Did You Know?

Peron bez godziny


Peron bez godziny
Na dworcu w Nowych Brzegach jesienny deszcz rysował na płytach peronu smużki jak nuty, które ktoś rozrzucił w pośpiechu. Nad wszystkim wisiał nieczynny zegar z pękniętą szybą. Stał od lat na 19:03, jakby świat wtedy przestał się interesować jego wskazówkami. Peron zerowy, odgrodzony rdzawą bramką i żółtymi taśmami, był miejscem, o którym mówiło się szeptem. Kiedyś wiódł do torów, które dawno temu wyrwano. Zostały tylko betonowe podkłady i tabliczka, na której ktoś kredą napisał niezdarnym pismem: „Zakaz wstępu. Grozi zachwytem”. Nadia miała czternaście lat i przenikliwy sposób patrzenia, jakby najpierw widziała dźwięk, a dopiero potem kształt. W kieszeni nosiła starą lupę fotografa, choć od dawna robiło się wszystko telefonem. Tymon, rok starszy, rozkręcał rzeczy, żeby sprawdzić, co w nich brzęczy, a potem składał je tak, że działały lepiej. Obydwoje mieli jedną słabość: nie potrafili przejść obojętnie obok czegoś, co nie pasowało do reszty. Tego wieczoru nie pasował zegarek. Srebrny, kieszonkowy, z grawerem: „J. T.” i datą 1912. Dostała go Nadia po pradziadku Józefie, którego w rodzinnych opowieściach nazywano człowiekiem, co umiał „naprawiać czas”. Zegarek zwykle milczał jak zgaszona latarnia, ale kiedy tylko zbliżyli się do peronu zerowego, wskazówka sekundnika drgnęła i ruszyła wstecz. — Widzisz to? — Tymon nachylił się tak blisko, że od jego oddechu parą zamgliło się szkło. — To nie jest sztuczka baterii. On nie ma baterii. — Wiem — Nadia nie odrywała wzroku od maleńkich zębów kółek, które zdawały się kręcić na opak. — Pradziadek zostawił notatkę. Wyjęła z plecaka cienki zeszyt w kratę, przesiąknięty zapachem kurzu i starego atramentu. Na pierwszej stronie, między rysunkami mechanizmów, widniało jedno zdanie: „Jeśli to czytasz, nie spóźnij się na pociąg do wczoraj”. Pod spodem ktoś dopisał ołówkiem: „Okno: 21:17 — peron 0”. — „Pociąg do wczoraj” — Tymon przewrócił oczami, ale niezbyt przekonująco. — Romantyczne. Albo niebezpieczne. — Albo jedno i drugie — Nadia uśmiechnęła się krótko. — W każdym razie okno. Była 21:12. Dworzec powoli pustoszał; ostatnie autobusy odjeżdżały z placu przed wejściem, a w hali echa kroków brzmiały jak rozmowy innych, niewidzialnych ludzi. Nad peronami trzaskały głośniki, z których miłe, znużone „Uwaga, podróżni” mieszało się z chrobotem. — Stróż obchodzi teren co kwadrans — szepnął Tymon, zerkając w stronę tunelu podziemnego. — Jeżeli nas złapie, będziemy musieli tłumaczyć, dlaczego stoimy przy miejscu, którego nie ma. — To się śmiesznie tłumaczy — Nadia wsunęła zegarek za kratę, niemal do samego cokołu, na którym kiedyś opierał się słup trakcyjny. — „Proszę pana, czekamy na pociąg, którego nikt nie widzi”. Wskazówka sekundnika zaczęła cofać się szybciej, aż w końcu drgnęła, jakby zgubiła rytm, i znów zwolniła. Skórzany pasek zegarka nagrzał się w dłoni. — Notatnik — przypomniał Tymon. — Pokaż to drugie. Przewrócili kilka kartek. Oprócz szkiców wahadeł i zapisków o smarach, znalazła się tam tabelka: „21:17 — cicho. 21:18 — szelest. 21:19 — światło. 21:20 — zwrot?”. Ktoś, najpewniej Józef, próbował uporządkować coś, co nie lubi się porządkować. Nadia trzymała palec na rubryce „21:17”. — To dziś. I tutaj. — Zabezpieczyłem czujnik dźwięku w telefonie — Tymon włączył aplikację, a ekran zgasł, zostawiając jedynie cieniutką linię wykresu. — Jeżeli coś tu się dzieje, zobaczymy to, zanim usłyszymy. — Strach pomyśleć, jak to usłyszymy — Nadia przesunęła kciukiem po grawerze. — Wiesz, jego głos... — Mówiła o nagraniu z pudełka po zegarku. Pradziadek Józef, z chrypką, jakby mówił z innej strony ściany: „Nie odwracaj się, kiedy zabrzmi gwizdek. Patrz prosto”. — Mamy jeszcze trzy minuty — stwierdził Tymon, patrząc na cyfry telefonu, które nagle zmieniły się w kreski. — Albo mniej, jeśli ten zegar ma rację. Zerknęli na stacyjny zegar. Wskazówki drgnęły. Nadia zamrugała, bo przysięgłaby, że krótsza cofnęła się o milimetr. Powietrze przy ziemi zgęstniało; pachniało smarem, choć tu od dawna nic nie smarowano, i mokrym węglem, którego nikt już nie palił. Betonowe podkłady, zwykle matowe, zdawały się mieć cienką, mokrą skórkę światła. — Masz to? — Tymon uniósł telefon. Linia wykresu falowała. — Mam to — Nadia mówiła cicho, jak