Did You Know?

Peron, którego nie ma


Peron, którego nie ma
W listopadowy wieczór, kiedy mgła leżała nad miasteczkiem jak grubym kocem, Lena wreszcie otworzyła blaszane pudełko po landrynkach, które od dwóch tygodni kurzyło się na dnie jej szafy. Zostało po dziadku Józefie, ostatnim sygnaliście na stacji Brzeziny. W środku leżał gwizdek z mosiądzu, cienki notes w kratkę zapisany równym pochyłym pismem, długa wskazówka od stacyjnego zegara i ciężki, żelazny klucz z wbitym w ucho wybitym skrótem: P0. Wsunęła palec w zimną pętlę klucza i poczuła dreszcz, który nie miał nic wspólnego z listopadowym chłodem. Na dnie pudełka została jeszcze złożona na czworo kartka. Rozłożyła ją ostrożnie, tak jak rozkłada się stare mapy. Nie była to mapa, ale szkic planu stacji — z grubsza nakreślone tory, budynek dworca i… coś pod spodem, zaznaczone kółkiem i podpisane krótkim: Peron 0. Obok, drobnym pismem dziadka: „Jeśli światło zgasło o pełnej, czekaj do siedemnastej po. I nie schodź sam.” „Peron zero?” — mruknęła na głos. Przechyliła szkic pod lampką biurka. Niewidoczna wcześniej strzałka prowadziła od niewielkiej, bocznej bramy za magazynem paliw do schodów biegnących w dół. Pomyślała, że to musi być jakiś stary techniczny korytarz, coś, o czym wiedzieli tylko pracownicy kolei. Coś, co teraz, gdy stacja w Brzezinach przyjmowała jedynie dwa nocne składy towarowe, istnieje już tylko w takich schowanych papierach. Zanim zdążyła cokolwiek zdecydować, napisała do Kacpra i Jagody. Kacper odpisał po minucie: „Brama za magazynem? Tam, gdzie zawsze słyszę dziwne echo, jak przechodzę z psem. Biorę latarkę i dyktafon.” Jagoda wysłała tylko emotikonę oka i biegacza, a potem: „Idę. O której?” Spotkali się po jedenastej w kawiarni naprzeciw dworca, gdzie dziewczyna zza lady nudziła się nad kubkami gorzkiej herbaty. Przez okna widać było czarną płachtę torów i jeden jasny punkt — reflektor manewrującej lokomotywy. Lena trzymała klucz w kieszeni kurtki i co chwilę sprawdzała, czy nie wypadł. Notes dziadka otworzyli na środku stolika. Między stronami tkwiło kilka wklejonych skrawków gazet: krótki artykuł z lat sześćdziesiątych o przebudowie dworca, jakiś wycinek o zniszczonych zegarach po burzy sprzed czterech lat i notatka wężykiem, która nie dawała spokoju: „Nie patrz wprost, gdy pojawi się pasmo.” „Jakie pasmo?” — spytała Jagoda, wsuwając włosy za ucho. W jej oczach odbijały się neonowe litery z szyldu kawiarni. Kacper, który zwykle wszystko od razu guglował, tym razem schował telefon. „Może chodzi o światło. O coś, co przesuwa się jak pas. Wiesz, jak w starych telewizorach” — powiedział. Lena wzruszyła ramionami. W jej głowie obraz jej dziadka — w roboczej kurtce, z czapką z daszkiem przekrzywioną na bok, uśmiechającego się półgębkiem, kiedy mówił: „Kolej chce, żeby wszystko było równo. A świat nie jest równy.” — mieszał się z chłodnym metalem klucza. Nagle zaczęła rozumieć, że jeśli nie pójdzie, będzie ją to gryzło do końca roku i dłużej. Wyszli w końcu na głuchą ulicę, gdzie lampy sodowe miały barwę miodu. Z oddali nadciągnął towarowy z kontenerami, deszcz iskier posypał się spod kół, ale to były tylko drobniutkie, przelotne ogniki. Po przejeździe ulica znów ucichła. Minęli stary kiosk, w którym sprzedawano kiedyś bilety miesięczne i jagodzianki, i weszli między magazyny. Mgła była gęstsza, pachniała wilgocią i konserwantem na podkładach. Za magazynem paliw, dokładnie tam, gdzie wskazywała strzałka na szkicu, znaleźli metalową furtę wmurowaną w ceglany mur. Wyglądała na dawno nieużywaną, ale nie była tak zarośnięta, jak można by się spodziewać. Przy uchwycie wisiała kłódka, obdrapana, lecz niezepsuta. „Spróbuj” — powiedział cicho Kacper. Lena wsunęła klucz do zamka. Pasował. Przekręciła go, czując, jak mechanizm po latach z oporem ustępuje, zgrzytając w najniższym rejestrze. Kłódka puściła, furtę dało się odchylić na tyle, by przecisnąć się pojedynczo. Za nią od razu zaczynały się schody — w dół, ostro, jak do piwnicy, w której trzyma się rzeczy, o których ma się nadzieję, że już nie będą potrzebne. Powietrze było chłodniejsze i wyschłe, jak w archiwum, gdzie papier wciąż pamięta palce. Ktoś kiedyś, dawno temu, pomalował ściany na kremowo, teraz łuszczyły się i pożółkły. Na zakręcie schodów wisiała emaliowana tabliczka z niebieskim