu błysnął drobiazg, który kazał jej zamarć – w lustrze stała prosto, choć sama w tym momencie była lekko pochylona, z tyczką pod pachą. Mrugnęła. Obraz wyrównał się; mogła zwalić winę na nierówność szkła. Serce jednak miała już o dwa uderzenia szybsze. – Znak – dotarł do niej szept Aurelii. – Za minutę. Po klaunie wchodzimy w ciszę. Potem bęben. I ty. Trzy kroki. Nie więcej. Lena podeszła do drabiny prowadzącej na platformę. Praktyczny, drewniany świat schodków i szczebli zastępował jej kurz z dzieciństwa na poddaszu wozu. Po drodze minęła Ramosa, który ścisnął jej ramię, i Verę, która puściła oko. Na górze czekała na nią tyczka, cieńsza niż ta do ćwiczeń, lżejsza – jak ołówek, którym rysuje się po niebie. Spojrzała na drugi koniec liny. Tam, na wieżyczce, stał ktoś pochylony nad ściągaczem – metalowym serekiem z gwintem, którym napinało się linę. Twarz krył cień. Palce pracowały z precyzją mechanika. Marcel, na dole, przeniósł ciężar ciała z pięt na palce i uniósł bębenek. Kiedy podniósł brwi, Lena zrozumiała, że coś mu się nie podoba. – Ramos! – syknęła w dół, ale orkiestra właśnie zatarła jej głos puzonem. Klaun skłonił się ostatni raz, towarzysząc sobie trąbką dziecięcą. Reflektory obróciły się jak głowy ciekawskich ptaków. W namiocie zapadł seledynowy półmrok, ten tuż przed uderzeniem bębna. – Wszystko ok? – Marcel krzyknął niewerbalnie, ruchem brody pokazując na ściągacz. Lena zmrużyła oczy. Nie była pewna. Lina drgała lekko, co normalnie się zdarzało, ale falowanie wydawało się inne – nie od wiatru, lecz jak od oddechu kogoś, kto stoi bardzo blisko. – Trzy kroki, nie więcej – powtórzyła w myślach słowa Aurelii, składając je jak talizman. Sprawdziła karabińczyk. Klik. Trzyma. Lonża była napięta, siatka rozciągnięta. Wszystko tak, jak na rysunkach, które Ramos lubił kredą na tablicy: strzałki, węzły, siła i grawitacja, poukładane jak nuty w takcie. Odezwał się bęben. Raz. Powietrze w namiocie wstrzymało oddech. Dwa. Feeria drobnych odgłosów – spadła łyżka, ktoś chrupnął orzeszek, dziecko zaciągnęło nos. Trzy. Światło spłynęło na linę, zamieniając ją w jasny szkic. Lena uniosła tyczkę w poziomie. Podeszła do krawędzi platformy. Pod nią siatka, za nią dźwięk, przed nią kawałek narysowanej w powietrzu drogi. Z boku, przy manieżu, lustro Pana Kauta złapało ten sam reflektor i przez ułamek sekundy Lena zobaczyła w nim siebie – stojącą już nad drugą wieżyczką, wyraźną i spokojną. Zacisnęła powieki, jak od światła. Otworzyła. Reflektor zadrżał, generator mruknął, namiot jęknął jak żagiel. Na wysokości wzroku, po drugiej stronie, cień nad ściągaczem wykonał ostatni obrót kluczem i zniknął za masztem. Lina drgnęła, jakby chciała przemówić. – Trzy kroki – przypomniał szept Aurelii, który nagle brzmiał jak odległa melodia. Lena zacisnęła dłonie na tyczce i zrobiła pierwszy krok, gdy…


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 23
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.