w czytelni. — I chyba mamy gościa. Najpierw usłyszeli coś, co mogłoby być echem deszczu, gdyby deszcz umiał uderzać w metal. Potem brzęk, nie jak tłuczone szkło, ale jak napinająca się sprężyna, wielka jak wiadukt. Głos z głośników powiedział: „Pociąg...”, zamilkł, zawiesił się, dokończył: „...proszę nie wchodzić...”, i znów zamilkł. — Ty to słyszysz? — Tymon zniżył głos jeszcze bardziej. — Słyszę wszystko — Nadia dotknęła bramki. Drgnęła. — I czuję, że palce mnie ciągną. W kieszeniach kurtki płatki nitek unosiły się i opadały, jakby przyciągał je ładunek. Nadia spojrzała na zegarek. Sekundnik wrył się w cyfrę 12, a potem pociągnął wskazówkę minutową o jeden skok do tyłu. Świat zaczął mówić szeptem. Krzyk czajki z ciemnego dachu rozłożył się w powietrzu na cienkie pasma. — 21:17 — odczytał Tymon z ekranu, który na moment rozjaśnił się i znów przygasł. — To teraz. W tym momencie niebo nad peronem wydało z siebie dźwięk, który kojarzył się z rozgrzewaniem skrzypiec, tylko że był cięższy, niemożliwie niski. Ciemność pod bramką zadrżała i zwinęła się jak cienki dywan, a przestrzeń tuż nad betonem zaczęła się marszczyć. — Patrz prosto — przypomniała Nadia, choć to jej głos zadrżał. Zmarszczka w powietrzu rozszerzyła się na szerokość ramion, a potem na szerokość peronu. Na sekundę zobaczyli coś, co wyglądało jak stare tory, zatopione w świetle. Były ostre, jakby dopiero co wypolerowane. Na ich końcu mignęła latarnia o żółtym płomieniu, jakby ktoś ją podmuchał. Z oddali, z tej dziwnej odległości, w której dźwięk trafia najpierw w skórę, a dopiero potem w uszy, nadbiegł gwizd. Tymon odsunął bramkę jednym ruchem i wskoczył na beton, Nadia za nim. Ten zakaz był teraz bardziej żartem niż barierą. — Jeszcze krok — powiedział, ale brzmiało to tak, jakby mówił z głębokiego słoika. Z przodu, tam gdzie powinno być tylko powietrze, zaczęła rysować się bryła. Nie błyskawicznie — cierpliwie. Najpierw koło, stalowe, lśniące, potem drugi krąg, i trzeci. Łuna przesuwała się po nitach i śrubach, jakby ktoś z latarką sprawdzał szczegóły. W zapachu węgla pojawiła się nuta czegoś znajomego, dzieciństwa, kompotu z wiśni, który zawsze stał w kuchni u prababci w słoikach z wyblakłymi etykietami. Zegarek w dłoni Nadii uderzył w jej skórę rytmem własnego serca. Sekundnik przeskoczył do tyłu o całą minutę. — On się zaraz... — Tymon nie skończył. Bo to „zaraz” nadjechało. Z mgły, z marszczącej się przestrzeni, wyłoniła się lokomotywa, czarna i połyskliwa, z namalowanym na boku numerem, który przez chwilę był tylko smugą: 1912. Nie było torów, a jednak koła toczyły się po czymś, co w ich oczach istniało i nie istniało naraz. Nad dachem zamigotał chorągiewką żółty płomyk, jakby wstydził się własnego blasku. Nadia powstrzymała oddech, bo oddech mógłby coś popsuć. Pośród pary na moment zamajaczyła twarz. Nie nowa i nie stara, taka, która pamiętała śmiech i burze. Człowiek w płaszczu odwrócił się do nich i uniósł rękę. — Widzisz to? — wyszeptał Tymon. — Widzę — odpowiedziała Nadia, ale w gardle miała piasek. Wagon tuż za lokomotywą zatrzymał się dokładnie tam, gdzie betony peronu kończyły się pustką. Zza szyby mignęły sylwetki pasażerów, kapelusze, płaszcze, jakieś parasole pod innym deszczem. Klamka w drzwiach drgnęła. Głos stróża daleko w tunelu powiedział coś do radiotelefonu i zamilkł, jak wyłączony. A wtedy, z tego wagonu, głos, który nie mógł tu być, zdążył przejść przez mgłę jak przez kurtynę: — Nadio! Tymonie! Ktoś odchylił drzwi od środka i w przestrzeń między „teraz” a „kiedyś” wsunęła się dłoń w rękawiczce. Przez ułamek sekundy, krótki jak mrugnięcie lampy, nad rozgrzanym metalem zatrzepotała niepewność. — Wsiadacie? — padło pytanie, a zegarek uderzył ostatni raz, jak młotek o kowadło, i wskazówki razem stanęły na górze.


Author of this ending:

Age category: 13-15 years
Publication date:
Times read: 27
Endings: Zero endings? Are you going to let that slide?
Category:
Available in:

Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Only logged-in heroes can write their own ending to this tale...


Share this story

Zero endings? Are you going to let that slide?


Write your own ending and share it with the world.  What Happens Next?

Every ending is a new beginning. Write your own and share it with the world.