napisem: „Poziom -1. Przejście służbowe”. Jagoda dotknęła liter i zdziwiła się: płytka była ciepła, jakby w ścianie biegł kabel. Z sufitu zwisała goła żarówka w metalowej oprawie. Lena pociągnęła za łańcuszek — nic. „Mam latarkę” — szepnął Kacper, ale w tym momencie gdzieś głębiej rozległo się pojedyncze stuknięcie. Jakby metal dotknął szkła. Zeszli jeszcze niżej, ostrożnie, stawiając stopy na środkach stopni, które wyślizgały się pod butami. Korytarz na dole był wąski, wyłożony jasnozieloną glazurą, z ciemną linią przy podłodze. Stał tam zapach smaru i czegoś jeszcze — słonego, jak nadmorska bryza, chociaż do morza było stąd daleko. Na ścianach, równo co kilka kroków, wisiały stare, zakurzone zegary. Większość bez szyb i bez wskazówek. Jeden jednak miał wyraźne żłobienie po osi, jakby dopraszał się o brakujący fragment. Lena sięgnęła do kieszeni i wyjęła wskazówkę z blaszanej puszki. Była cięższa, niż wyglądała, chłodna, z ciemnym nalotem czasu. „Nie” — powiedział Kacper natychmiast, ale nie zdążył dokończyć. Wskazówka sama przyciągnęła się do osi, klikając cichutko, jakby magnes ją zassał. Zegar zadrżał. Najpierw usłyszeli wysokie, niemal niesłyszalne tykanie, potem drugi dźwięk, niższy, z wnętrza ściany. Na cyferblacie rzymskie cyfry były starte, lecz widać było ulotny cień po dawnych konturach. Wskazówka poruszyła się do przodu, zawahała, a potem przesunęła wstecz, zatrzymując się na XII — i jeszcze odrobinkę, jakby przeciągała się po długiej drzemce. „Która jest?” — spytała Jagoda, patrząc na swój telefon. Ekran błysnął liczbami: 00:15. „Siedemnaście po” — powiedziała Lena, czując, że teraz to zdanie z kartki dziadka brzmi inaczej. Jak ostrzeżenie i obietnica naraz. Kacper ściszył latarkę, zakrywając ją dłonią. Światło przycichło do bladości, zostawiając ich w mlecznej półciemności. Korytarz skręcał raz jeszcze, prowadząc do drzwi. Drzwi były z ciężkiej stali, pomalowanej niegdyś na czarno. Na środku, poszarzałą farbą, ktoś namalował okrąg i cyfrę: 0. Pod stopami czuć było chropawe płytki, na których kurz układał się w warstwy, jak na starych książkach. Tylko w jednym miejscu ślady były świeże — trzy odciski, jakby ktoś przeszedł tu niedawno w miękkich podeszewach, zawrócił i zniknął, bo czwarty ślad został ucięty tuż przy progu. Lena dotknęła ręką klamki. Była lodowata i gładka, wygładzona tysiącem dłoni, których już tu nie było. W ciszy usłyszeli coś, co mogło być wiatrem — długi, cichy wdech i wydech. Ale wiatru tu nie powinno być. „Słyszysz?” — Kacper włączył dyktafon. Diody zaświeciły łagodnie. Lena uniosła głowę. Z drugiej strony drzwi, jakby pod nimi, jakby nad nimi jednocześnie, wzdłuż, w poprzek, zabrzmiało najpierw ciche brzęczenie, a potem coś, co przypomniało im wszystkim o dzieciństwie: odległe, rytmiczne stukanie, nieco za wolne, jakby śniące. Tor. Koła. Tory bez pociągu. Odwaga w takich miejscach rzadko przychodzi skokowo — raczej sączy się jak woda. Lena wyciągnęła z zamka klucz P0, obracając go między palcami, jakby sprawdzała jego wagę. W świetle latarki metal błysnął wąsko, a potem znów ściemniał. „Ktoś tu był” — szepnęła Jagoda, wskazując na odciski. „Albo jest” — dodał Kacper tak cicho, jak się da, nie patrząc na nie, tylko w przestrzeń, w którą niewidoczna fala właśnie się wtaczała. 00:16. Zegar na ścianie drgnął i przeskoczył o minutę, stuknięciem, które poczuli gdzieś pod skórą. Cofnęli się pół kroku. Lena objęła klucz całą dłonią. Wtedy z dołu drzwi zaczęło sączyć się światło. Nie żółte, nie białe, tylko takie, jakiego jeszcze nie widzieli: jak pas, który płynie, poszatkowany cienkimi przerwami, jakby między nim a nimi były jeszcze bardzo cienkie rolety. Zauważyła, jak pył w powietrzu tańczy w smudze, układając się w równe, drżące linie. „Nie patrz wprost” — przypomniała sobie słowa z kartki i odruchowo przymknęła oczy. Z boku, gdzieś za powiekami, zobaczyła, jak linia światła rośnie, obrasta krawędzie, próbuje się wsączyć przez szczeliny. W tym samym momencie klamka, którą trzymała, poruszyła się lekko — najpierw jakby jej się wydawało, potem zdecydowanie. Nie ona naciskała. 00:17. Ktoś — albo coś — po drugiej stronie klamki odpowiedziało tym samym


Author of this ending:

Age category: 16-17 years
Publication date:
Times read: 32
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.