Piwnica SP12 i Skarpeta, która Wyła na Wi‑Fi
Poniedziałek w SP12 w Kawonowie zaczął się jak zwykle: dzwonek zabrzmiał melodią z przedszkola, pani woźna Róża krzyczała, żeby nie gonić po korytarzu, a mój plecak postanowił udawać czarną dziurę. W środku miałam zeszyt od polskiego, trzy napoczęte batoniki i dokładnie zero długopisów. Chociaż wczoraj wieczorem wrzuciłam tam pięć — widziałam na własne oczy.
— Nie gubisz długopisów. One uciekają — stwierdził Maks, kiedy zobaczył, jak kopię plecak jak niewyspany listonosz.
— Dokąd? — jęknęłam, grzebiąc na oślep i wyciągając spinacz, pół wydrukowane zdjęcie kota i gumkę do ścierania z brokatem, która była kiedyś biała, a teraz wyglądała jak meteor.
— Do miejsca, gdzie uciekają też skarpety z pralek i moje ambicje na lekcji matematyki — odparł Maks. — Masz. — Wcisnął mi w dłoń własny długopis. Był owinięty taśmą izolacyjną i miał doklejony miniaturowy dinozaur. — Tylko oddaj. Ten jest szczęśliwy.
Spojrzałam na niego z powątpiewaniem. Dinozaur miał minę, jakby właśnie zobaczył rachunek za prąd.
Właśnie wtedy dzwonek zagrał po raz drugi, i to „Kaczuszki”. Uczniowie na korytarzu porzucili powagę i zaczęli węszyć za linią do tańca. Pani dyrektor Dzierżba wychyliła się z gabinetu i rzuciła spojrzenie, które potrafiło zabić muzykę. Dzwonek posłusznie chrypnął i zamilkł, ale ja widziałam, jak drgnęły jej usta. Prawie uśmiech. Prawie.
— Albo ktoś zhakował system, albo dzwonek ma humor — mruknął Maks.
— Albo — dodałam — uciekające długopisy wróciły i są w pokoju nauczycielskim, podpisane „trofea”.
Pierwsze dwie lekcje przeleciały jak skarpetka w suszarce: niby była, a nagle jej nie ma. Na fizyce pan Kłos ogłosił konkurs: „Najbardziej niepotrzebny, a jednak działający eksperyment”. Nagroda główna: dwie wejściówki do Escape Roomu i pizza dla ekipy. Miałam ochotę krzyknąć „wchodzę!”, ale wyprostowałam się tylko trochę bardziej.
Na przerwie przy automacie z napojami, w którym Cola nigdy nie była Colą, bo zawsze wymieniała się miejscami z Fantą jak bliźniaczki, Maks oparł się o ścianę i popatrzył na mnie tak, jak patrzy się, kiedy wpadnie się na pomysł tak dobry, że aż strach go wypowiedzieć na głos.
— Zrobimy detektor znikających rzeczy — powiedział konspiracyjnym szeptem.
— Czyli… magnetometr do długopisów? — prychnęłam.
— Nie. Coś lepszego. Z walkie-talkie, sitka do herbaty, starej klawiatury i… — zamyślił się — i z tej latarki, co miga na niebiesko, gdy baterie myślą o emeryturze. Będziemy szukać, gdzie wszystko się ulatnia. Jeśli znajdziemy źródło…
— …to zgarnę pizzę i przestaniesz pożyczać ode mnie gumki. Wchodzę — powiedziałam szybciej, niż rozum zdążył się odezwać, a mój żołądek uznał, że pizza to cel życiowy.
Zaczęliśmy zbierać sprzęt. Nika, która zwykle z nami trzymała przy projektach, tym razem miała próbę chóru i tylko pomachała radośnie, wręczając mi swoje wiecznie splątane słuchawki.
— Jak mój kot. Słuchawki zawsze wracają w jednym kawałku, ale prędzej umrzesz, niż je rozplączesz — powiedziała. — Powodzenia, detektywi od skarpetek!
— Nie używaj tego słowa — syknął Maks z miną tajemniczego agenta. — My jesteśmy badaczami zjawisk codziennych.
— I dziwnych — dodałam, bo dziwne lubiło się przyklejać do nas jak rzepy do spodni pana od WOS-u.
Po lekcjach przekradliśmy się na dół. „Przekraliśmy” to może za dużo powiedziane. Po prostu zeszliśmy schodami do piwnicy, bo drzwi były otwarte, a pani Róża z nosem w krzyżówkach nawet na nas nie spojrzała. Piwnica pachniała kurzem, plakatem na Dzień Ziemi z 2011 roku i farbą, która widziała więcej tajnych planów niż nasz dziennik elektroniczny. Przepraszam: planów.
Ściany były zielone jak zeszyt w linie, gdzieniegdzie porysowane od krzeseł, które ktoś kiedyś zaciągał tyłem. Na końcu korytarza migała jarzeniówka, robiąc „pyk, pyk”, jakby próbowała morsem zamówić pomoc.
— To tutaj znikają rzeczy — orzekł Maks, rozglądając się z nabożną powagą. — Czujesz? Zapach niedokończonych projektów.
— To chyba spinacze po ładunku elektrostatycznym — mruknęłam, ale w środku też czułam coś… elektrycznego.
W pomieszczeniu opisanym jako „Magazyn — nie wchodzić bez Róży” znaleźliśmy półki pełne wszystkiego: „Koszulki na WF (niezgubione)”, „Sztuczne dynie (prawdziwy problem)”, „Pudełka po tonerze (nie pytaj)”. I wciśniętą w kąt starą, metalową szafę z krzywymi drzwiczkami. Na drzwiach ktoś kredą napisał: „RZECZY ZNALEZIONE I TE, CO WRÓCIŁY SAME”. Ktoś dopisał niżej: „Serio”. Ktoś inny: „Chyba”.
— Szafa Rzeczy Raczej Znalezionych — przeczytałam. — Podoba mi się „raczej”. Jest uczciwe.
Maks ustawił nasz sprzęt na stole. Walkie-talkie wyciągnęliśmy z pudła „Wycieczka w Bieszczady 2008, nie oddawać do muzeum”. Sitko do herbaty zajęło honorowe miejsce na czubku jak antena. Przykleiłam je taśmą tak solidnie, że gdyby apokalipsa miała taśmę w asortymencie, po prostu by się przyczepiła i już nie odpadała.
— Dobra — powiedział, wciskając przycisk. — Jeżeli teoria jest słuszna, to cokolwiek ‚pożera’ długopisy, w tej okolicy będzie „buczeć”.
— Twój brzuch już buczy — zauważyłam. — To się liczy?
Zanim odpowiedział, walkie-talkie zapiszczało. Najpierw nieśmiało, jak komar z alergią na ludzi. Potem mocniej, zawodziło i stawało się coraz bardziej... rytmiczne. Pyk. Pyk. Pyyk.
— Oho — powiedział Maks, a jego oczy rozświetliły się jak lampki na choince, które nie chcą współpracować i nagle się udają. — Sygnał. Idziemy za tym.
Przesuwaliśmy się wzdłuż półek, a urządzenie brzęczało mocniej, gdy zbliżaliśmy się do rogu. Wciśnięta między karton z napisem „Wystawa o grzybach jadalnych” a pudełko po klejach była wielka torba na WF. Taka, z której wystawało coś w kropki.
— Czekaj — powiedziałam. — Czy to jest… skarpeta?
To była skarpeta. Granatowa w białe groszki, z neonowożółtą piętą. I drgała. Nie tak jak pralka fruwa na wirowaniu. Delikatnie. Jakby miała w środku telefon ustawiony na wibracje.
— Nie dotykaj! — zawołał Maks, ale oczywiście już to zrobiłam. Skarpeta wydała z siebie przeciągłe „Łiiiiiii”, jak miniaturowa syrena straży pożarnej, i zaczęła świecić. Tylko słabiutko, takim smutnym neonem, jak szyld „Czynne”, gdy zaraz zamykają.
— Okej, to oficjalnie najdziwniejsza rzecz, jaką dziś widzę — przyznałam. — A dziś lekcja biologii miała film o pantofelku.
— To jest idealny wskaźnik — stwierdził Maks rzeczowo. — Albo sprowadzili do szkoły odkurzacz do skarpet, albo mamy coś, co rezonuje z naszym detektorem. Skarpeta będzie naszym… hm… kalibratorem.
— Czym? — roześmiałam się. — Mów normalnie. Skarpeta wrzeszczy, jak jest blisko czegoś, co kradnie długopisy.
— Dziękuję — skinął głową. — Poetycko.
Przytroczyliśmy skarpetę do detektora taśmą. Wyglądało to jak mikrofon prowizorycznej kapeli punkowej. Przeszliśmy jeszcze raz cały magazyn. Sygnał skakał i milkł, jakby gubił oddech. Potężną salwę wycia skarpeta odpalila dopiero przy ostatnich drzwiach na korytarzu, tych z odrapaną tabliczką „Środki czystości”. Drzwi były uchylone, a za nimi korytarzyk i jeszcze jedne drzwi — metalowe, z naklejoną na krzywo liczbą: 13C.
— To musi być tu — powiedział Maks, poważnie jak prezenter wiadomości. — Numer jak z horroru dla dzieci. No pięknie.
— Przynajmniej szczęśliwy — odparłam i natychmiast mnie poprawił wzrok Niki z mojej wyobraźni: „Przesądy to bzdury, Lena”.
Wcisnęłam klamkę. Drzwi nawet nie skrzypnęły, jakby nie chciały przesadzać. W środku było małe pomieszczenie z betonową podłogą, jak w schronie na mop i wiadro. Szafa metalowa stała pod ścianą, dokładnie taka sama jak ta wcześniejsza, tylko z porządnie zamkniętymi drzwiczkami. Na kartce przyklejonej taśmą widniał napis: „Nie ruszać. Serio”. Ktoś dorysował uśmieszek.
— To wygląda jak mem z ostrzeżeniem: „Nie naciskać czerwonego guzika” — stwierdził Maks, a skarpeta zawyła z aprobatą tak głośno, że aż drgnęłam.
Położyliśmy dłonie na zimnym metalu. Walkie-talkie mlaskało interferencją. Sitko do herbaty stukało rytmicznie o obudowę, jak pies o drzwi, bo chce wyjść. Zawahanie przeszło przez nas oboje, takie krótkie, w którym mózg pyta: „Czy potrzebujemy dorosłego?”. Odpowiedź brzmiała: zapewne tak. Nasz żołądek: pizza.
— Na trzy? — zapytał Maks.
— Na trzy i pół — odparłam, bo wydłużanie odliczania dodaje odwagi.
Zaczęliśmy: — Raz.
Skarpeta rozbłysła mocniej, neon przeszedł w migotanie dyskoteki z 2007 roku.
— Dwa.
Coś zapukało od wewnątrz. Trzy krótkie stuknięcia. Puk. Puk. Puk. Przez ułamek sekundy pomyślałam, że to wiadro zabłądziło w egzystencji i prosi o drogę do wyjścia.
— Trzy…
Klamka drgnęła nam w dłoniach. Gdzieś w korytarzu jarzeniówka syknęła i zgasła, zostawiając tylko ten śmieszny neon skarpety i blady ekran mojego telefonu, który zaczął wibrować sam z siebie. Na wyświetlaczu mignęło: „Połączenie przychodzące: nieznany nadawca”. Kropla zimnego powietrza prześlizgnęła mi się po karku jak złośliwy lodowaty palec. Wzięliśmy oddech w tym samym momencie i pociągnęliśmy za klamkę jednocześnie, a z szafy rozległ się dźwięk, którego nie dało się pomylić z niczym innym — długi, niski, metaliczny świst, jakby ktoś po drugiej stronie wyjął korek z…
Author of this ending:
English
polski
What Happens Next?